Adam Grzeszak
22 listopada 2011

Ceny paliw i energii wciąż rosną

Jak tu żyć?

Benzyna, prąd, gaz, ciepło – wszystko robi się coraz droższe. Kiedy będzie taniej? Już było.

Ceny na stacjach benzynowych pną się jak oszalałe. Zaledwie przed kilku tygodniami kupowaliśmy z bólem benzynę po 5 zł za litr, a dziś to piękne wspomnienie. Płacimy kilkadziesiąt groszy więcej, a perspektywa przebicia 6 zł wydaje się coraz bardziej realna. Podobnie wygląda sytuacja z olejem napędowym, który kosztuje tyle, ile benzyna, choć kiedyś był dużo tańszy.

Dostawcy energii elektrycznej zapowiadają podwyżki cen prądu. Gdyby mogli ustalać je sami, byłyby wyższe o ok. 10–20 proc. Na szczęście cen energii dla odbiorców domowych (z grupy G) pilnuje prezes Urzędu Regulacji Energetyki zatwierdzając taryfy. Zawsze przed końcem roku negocjuje z firmami energetycznymi, oceniając, na ile ich żądania są zasadne. Niebawem dowiemy się, jakie taryfy zostały zatwierdzone. Podobnie wygląda sytuacja z gazem ziemnym. PGNiG – gazowy monopolista – również chce podnieść ceny. Jego taryfy także są zatwierdzane przez prezesa URE. Jakiej skali miałaby być podwyżka, tego nie zdradza ani PGNiG, ani URE. Nieoficjalnie wiadomo, że mowa jest o wzroście dwucyfrowym. Wzrosną też ceny ciepła. Ciepłownicy przekonują, że koszty rosną i taryfa musi to odzwierciedlać. Nie inaczej wygląda sprawa przesyłu energii – elektrycznej i gazowej. Tu również mamy taryfy i coraz wyższe oczekiwania cenowe.

Każda firma przekonuje, że podwyżki są nieuniknione i obiektywnie uzasadnione. Że nie będą zbyt bolesne dla konsumentów, bo tu wzrośnie o kilka złotych, tam o kilkadziesiąt. Da się znieść. W sumie jednak paliwa i energia w domowym koszyku stają się coraz większym ciężarem. Stąd pytanie: czy musi być tak drogo? I co te ceny tak napędza? Odpowiedź trzeba rozłożyć na trzy plany.

Po pierwsze – świat

Paliwa silnikowe produkuje się z ropy naftowej, a ta od dawna jest droga. – Rynek wycenia ryzyko – tłumaczy Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen. Ropa skacze w rytm wydarzeń politycznych. Kiedy sytuacja się zaostrza, drożeje, kiedy się uspokaja – nieco opada. Od czasu arabskiej wiosny ludów utrzymuje się grubo powyżej 100 dol. za baryłkę i nie ma zamiaru spaść. Znów zrobiło się nerwowo na wieść o możliwym konflikcie w Iranie. O taniej ropie możemy zapomnieć. Zwłaszcza że, jak tłumaczy Adam Czyżewski, najwięcej ma tu do powiedzenia Arabia Saudyjska. Saudyjczycy zaś wyliczyli, że ropa nie może kosztować mniej niż 80–90 dol. za baryłkę, bo dopiero wówczas domyka im się budżet. Muszą coraz więcej płacić swym obywatelom, by i oni nie dali się uwieść ideom arabskiej rewolucji. Tak więc na stacjach płacimy za dobre samopoczucie Saudyjczyków, choć ropę kupujemy głównie w Rosji (ceny, niestety, są światowe). Na dodatek płacimy dolarami, a kurs tej waluty wobec złotego także rośnie.

Choć Ameryka i Europa borykają się z groźbą recesji, co mogłoby wywołać spadek popytu na ropę, to jednak dziś motorem wzrostu cen są nienasycone rynki Chin i Indii. Tak więc niezależnie jak potoczą się losy Grecji, Włoch czy innych krajów naszego kontynentu, na istotny spadek cen ropy raczej nie ma co liczyć – przewiduje Adam Czyżewski.

Rynek ropy dzieli się na dwa segmenty: prawdziwego surowca sprzedawanego przez producentów oraz finansowy, gdzie handluje się ropą wirtualną. Ten drugi jest dużo większy i bardziej nerwowy, co nie pozostaje bez wpływu na poziom cen faktycznie realizowanych kontraktów. Tak więc kupując paliwo na stacji, płacimy za skutki upadku banku Lehman Brothers, bo wtedy właśnie inwestorzy finansowi postanowili uciec z pieniędzmi na rynki surowcowe, nakręcając w ten sposób ceny surowców. Nie tylko ropy. Podobnie jest z innymi surowcami energetycznymi – węglem czy gazem ziemnym – bo ropa jest matką wszystkich cen paliw i energii.

Cena, jaką PGNiG płaci Gazpromowi za gaz sprowadzany z Rosji do Polski, wyliczana jest na podstawie cen ropy i produktów ropopochodnych. Wyliczenia dokonuje się kwartalnie na podstawie danych z wcześniejszych dziewięciu miesięcy. Czekająca nas zatem podwyżka cen gazu będzie efektem światowego kryzysu finansowego, arabskiej wiosny ludów i innych wydarzeń, które poprzez ceny ropy odbiły się na gazie.

Niestety, żyjemy w zglobalizowanym świecie, gdzie wszystko ze wszystkim jakoś się łączy. W efekcie płacimy za rozmaite wydarzenia i katastrofy, które zdarzają się gdzieś na drugim końcu świata. Przykładem powódź, która spustoszyła Australię na początku tego roku. Cierpieli Australijczycy, ale teraz fala doszła i do nas. Podwyżki cen energii elektrycznej są między innymi skutkiem tamtego wydarzenia. Dlaczego? Bo Australia to wielki producent węgla kamiennego. Powódź zalała tamtejsze kopalnie odkrywkowe, ograniczając produkcję surowca. To sprawiło, że węgiel na światowych rynkach zdrożał. Polskie kopalnie postanowiły wykorzystać koniunkturę i zażądały od polskich elektrowni nawet o 20–25 proc. więcej za węgiel energetyczny. Dotychczas energetycy (kupujący ponad 60 mln ton) mogli bronić się importem. – Rosyjski węgiel podrożał w tym roku o 2030 proc. i stał się niekonkurencyjny – ubolewa Bogusław Regulski, wiceprezes Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie. Ciepłownicy przewidują w związku z tym kilkuprocentową podwyżkę ciepła systemowego.

Po drugie – Europa

Poza kłopotami, jakie przynosi nam niestabilny świat, wzrost cen paliw i energii nakręca Unia Europejska. Dotyczy to zwłaszcza polityki klimatyczno-energetycznej i niezwykle wyśrubowanego tempa przemian sektora energetycznego. Mowa tu o programie 3x20, który zakłada, że do 2020 r. Unia ma o 20 proc. ograniczyć emisję CO2, 20 proc. zużywanej energii musi pochodzić ze źródeł odnawialnych i o 20 proc. ma wzrosnąć efektywność energetyczna. To ogromny i niezwykle kosztowny program. Zwłaszcza dla krajów naszego regionu, które latami nie przejmowały się dymiącymi kominami i ilością zużywanej energii. Przeciwnie – było to uważane za symbol postępu i powód do dumy. Zmiana tej sytuacji nie będzie szybka, łatwa ani tania. Cena unijnego pakietu energetyczno-klimatycznego musi nam zostać dopisana do rachunku.

Podatek energetyczno-klimatyczny płacimy już na każdym kroku. – 10,5 proc. sprzedawanej przez nas energii musi pochodzić ze źródeł odnawialnych. Cena 1 MW/h takiej energii jest o kilkadziesiąt złotych wyższa niż tej pochodzącej z tradycyjnych elektrowni węglowych. Ponieważ prawo wymaga od dystrybutorów, by sprzedawali więcej zielonej energii, niż jest dostępne na rynku, ci, którzy nie są w stanie z tego się wywiązać, muszą płacić specjalną opłatę zastępczą wynoszącą 284 zł/MWh – wyjaśnia Janusz Moroz, członek zarządu ds.

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną