Rozmowa z Tadeuszem Mazowieckim w dziesiątą rocznicę powołania jego rządu
Co się z nami stało
- Miałem takie wewnętrzne, oparte na własnej intuicji przekonanie, że to musi się udać, pod warunkiem że będziemy działać zdecydowanie i konsekwentnie. Nic jednak nie było oczywiste - mówił Tadeusz Mazowiecki w rozmowie z Janiną Paradowską, w dziesiątą rocznicę powołania swego rządu.
Tadeusz Mazowiecki
Leszek Zych/Polityka

Tadeusz Mazowiecki

[Rozmowa ukazała się POLITYCE nr 23/2657 z września 1999 roku]

Janina Paradowska: "Przychodzę jako człowiek Solidarności, wierny jej sierpniowemu dziedzictwu" - powiedział pan w Sejmie 12 września 1989 r., w dniu powołania rządu. Określał pan to dziedzictwo jako wielkie zbiorowe wołanie społeczeństwa o podmiotowość, gotowość do solidarnego i zdecydowanego działania, ale także jako zdolność przekraczania sporów i podziałów, umiejętność poszukiwania partnerstwa, wyrzeczenie się myślenia w kategoriach brania odwetu za przeszłość. Jak się to dziedzictwo spełniło, co z niego do dziś przetrwało?

Tadeusz Mazowiecki: Myślę, że gdy idzie o pierwszą część, czyli wołanie społeczeństwa o podmiotowość, to przetrwało bardzo wiele, o wiele więcej niż czasem skłonni jesteśmy przyznać. Brak wolności odczuwa się jak brak powietrza, istnienia powietrza już się nie odczuwa. Dziś jest ona czymś normalnym. Gdy zaś idzie o zdolność przekraczania sporów i poszukiwanie partnerstwa uważam, że bez takiej filozofii, która przysporzyła mi wiele krytyki i przykrości, przeprowadzenie Polski przez ten trudny czas nie było możliwe. Jestem przekonany, że tej filozofii bardzo wiele zawdzięczają zmiany, jakie dokonały się w innych krajach. Gdyby w Polsce nastąpił odwet, doszło do ostrego konfliktu, zmiany ku demokracji u naszych sąsiadów mogły zostać na jakiś czas zahamowane. Ważne jest jednak także i to, czy w świadomości ludzi pozostało przekonanie, że trzeba podziały przekraczać, że istnieje konieczność ich przekraczania? Czasem wydaje mi się, że podziały ostro występują jedynie w obrębie klasy politycznej, choć zdarza się, że taki zarzut formułują wobec mnie ludzie spoza tej klasy. Mam jednak głębokie przekonanie, że dla młodego pokolenia te sprawy są coraz mniej ważne, co z jednej strony jest zjawiskiem optymistycznym, ale też skłania do postawienia pytania - czy ci młodzi ludzie zdają sobie sprawę z tego, jak wielka to była zmiana?
 
Dziedzictwem Solidarności była też idea sprawiedliwości społecznej, pracowniczej samorządności, gospodarka miała być w istocie socjalistyczna. Tymczasem przyszedł plan Balcerowicza, a więc w istocie zaprzeczenie tamtych haseł.
 
Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że było to zaprzeczenie idei Solidarności. Niezbędne zmiany gospodarcze nakazywały reformę bastionów Solidarności, wielkich zakładów pracy, a więc musiały uderzyć w tych, którzy o zmiany walczyli. To był mój dramat, ale mało kto chce pamiętać, że decyzja ta rodziła się w określonych okolicznościach - przy szalejącej inflacji i pustych półkach. Staliśmy przed zasadniczym wyborem - robić gruntowną reformę, czy znów poprawiać to, co do poprawiania się nie nadawało. Uważałem, że rozwój powinien być równomierny, ale liczyłem się z kosztami rozruchu reformy. Ta reforma, niewątpliwie dobra dla kraju, kosztowała jednak więcej, niż mogliśmy przypuszczać. Wielkość społecznych kosztów ukazała się w całej ostrości w momencie, gdy gwałtownie załamał się rynek wschodni. Chociaż tu też trzeba wziąć pod uwagę, że bardzo wielu dyrektorów uznało, że trzeba po prostu przetrwać i nic nie zmieniać. Zmienialiśmy więc tych dyrektorów. Pamiętam, że na jednym z posiedzeń Rady Ministrów Tadeusz Syryjczyk powiedział, że statystycznie zmienia się jednego dyrektora dziennie. Pozostaje jednak nadal wielki problem równoważenia rozwoju gospodarczego i społecznego. Rzecz w tym, że ustrój demokratyczny i wolnorynkowy nie zapewnia natychmiastowego skoku cywilizacyjnego i gospodarczego. Zapewnia jedynie stałe polepszanie sytuacji, a więc wymaga innej świadomości społecznej, zrozumienia i cierpliwości. Jest dla mnie ciągle ogromnym problemem los tych, którzy na transformacji nie zyskali i co więcej - nie są do niej przygotowani.
 
Wróćmy jednak do owego dziedzictwa Solidarności. Mówimy dziś: za czasów pierwszej Solidarności, drugiej Solidarności. Nie wiem, może już jest jakaś trzecia Solidarność? 
 
Burzę się przeciwko takiemu podziałowi, ponieważ uważam, że dziedzictwo Solidarności jest naszą wspólną wartością i żadne ugrupowanie nie powinno go zawłaszczać. Nie można jednak zaprzeczyć, że Solidarność po roku 1989 rozwijała się początkowo solidarnie z rządem przez siebie wyłonionym, potem była w ostrej, czasem wręcz przykrej opozycji do kolejnych solidarnościowych rządów. Teraz zaś jesteśmy w takiej fazie, kiedy wszystkie właściwie gałęzie wywodzące się z Solidarności skłonne są uznawać prawo do wspólnego dziedzictwa. Spór o własność nie jest więc aż tak ostry.
 
Czy o dzisiejszej Solidarności mógłby pan powiedzieć - to jest moja Solidarność?
 
Nie mogę powiedzieć, że to jest moja Solidarność, ale nie chciałbym się od niej jednoznacznie odcinać. Bardzo wielu ludzi dzisiejszej Solidarności do tamtych początków nawiązuje i jednak uznaje wspólne korzenie.
 
Co się przede wszystkim zmieniło w Solidarności obecnej w stosunku do tej pierwszej?
 
Zrodziło się obecnie takie przekonanie, że oto wszystko się nam należy. Nie chciałbym idealizować siebie ani moich kolegów, ale my mieliśmy przede wszystkim przekonanie, że przebudowujemy Polskę i ta możliwość była nagrodą za lata walki. Ta nasza filozofia była zresztą w pewnej mierze wynikiem chwili historycznej, w jakiej przyszło nam działać. Mieć autentyczne poczucie czynnego zmieniania historii to naprawdę wielka rzecz. Gdybyśmy wówczas patrzyli nieustannie na sondaże opinii publicznej i myśleli o tym, jak utrzymać się przy władzy, a nie o tym, jak przeprowadzać zmiany, to zapewne byśmy tych zmian nie przeprowadzili. Wyjątkowe chwile jednak przemijają, przychodzą rządy normalne, które muszą walczyć o utrzymanie władzy. Rzecz tylko w sposobie walki o tę władzę czy utrzymywania się przy niej.
 
Jak więc czuje się pan w polityce, której naczelnym przesłaniem staje się pragmatyzm i skuteczność?
 
Jeżeli chce się działać w polityce i nie stać się postacią anachroniczną, to nie można się obrażać, że taki jest jej kierunek rozwoju. Brak mi jest jednak wizji ideowych, dążeń do wyraźnie wyznaczonych celów, a nawet takiej zwyczajnej potrzeby rozmowy o ideach i celach. Mam zresztą wrażenie, że nie tylko mnie tego brakuje, także coraz częściej młodemu pokoleniu. Jemu już sam pragmatyzm nie wystarcza. Ten czysty pragmatyzm przestaje zresztą wystarczać także dobrze zasiedziałej w demokracji Europie, gdzie z jednej strony powstały ostro przestrzegane kryteria ekonomicznej współpracy, ale z drugiej strony wszyscy mają poczucie, że w jednoczącej się Europie czegoś brak, że jakby Ducha brak. I zaczyna się poszukiwanie tego Ducha.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj