Syryjski exodus trwa
Jutro jest piękne
Ludziom trzeba pomóc – mówi ateńczyk, który oddał swoje mieszkanie rodzinie Esry i Ahmeda.
Dzieci mieszkające w liceum nr 5.
Ala Qandil

Dzieci mieszkające w liceum nr 5.

Telefon Esry wibruje. Wiadomość na WhatsAppie od kuzynki. Krewni wypatrzyli Esrę, jej męża Ahmeda i ich dzieci na filmie na YouTube podczas przeprawy przez morze. Otwiera link, widzi siebie i chłopców na łodzi, szklą się jej oczy. – Tak strasznie się wtedy bałam, że przyjdzie mi patrzeć, jak moje dzieci toną. Fale były wysokie, nie dali nam kamizelek ratunkowych. Wsiadaliśmy na ponton po ciemku, chyba z 60 osób. Gdy znalazła nas grecka straż przybrzeżna, zaczynało świtać. Wzięli nas na pokład swojego statku. Kobiety z jednej strony burty, mężczyźni z drugiej. Mężczyzn bili. Mój syn Chaled spytał się wtedy: po co było uciekać z Syrii, skoro wszędzie nas traktują tak samo? Jak ktoś próbował powiedzieć bliskim przez telefon, że zostali uratowani, to strażnicy wyrywali komórki z ręki i wyrzucali do morza. Na tym pontonie myślałam, że umrzemy.

Esry telefon się uchował, ale ostatnio szwankuje; zawiesza się, czasem nie działa mikrofon albo kamera. A to poważny problem. Na ten telefon któregoś dnia zadzwonią greccy urzędnicy, żeby im powiedzieć, czy ich wniosek został pozytywnie rozpatrzony i że powinni zacząć pakować walizki. Ten telefon to też jedna z nielicznych rzeczy, która łączy ją wciąż z Syrią: dzwonią bracia, siostry, rodzice. Telefon i mały różowy pluszak z przycerowanymi nóżkami. Należał najpierw do jej najstarszego syna Chaleda, teraz już 15-latka, potem dostał go Salah (13 lat), potem Hammoude (9), a teraz bawi się nim dwuletni Imad.

Na wyświetlaczu telefonu Esry pojawia się zdjęcie Salaha.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj