Clinton Hillary sekretarzem stanu
Jastrząb w szpilkach
Stanowisko sekretarza stanu USA feminizuje się – po Madeleine Albright i Condoleezzie Rice przyszła kolej na Hillary Clinton. Jej nominacja to największa powyborcza niespodzianka.
Wciągając Hillary Clinton do rządu, Obama dobitnie pokazuje, że tworzy zespół gwiazd o niepodważalnych kompetencjach. Przede wszystkim jednak eliminuje ją jako potencjalnego konkurenta do prezydentury w 2012 r.
Nrbelex/Flickr CC by SA

Wciągając Hillary Clinton do rządu, Obama dobitnie pokazuje, że tworzy zespół gwiazd o niepodważalnych kompetencjach. Przede wszystkim jednak eliminuje ją jako potencjalnego konkurenta do prezydentury w 2012 r.

Ta posada trafia zwykle w ręce wytrawnego międzynarodowego stratega lub polityka, pozostającego w cieniu nowo wybranego prezydenta. Tym razem objęła ją gwiazda pierwszej wielkości i niedawna rywalka Baracka Obamy, która o włos przegrała prawybory. Za pewniejszych kandydatów uchodzili John Kerry, kandydat prezydencki demokratów w 2004 r., umiarkowany republikanin Chuck Hagel i gubernator stanu Nowy Meksyk Bill Richardson, za którym mocno lobbowali Latynosi. Każdy z nich ma większe doświadczenie w polityce zagranicznej niż była Pierwsza Dama i żaden nie mógłby zagrozić politycznie przyszłemu prezydentowi. Z Hillary Clinton może być inaczej.

Henry Kissinger i James Baker, najlepsi sekretarze stanu USA ubiegłego stulecia, byli - przypomniał w „New York Timesie" Tom Friedman - przede wszystkim lojalnymi partnerami swoich prezydentów. Ich sukcesy można przypisać w równej mierze ich własnym umiejętnościom, co harmonijnej współpracy z Białym Domem. Przywódcy obcych państw muszą być pewni, że rozmawiając z szefem amerykańskiej dyplomacji, rozmawiają z prezydentem. Było tak w przypadku Kissingera i Bakera, ale już Colina Powella różniło z przełożonym tak wiele, że praktycznie odsunięto go od kształtowania polityki zagranicznej USA, zmuszono do firmowania inwazji na Irak, a w końcu do rezygnacji.

W prawyborach polityka zagraniczna była głównym tematem polemik między Obamą a Clinton. Czarnoskóry senator zapowiadał, że jako prezydent podejmie bezpośrednie rozmowy z przywódcami Iranu i Kuby, i to bez warunków wstępnych. Hillary Clinton nazywała to naiwnością. Obama wypominał jej głosowanie za inwazją na Irak i podkreślał, że od początku był przeciw wojnie. Ich współpracownicy twierdzą dziś, że rozbieżności były celowo wyostrzane na użytek kampanii wyborczej i że oboje mają w istocie taką samą wizję świata i roli Ameryki.

Zespół gwiazd

Prezydent-elekt rzeczywiście okazuje się elastyczny i w niektórych sprawach głosi poglądy odbiegające daleko od stanowisk popierającej go lewicy Partii Demokratycznej. Z drugiej strony przyszła sekretarz stanu jest osobą o wyjątkowo silnej osobowości i większych ambicjach niż jej poprzednicy na tym stanowisku. Czy Obama je okiełzna? Jego główny strateg David Axelrod ma na to prostą odpowiedź: jako sekretarz stanu pani Clinton będzie musiała realizować politykę swego prezydenta.

Obama powiedział, że jego inspiracją jest Abraham Lincoln, który także wprowadził do rządu swoich dawnych rywali. Najgroźniejszy z nich, sekretarz stanu William H. Seward, próbował podczas wojny secesyjnej zdominować prezydenta, ale ten na to nie pozwolił. Obama jest najwyraźniej przekonany, że też sobie poradzi z Clintonową. „Świadczy to o tym, jak bardzo wierzy w swoją zdolność kontrolowania potężnych i niezależnych osób. Nie brak mu pewności siebie" - powiedział w radiu NPR były urzędnik Białego Domu Bill Galston.

Wciągając Clinton do rządu, Obama dobitnie pokazuje, że tworzy zespół gwiazd o niepodważalnych kompetencjach. Przede wszystkim jednak eliminuje ją jako potencjalnego konkurenta do prezydentury w 2012 r. W razie niepowodzenia pierwszej kadencji Obamy Clinton mogłaby rzucić mu wyzwanie z pozycji senatora, ale nie będzie mogła tego zrobić, zasiadając w jego własnym rządzie. Dodatkowym powodem była chęć uczynienia pojednawczego gestu wobec jej licznych fanów w Partii Demokratycznej. Wielu z nich było rozczarowanych tym, że Clinton nie została kandydatką na wiceprezydenta.

Ameryka z twarzą Hillary?

Jako podwładna Obamy Clinton traci polityczną niezależność, którą posiadała jako senator i do której jest bardzo przywiązana. Dlatego tak długo wahała się z przyjęciem oferty i zgodziła się dopiero, gdy obiecano jej bezpośredni dostęp do prezydenta i możliwość swobodnego doboru współpracowników. Ale wejście do gabinetu na preferencyjnych warunkach zwiększa też ryzyko konfliktów z obeznanym w polityce zagranicznej wiceprezydentem Joe Bidenem oraz z prawdopodobnym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Jimem Jonesem.

Od przegranych prawyborów Hillary Clinton doskwierało, że nie może objąć przewodnictwa żadnej komisji w Senacie. Powodem był fakt, że zasiada w nim dopiero od ośmiu lat, a o stanowiskach tych decyduje seniority, czyli staż legislacyjny. Była więc tam w efekcie jednym ze stu senatorów, choć z nadzieją na funkcję lidera większości. Przechodząc do Departamentu Stanu, obejmuje niezmiernie prestiżowy urząd, czwarty po prezydencie. Będzie twarzą Ameryki na świecie. Niektórzy przewidują nawet, że Obama pozostawi jej stosunkowo wolną rękę na arenie międzynarodowej, gdyż sam będzie całkowicie pochłonięty gospodarką i innymi problemami w kraju. A ponowny start Clinton w wyścigu do Białego Domu nie jest wcale wykluczony - w 2016 r. będzie miała raptem 68 lat.

Bill Clinton pomagał żonie w staraniach o nową posadę, ale teraz sprawia jej raczej kłopot. By uniknąć kompromitujących dymisji, ekipa Obamy drobiazgowo prześwietla życie prywatne i finanse kandydatów na wszystkie stanowiska, a mąż nowej sekretarz stanu też podlega kontroli. Były prezydent prowadzi fundację charytatywną, angażuje się w przedsięwzięcia biznesowe, wygłasza płatne przemówienia i zbiera fundusze na swą bibliotekę-muzeum. Wchodzą tu w grę wielomilionowe sumy, ale nie ich wysokość jest problemem, tylko to, skąd pochodzą.

Trzy lata temu Bill Clinton odwiedził Kazachstan razem z biznesmenem Frankiem Giustrą, który załatwił sobie przy tej okazji zgodę prezydenta Nursułtana Nazarbajewa na inwestycje w miejscowe kopalnie uranu. W zamian Giustra zasilił fundację Clintona kwotą 130 mln dol. Wśród jej darczyńców są też szejkowie naftowi z Zatoki Perskiej i władcy Arabii Saudyjskiej, co może być źródłem konfliktu interesów, gdy żona byłego prezydenta przejmie stery polityki zagranicznej i będzie miała do czynienia ze wspomnianymi krajami. Clinton obiecał, że gdy Hillary otrzyma nominację, ujawni listę swoich darczyńców. Może to jednak nie być koniec kłopotów.

Jastrzębia dyplomacja 

Krytycy prezydenckiej pary wyciągają im już z szafy stare szkielety. W latach 90. Bill Clinton musiał tłumaczyć się z nielegalnych wpłat na swoją kampanię wyborczą od zamieszkałych w USA Chińczyków, powiązanych z reżimem w Pekinie. Wyprowadzając się z Białego Domu w 2001 r. ułaskawił zbiegłego za granicę multimilionera aferzystę Marka Richa, którego żona sponsorowała jego kampanię prezydencką. Zaszłości te nie wykoleją Hillary Clinton, ale dostarczą republikanom amunicji podczas zatwierdzania jej nominacji w Kongresie.

Czego zatem można oczekiwać po przyszłej szefowej amerykańskiej dyplomacji? Nie bez powodu Clinton uchodzi za jastrzębia, zwolenniczkę muskularnej polityki zagranicznej, zapowiada więc raczej kontynuację niż radykalne zmiany. W kampanii wyborczej nie poparła ścisłego terminarza wycofania wojsk z Iraku ani nie przyznała, że jej głosowanie za wojną było błędem. Groziła unicestwieniem Iranu, gdyby użył broni nuklearnej przeciw Izraelowi. W Senacie głosowała za rezolucją uznającą irańską Gwardię Rewolucyjną za organizację terrorystyczną, czego nie poparli Obama ani Biden.

W konflikcie bliskowschodnim jest mniej skłonna do ustępstw na rzecz Palestyńczyków niż nominat na doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego Jim Jones. W prawyborach zbierała pochwały niektórych neokonserwatystów, jak egerii prawicy Ann Coulter. Podoba się im to, że o ile Obamę w sytuacjach kryzysowych instynkt zdaje się skłaniać ku negocjacjom i poszukiwaniu kompromisu, Clinton zdaje się gotowa do konfrontacji. Z drugiej strony jeszcze jako Pierwsza Dama wezwała do utworzenia państwa palestyńskiego, zanim stało się to oficjalną polityką Waszyngtonu.

Dla Polski nominacja Clinton jest chyba dobrą wiadomością. Jak niemal wszyscy demokraci ma ona sceptyczny stosunek do tarczy antyrakietowej, ale stosunki polsko-amerykańskie nie tylko do tego się sprowadzają. Nawet konserwatyści oceniają, że Clinton - jak powiedział Kim Holmes z fundacji Heritage - będzie twarda wobec Rosji. Podobnie jak Madeleine Albright reprezentuje internacjonalistyczny nurt w Partii Demokratycznej, przeciwny izolacjonistycznym realistom. Na kluczowe stanowiska w Departamencie Stanu może ściągnąć takich dyplomatów jak Richard Holbrooke czy Ron Asmus, którzy opowiadają się za silną obecnością wojskową USA w Europie.

Zdaniem wielu komentatorów, jako sekretarz stanu Hillary Clinton okaże się takim samym pragmatykiem, za jakiego uchodzi Obama. Publicysta „The New Republic" Peter Beinart uważa, że Clinton i Robert Gates, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa utrzyma stanowisko sekretarza obrony, zostali wybrani po to, aby Obama mógł przy ich pomocy przeforsować zapowiadaną przez siebie politykę dialogu i naprawy sojuszy. Albo więc dojdzie do tarć w kierownictwie, albo Obama i Clinton będą się harmonijnie uzupełniać na zasadzie podziału ról na dobrego i złego glinę.

* Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.  

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj