Recenzja spektakli: „Orlando. Biografie”, reż. Agnieszka Błońska, oraz „Orlando. Bloomsbury”, reż. Katarzyna Minkowska
Oba są awersem i rewersem tej samej opowieści – o współczesnej Polsce.
Oba są awersem i rewersem tej samej opowieści – o współczesnej Polsce.
Późno, bo aż 21 lat po teatralnej prapremierze – wybitnej inscenizacji Krystiana Lupy z Teatru Dramatycznego w Warszawie – otrzymujemy drugą sceniczną adaptację ponad 600-stronicowej powieści, ostatniego dzieła Thomasa Bernharda, będącego jego ostatecznym rozliczeniem z rodziną i rodzinnym krajem.
Nowy przekład wydanego sto lat temu „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, arcydzieła modernizmu – imponujący efekt siedmioletniej pracy Macieja Świerkockiego – zainspirował Maję Kleczewską do stworzenia spektaklu dotykającego polskiej rzeczywistości niemal tak bezpośrednio, jak jej niedawne, głośne, zrealizowane w krakowskim Słowaku „Dziady”.
Interesująca, nieco zapomniana, ale ważna bohaterka, świetna autorka oraz nagradzana reżyserka oryginalnych spektakli – wydawałoby się, że nie ma lepszego przepisu na sukces.
Szlachetna prostota w pewnym momencie przechodzi w monotonię, gubi się rytm, wkrada nuda.
Opera Wrocławska kontynuuje program wdrażania młodych śpiewaków również w najnowszej premierze.
Teatr środka w mocnym wydaniu.
To historia o potrzebie rozwijania wyobraźni w dzieciństwie, o formacyjnej sile baśni, budującej wiarę w siebie, we wspólnotę i wzmacniającej więzy rodzinne.
Naiwność i głupota małopolskiego szlachcica Radoszewskiego (Michał Majnicz) jest wykorzystywana przez pazernych sąsiadów, którzy z kolei zostaną wykorzystani przez cyniczną arystokrację, zjeżdżającą z Wiednia, a kanwą opowieści są zbliżające się wybory do parlamentu.
Choreografia sprawia, że uwaga skupia się na treści, a nie na technice; dzięki niej również nie są potrzebne krwawe efekty – wszystko jest oczywiste.
Do artystycznego sukcesu zabrakło precyzji w prowadzeniu aktorów, zwłaszcza w mniejszych rolach swatki Fiokły czy ciotki, przez co np. nie wybrzmiał finał.
Lupa wyśmiewa syndrom zbawcy, ale nawet z tym założeniem wydaje się, że „Imagine” porusza wiele ważkich kwestii, choć trudno je uchwycić i poczuć.
Jakże inaczej odbiera się ten spektakl, mając pod powiekami obrazy zmasakrowanych ciał w Buczy czy Borodziance.
Całość układa się w katalog polskich wad, znanych i (nielubianych), tym razem zaprezentowanych w konwencji apokalipsy zombie.
Ciekawa koncepcja i wykonanie.
Ostatnia część tryptyku „superstar”, którego bohaterami w poprzednich odcinkach byli Gabriela Zapolska i Henryk Sienkiewicz, poświęcona została lokalnej legendzie.
Dramaturgicznie „Byk” nie jest arcydziełem, ale na scenie się broni dzięki uczłowieczającemu bohatera aktorstwu Talarczyka i scenografii, która jest tu prawdziwym partnerem.
Ważnym tematem sztuki jest sam teatr.
Widać tu bezradność wobec eseistycznego tekstu i brak oryginalnego pomysłu na formę.
Polska Opera Królewska ma ostatnio dobrą passę: to jej kolejna udana premiera.