Monachijska pułapka
Traktat monachijski z września 1938 r. to wspomnienie podwójnie bolesne: z jednej strony przywódcy mocarstw zachodnich haniebnie zdradzili swych sojuszników, z drugiej zaś owa zdrada okazała się dla nich samych groźną naiwnością. Dotyczy to także Polski.

Największą odpowiedzialnością za Monachium obciąża się, i słusznie, brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina, który firmował politykę tzw. appeasementu (zaspokajania, ugłaskania) w stosunku do hitlerowskich Niemiec. Pamięć bowiem o wojnie przerażała społeczeństwa angielskie i francuskie i wielu polityków tych krajów, na czele z byłym premierem Lloydem George’em, uważało, że drobna korekta postanowień traktatu paryskiego z 1919 r., który upokarzał Niemców, warta była zachowania pokoju.

Tymczasem w marcu 1938 r. Austria entuzjastycznie witała niemieckie wojska, a wkrótce potem okazało się, że tak samo gorące pragnienie przyłączenia się do Rzeszy żywią Niemcy zamieszkujący znaczne obszary zachodniej Czechosłowacji (Sudety); na tych terenach stanowili bezapelacyjną większość, a przy tym entuzjastycznie popierali nazistowską Sudetendeutsche Partei, głośno domagającą się od führera uwolnienia spod czeskiego jarzma.

Czechosłowacja była państwem związanym sojuszami wojskowymi z Francją i Związkiem Radzieckim. Oba te kraje zobowiązały się do zbrojnej pomocy w wypadku najazdu na jej terytorium. Widząc bierność zachodnich dyplomatów i rozumiejąc pogróżki Hitlera, Czesi już w maju 1938 r. zmobilizowali swoją armię, licząc, że w ten sposób ożywią chwiejnych sojuszników. Francja i Wielka Brytania zaczęły jednak namawiać Czechów do przyznania sudeckim Niemcom jakiejś autonomii. Integralność terytorialna szybko przestała być priorytetem – w końcu jeszcze dwadzieścia lat wcześniej Czechosłowacji nie było na mapach, a pretensje do jej terytorium zgłaszały też Polska i Węgry.

Wyrażany przez kanclerza Hitlera niepokój o los jakoby prześladowanych rodaków narastał z tygodnia na tydzień i wkrótce zaczęło to już pachnieć wojną. W razie jej wybuchu Francja musiałaby – żeby nie stracić twarzy – stanąć po stronie Czechów, ale tylko pod warunkiem otrzymania pomocy od Brytyjczyków. Wszystko zależało więc od tych ostatnich i Chamberlain postanowił rozegrać tę sprawę po swojemu. Jego tzw. plan Z polegał na tym, że w cztery oczy dogada się z Hitlerem. Poleciał do Niemiec sam, bez dyplomatów i tłumaczy, z propozycją zorganizowania w Sudetach plebiscytu, dzięki czemu można by przekazać Niemcom pograniczne tereny legalnie, demokratycznie i bez utraty twarzy.

Hitler przyjął go w towarzystwie sztandarów i oddziałów SS, a potem znaleźli się sam na sam w górskiej rezydencji w Berchtesgaden. Wódz nie chciał rozmawiać o procedurach, nie chciał dostać Sudetów z łaski jakiejś międzynarodowej komisji arbitrażowej; chciał, żeby Zachód skłonił Czechów do natychmiastowego spełnienia jego żądań. Jednak Chamberlain był dobrej myśli i po spotkaniu napisał do siostry, iż „miał wrażenie, że jest to człowiek, na którego można liczyć, jeśliby dał swoje słowo”. Czesi w zasadzie już zgodzili się na pewne koncesje terytorialne, ale Hitler zażądał więcej i oświadczył, że nie może czekać dłużej niż do 1 października.

Do tego czasu premierzy Francji i Wlk. Brytanii, w towarzystwie Mussoliniego – uszczęśliwionego, że się go traktuje jako członka wielkiej czwórki – przystali na wszystko, czego żądał führer. Po północy z 29 na 30 września 1938 r. podpisano w Monachium porozumienie, w wyniku którego Czesi powinni przekazać Niemcom żądane przez nich tereny w ciągu 10 dni. Pozostawiona sama sobie Czechosłowacja pogodziła się z tą decyzją, skoro jej sojusznicy – jak to ujął w swym przemówieniu brytyjski premier – nie wyobrażali sobie, czemu mieliby prowadzić wojnę „z powodu kłótni w dalekim kraju, z narodem, o którym nic nie wiemy”.

Następnego dnia nastąpiło spotkanie, na które Chamberlain tak bardzo czekał: w cztery oczy wyjaśnili sobie z Hitlerem sporne sprawy. Anglik zapytał, czy gdyby poprzedniego dnia nie doszli do porozumienia, kanclerz Niemiec kazałby zbombardować Pragę? Hitler odparł, że nienawidzi myśli o bombach zabijających małe dzieci. Zgodzili się też w sprawie Hiszpanii, USA, Europy Południowo-Wschodniej i kwestii wolnego handlu. W końcu Chamberlain dał gospodarzowi do podpisania przygotowane przez siebie memorandum głoszące, że Niemcy i Wielka Brytania postanawiają wspólnie działać na rzecz usunięcia wszystkich nieporozumień i zachowania pokoju w Europie.
 

Tym memorandum premier wymachiwał po wyjściu z samolotu, przed kamerami i tłumem wiwatujących na jego cześć rodaków. Z dumą oświadczył, że przywiózł ze sobą „honorowy pokój, pokój dla naszego pokolenia”. Świat odetchnął z ulgą, posypały się telegramy z gratulacjami dla Chamberlaina. Wkrótce jednak brytyjscy dyplomaci zaczęli się niepokoić, że oczekiwane ożywienie współpracy z Niemcami nie następuje. 15 grudnia 1938 r. niemiecki ekspert gospodarczy von Schacht zdradził jednemu z nich, co usłyszał od Hitlera na temat podpisanego przez niego memorandum: w dynamicznych czasach żaden układ nie obowiązuje, kiedy przestaje być użyteczny. Mr Chamberlain jest takim miłym starszym panem – miał się wyrazić führer – „a ja podpisałem tak wiele książek i zdjęć, że pomyślałem, że dam mu swój podpis jako prezent”. Trzy miesiące później Niemcy zajęli Pragę, dziewięć miesięcy później ostrzeliwali Warszawę.

W Monachium alianci nie tylko stracili twarz, nie dotrzymując układów z Czechosłowacją. Najprawdopodobniej stracili też szansę odwrócenia biegu historii. Dziecinna łatwość, z jaką Hitler oszukał Chamberlaina i jego francuskich sprzymierzeńców, upewniła otoczenie wodza, że – jak oświadczył podczas odprawy dla generałów, kiedy obwieszczał im plan zaatakowania Polski – „nasi przeciwnicy to małe glisty. Widziałem ich w Monachium”. Generałowie, tak jak miliony Niemców, obawiali się wojny i jeszcze w lipcu 1938 r. mieli odwagę mówić o tym głośno. Stawiając sprawę na ostrzu noża, Hitler ryzykował swoją reputację, a być może nawet pucz w armii – ale w Monachium wygrał i zamknął usta malkontentom, zyskując dowód swej nieomylności.

Państwem, które (poza Czechosłowacją) straciło w Monachium najwięcej, była Polska. Popierała ona rozbiór Czechosłowacji, a gdy do niego doszło, przyjęto to nad Wisłą z szalonym entuzjazmem.

Pod koniec lutego 1938 r. przebywał w Polsce Hermann Göring; jako wielki łowczy Rzeszy głównie polował z polskimi oficjelami, jako specjalista od kontaktów z Polakami sondował ich reakcje na plany Anschlussu Austrii i Sudetów. Podczas rozmów 23 lutego minister spraw zagranicznych Józef Beck oświadczył mu, że los Austrii jest Polsce obojętny, natomiast jeśli chodzi o Czechosłowację, to Polska jest zainteresowana pewną częścią jej terytorium. Takie kurtuazyjne rozmowy z nazistami nie były niczym nowym: od stycznia 1934 r., kiedy Polska podpisała z Niemcami układ o nieagresji – jako pierwszy kraj europejski przełamując izolację dyplomatyczną reżimu Hitlera – władze II RP dbały o poprawność wzajemnych stosunków.

Dogmatem polskiej polityki zagranicznej lat 30. – odziedziczonym po Piłsudskim – było utrzymywanie tzw. równej odległości w stosunkach z Moskwą i Berlinem. Drugim była, tym razem skierowana ku Zachodowi, ambicja, by być traktowanym na równej stopie przez mocarstwa. Aby podtrzymywać iluzje w tej drugiej kwestii, trzeba się jednak było sprzeniewierzyć zasadzie pierwszej i Polska, nieufnie i ostrożnie, w paru sprawach współdziałała jednak z Hitlerem w latach 1934–1938, demonstrując Francuzom i Brytyjczykom: patrzcie jacy jesteśmy niezależni! Usiłowano w ten sposób ugrać coś w stosunkach z Francją, która wolałaby, aby Polacy współpracowali z Czechosłowacją i Związkiem Radzieckim – wrogami Niemiec.

Poza tym można też było liczyć na to, że Niemcy podzielą się częścią zdobyczy, na jakie mieli tak wyraźną ochotę. Hitler – rozumowano całkiem serio – miał parę zalet: jako dyktator nie będzie się liczył z opinią publiczną w Niemczech, domagającą się rewizji granic z Polską, a jako Austriak będzie raczej zainteresowany terenami byłej monarchii Habsburgów.

W pierwszej kolejności Polacy liczyli na Zaolzie, część Śląska Cieszyńskiego stanowiącego przed 1918 r. osobny region monarchii habsburskiej, nienależący ani do Galicji, ani do Czech. Według spisu z 1910 r. Polacy stanowili na tym terenie większość, ale Czesi zajęli go – aż po rzekę Olzę – w 1919 r., kiedy Polska borykała się z wojną na Wschodzie, a aliancka komisja rozjemcza potwierdziła ich pretensje latem 1920 r., kiedy bolszewicy stali pod Warszawą. Polacy zapamiętali sobie ten akt czeskiej perfidii i nieskrywane sympatie Czechów wobec Rosji, zapamiętali stronniczość Zachodu – i przyrzekli sobie odwet w stosownym momencie.

I oto nadszedł ten moment: zagrożeni przez Hitlera i opuszczeni przez Zachód Czesi zgodzili się przyznać niemieckiej mniejszości w swoim kraju szeroką autonomię, a potem zgodzili się oddać wszystkie ziemie, których Hitler żądał. Polska pilnie obserwowała narastanie kryzysu wokół Sudetów, domagając się równego traktowania mniejszości polskiej i niemieckiej w Czechosłowacji, a poufnie odradzając Francuzom lojalność wobec Czechów. Zachód zignorował żądania polskie: w Monachium ustalono, że Niemcy otrzymają wszystko, czego żądali, a pretensje Polski i Węgier rozpatrzy specjalna komisja o niesprecyzowanych kompetencjach.

To boleśnie godziło w polską dumę, interesy i dogmaty polskiej dyplomacji. W dzień po konferencji monachijskiej minister Józef Beck oświadczył prezydentowi i pozostałym ministrom, że na aliantów nie ma co liczyć i Zaolzie trzeba będzie – być może – zająć siłą, bo inaczej wkrótce część tego terenu zajmą Niemcy.

Piętnaście minut przed północą udało się doręczyć rządowi czechosłowackiemu polskie ultimatum, które ów bezradny już zupełnie rząd przyjął 1 października około południa. Następnego dnia specjalny korpus Wojska Polskiego zajął bez walk tereny aż po Bogumin, na który chrapkę mieli też Niemcy, ale Hitler zdecydował, żeby go Polakom odstąpić.

Do tego korpusu marszałek Rydz-Śmigły skierował specjalną odezwę: „Wy, żołnierze, jesteście w tej chwili uosobieniem woli narodu. Z wami przekracza Olzę majestat Rzeczpospolitej...”. Za wojskiem przekroczyły Olzę tysiące obywateli RP, pragnących dzielić entuzjazm lokalnej ludności ze zjednoczenia z macierzą. Na cieszyńskim rynku i nad rzeką ustawiono megafony, z których dobywała się „I Brygada”, „Mazurek Dąbrowskiego” i przemówienia. Po dwóch dniach w Cieszynie skończyły się zapasy czeskiego piwa i kiełbasek.

W całym kraju odbywały się spontaniczne – ale życzliwie wspierane przez władze – manifestacje radości i narodowej dumy. Prasa była w euforii: nawet publicyści tej klasy co Melchior Wańkowicz i Antoni Słonimski wyrażali zachwyt dziarską i jednomyślną postawą rządu i społeczeństwa, co miało tę dodatkową zaletę, że właśnie rozpisano wybory parlamentarne ignorowane przez opozycję. Jedynie nieliczni publicyści pozwolili sobie zakłócić oficjalny entuzjazm. Adam Próchnik zauważył w „Robotniku”: „Na stole konferencyjnym znalazła się Czechosłowacja, a jutro będą może kawałkować kogoś innego”. Maria Dąbrowska zanotowała w swoim intymnym dzienniku: „To wszystko, co się dzieje, jest nie w moim guście. (...) Jurek Stempowski powiedział: Ta aneksja jest wstępem do nowego rozbioru Polski”.

W istocie Polska, wspierając pretensje Hitlera do Czech i kwestionując granice ustalone w 1919 r., przygotowywała własną zagładę. Uzyskanie maleńkiego skrawka zamieszkanego przez Polaków terytorium nie rekompensowało pogorszenia się strategicznego położenia Polski względem Niemiec po zajęciu przez nie reszty Czech w marcu 1939 r. Polsce ubył sojusznik niewiele słabszy niż ona sama, Niemcy zaś zyskali terytorium, rekrutów oraz niemal całe wyposażenie czeskiej armii. Polski rząd, a zwłaszcza minister Beck, nie tylko nie lubił Czechosłowacji goszczącej polskich uchodźców politycznych, ale i nie doceniał jej; natomiast Hitler w rozmowie z Mussolinim otwarcie przyznał, że na wypadek wojny na niepodległą Czechosłowację rzucono by aż 40 niemieckich dywizji, czyli w przybliżeniu połowę sił, jakimi Niemcy wówczas dysponowali.

Z dzisiejszej perspektywy przyzwolenie na zabór Czechosłowacji w 1938 r. wydaje się wszystkim Europejczykom, a zwłaszcza samym Czechom hańbiące. Współcześni polscy historycy zdają się nie dostrzegać, że to samo odnosi się w dwójnasób do aktywnego współudziału Polski w tym wydarzeniu. Być może bierze się to stąd, że ponieważ w PRL pisano o II RP tylko źle, a o aneksji Zaolzia bardzo źle, to w III RP wypada pisać już tylko dobrze.

Podręczniki więc notorycznie bagatelizują to wydarzenie, a zwłaszcza fakt jawnej współpracy Polaków z Hitlerem – co jest o tyle ułatwione, że ówczesny rząd polski w swym zaślepieniu rzeczywiście uważał, że zajmując węzeł kolejowy w Boguminie pokrzyżował niemieckie plany. Trudno jest natomiast przyznać, że zemsta na Czechosłowacji za jej wrogą wobec Polski postawę z lat 1919–1920 była jednym z priorytetów polskiej polityki zagranicznej przez całe międzywojnie, a aneksja Zaolzia była tej polityki ukoronowaniem – w najgorszym możliwym momencie i w najgorszym możliwym towarzystwie.
 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną