Kraj

Polacy i prawo

Skąd się bierze lekceważący stosunek Polaków do prawa

Wszędzie na świecie są wypadki samochodowe i giną w nich ludzie. Ale sytuacja w Polsce zaczyna być dramatyczna. Wszędzie na świecie są wypadki samochodowe i giną w nich ludzie. Ale sytuacja w Polsce zaczyna być dramatyczna. Jorge Láscar / Flickr CC by 2.0
Niestosowanie się do przepisów nie bierze się znikąd. Jest pochodną rozmaitych zaszłości historycznych, niekiedy podkreślanych z dumą.

Rok 1964, mój pierwszy wyjazd za granicę, do NRD, państwa dość pogardzanego przez Polaków. Wsiadam do zatłoczonego tramwaju (wtedy jeszcze z konduktorem sprzedającym bilety). Podchodzi do mnie starsza kobieta – wysiadła ze środkowych drzwi. Daje mi 50 fenigów i bez słowa odchodzi. Ktoś widząc moją konsternację, powiada: „Te pieniądze należy oddać konduktorowi – zapomniała zapłacić”. Wstydzę się, nawet za siebie, ponieważ w kraju, z którego przyjechałem, jest inaczej, także w moim przypadku.

Teraz kino. Dwie kolejki po bilety, jedna długa, w drugiej dwie osoby. Wchodzi Polak, staje w krótkiej, wchodzi Anglik – udaje się do dłuższej. Dlaczego? Bo Anglik wie, że krótka jest dla osób uprawnionych, a Polak od razu kombinuje.

Trzeci przykład: rok 1999, prawosławny klasztor Kykkos na Cyprze z bezcennymi malowidłami. Turyści są proszeni o nierobienie zdjęć, można bardzo tanio kupić pocztówki z reprodukcjami. Z tyłu słyszę szept: „Obserwuj, czy ktoś nie pilnuje”. Odwracam się, to słowa matki do kilkuletniego syna, fotografującej. Pytam, dlaczego to robi, przecież proszą, żeby nie fotografować. „A co to pana obchodzi?” – odpowiada. Podałem przykłady relatywnie drobne. Nie zamierzam generalizować. W każdym społeczeństwie są tacy, którzy przestrzegają zasad, i tacy, którzy je łamią, ale przypuszczam, że polskie proporcje nie są najlepsze w grupie krajów, z którymi możemy się porównywać.

Polska nierządem stoi

A teraz wstawka historyczna. Od dawna wiadomo, że stosunek Polaków do prawa i dyscypliny społecznej nie imponuje. Tłumaczy się to, i słusznie, okolicznościami historycznymi. Czasy saskie, powiedzenie, że Polska nierządem stoi, potem zabory i poczucie obcości wobec reguł nadanych przez zaborców, krótki okres istnienia II RP, trudności w scaleniu i edukowaniu wielonarodowego społeczeństwa, straszliwa wojna, w czasie której „przetrwać” często znaczyło „kierować się własnymi normami”, potem czasy PRL, gdy spora część systemu prawnego była na pokaz i z góry przeznaczona na stracenie (czytaj: zgodę na nieprzestrzeganie). Ponieważ wszyscy byli świadomi tej gry, próby prawnej socjalizacji społeczeństwa były nieskuteczne. Typowym przykładem był stosunek do tzw. własności społecznej, traktowanej za niczyją, bo właśnie zbiorowej. Oczywiście przesadzam, ale nie do końca. Efektem takiej świadomości prawnej było nieuniknione zaostrzanie sankcji karnych i wzrost kontroli państwowej.

Katastrofa nieprawdopodobna, bo się nie zdarzyła

A teraz kilka przykładów z okresu po 1989 r. Kiedyś pisałem o tym, co się dzieje w drodze z Jastarni do Juraty, gdzie rowerzyści masowo poruszali się po trakcie dla pieszych, mimo że jest tam osobna ścieżka rowerowa. Interweniowałem w różnych instytucjach i ostatecznie otrzymałem odpowiedź, że nie warto stawiać znaku zakazu, bo i tak nie będzie się go przestrzegać. Co ciekawe, zgodziła się z tym jedna z komentatorek mojego tekstu, powiadając, że zna tę trasę i rozumie rowerzystów, gdyż po ścieżce źle się jeździ. Odpowiedź oficjalna przypomniała mi stanowisko pewnego prokuratora, który (w latach 90.) tak odpowiedział na doniesienie o tym, że nieoczyszczanie drogi zimą grozi katastrofą w ruchu drogowym: katastrofa jest nieprawdopodobna, ponieważ się nie wydarzyła.

Zasady się łamie, ale nikt nie reaguje

Wszędzie na świecie są wypadki samochodowe i giną w nich ludzie. Wszelako sytuacja w Polsce zaczyna być dramatyczna. Jesteśmy na pierwszym miejscu w Europie w statystyce wypadków śmiertelnych. Wiele z nich powodują kierowcy w stanie nietrzeźwym lub pod wpływem narkotyków, a nieprzestrzeganie przepisów, także ze strony ofiar, jest nagminne. Tzw. drogówka pilnuje, zatrzymuje i bada, ale rzeczone sito nie jest wystarczające. Jedno z wyjaśnień jest takie, że prawo jest lekceważone w znacznie prostszych sytuacjach na drodze niż kolizje zakończone śmiercią lub kalectwem. Jak piesi przechodzą przez ulice i drogi w miejscach niedozwolonych? Jak kierowcy zachowują się przed oznaczonymi przejściami dla pieszych? Czy rowerzyści schodzą z bicykli, gdy poruszają się po przejściach dla pieszych?

Odpowiedzi są proste: (a) wielu pieszych przechodzi tam, gdzie chce, a nie tam, gdzie powinno, (b) większość kierowców ciągle przyspiesza przed przejściami dla pieszych (ostatnio zdarza się to nawet kolumnom rządowym), (c) prawie wszyscy rowerzyści przejeżdżają przez przejścia. Ponadto sporo użytkowników dróg lekceważy światła regulujące ruch. Nie widziałem kulsona (dla kolegów, bo dla zwykłych ludzi – szacownego stróża porządku publicznego) kontrolującego to, co się dzieje na przejściach dla pieszych. Raz sugerowałem, aby krakowska straż miejska się tym zajęła, ale otrzymałem odpowiedź, że to nie ich sprawa. Kierowcy mikrobusów przekraczają prędkość, rozmawiają przez komórki lub z pasażerami w czasie jazdy oraz zabierają więcej pasażerów, niż dopuszczają przepisy. Komendy policji i wydziały komunikacji stosownych instytucji nie reagują na informacje o rozmaitych przypadkach przekraczania zasad.

Tolerancja dla naruszania prawa

Niestosowanie się do przepisów nie bierze się znikąd. Jest pochodną rozmaitych zaszłości historycznych, niekiedy podkreślanych z dumą (och, jakże byliśmy patriotyczni wobec zaborców czy okupantów), ale niekiedy kwitowanych wzruszeniem ramion i tłumaczeniem w rodzaju: „jesteśmy indywidualistami, a to przynosi skutki w stosunku do prawa”. Szkoła nie wdraża do dyscypliny społecznej, bo dla p. Zalewskiej ważniejsza jest religia i to, aby nie uczono zbyt wiele o zapobieganiu ciąży czy in vitro. Ludzie przecież wiedzą, że głównym zadaniem kulsonów (dla kolegów, bo dla zwykłych ludzi – szacownych stróżów porządku publicznego) zaczyna być ochranianie oficjalnych VIP-ów i uroczystości państwowych, oraz to, że wprawdzie wszyscy są równi (zgodnie z ustawą zasadniczą), ale np. kibole i narodowcy są równiejsi.

A to już tak jest (rzecz potwierdzona przez badania z zakresu socjologii prawa), że tolerancja dla naruszania prawa przez jednych rodzi przeświadczenie u (wielu) innych, że z nimi będzie tak samo. Niezależnie od intencji dobrej zmiany w reformowaniu sądownictwa jednym z efektów tych działań, zwłaszcza propagandowych, jest obniżenie autorytetu wymiaru sprawiedliwości.

Malejący prestiż wymiaru sprawiedliwości

A to już tak jest (rzecz potwierdzona przez badania z zakresu socjologii prawa), że im mniejszy prestiż wymiaru sprawiedliwości, tym mniej przestrzegania prawa. Ot, taka scenka rodzajowa z okresu PRL. Kontroler w tramwaju złapał staruszkę bez ważnego biletu, prawdopodobnie skasowała po raz drugi. Świadkowie prosili, aby jej darował, nawet byli gotowi zapłacić za nią karę. Kontroler był nieugięty, wystawił mandat. Potem, najwyraźniej zadowolony, podszedł do kierowcy i wszczął z nim rozmowę. Akurat był w tramwaju milicjant w cywilu, podszedł do kontrolera i kierowcy, pokazał legitymację i ukarał obu, pokazując napis: „Rozmowa z kierowcą zabroniona”. Czy teraz jest to możliwe, nie tylko z tego powodu, że miejsce kierowcy jest oddzielone (i słusznie) od reszty pojazdu?

Cóż pozostaje władzy w tej sytuacji? To samo co zawsze, mianowicie zaostrzanie kar (np. ostatnie projekty p. Ziobry) i kontroli (np. zasady zakupu biletu kolejowego przy płatności kartą i próba odzyskania należności w przypadku rezygnacji z podróży). A skutki tego są fatalne dla wszystkich, rządzących i rządzonych. Żadna władza po 1989 r. nie potrafiła zadbać o właściwy kształt świadomości prawnej społeczeństwa, a obecna jest pod tym względem wyjątkowa także z uwagi na przechwalanie się swoimi sukcesami, z reguły rzekomymi.

PS Kilka ciekawych wypowiedzi z ostatnich dni

TVP Info: „PiS wygrał w sejmikach, a na Trzaskowskiego głosowali w więzieniach”. Komentarz: zdumiewające, że tyle posadzili do więzień przed wyborami. Pan Ziobro i jego aparat znakomicie się sprawili, aczkolwiek efekt był nieoczekiwany.

Ks. dr hab. Oko: „Lekcje w Niemczech wyglądają tak, że w podręcznikach jest ćwiczenie polegające na zaplanowaniu przez 15-letnie dzieci nowego domu publicznego, który ma spełniać wszystkie zapotrzebowania, najbardziej chore fantazje”. Komentarz: TVP Info wyemitowała tę wypowiedź, co świadczy o tym, że spełniła swoje zapotrzebowanie na najbardziej chorą fantazję.

Ks. dr Dziewiecki, doktor psychologii, ale też ekspert resortu edukacji: „Jeśli nie wierzysz w Boga, nie masz żadnych intelektualnych nawet możliwości, żeby wierzyć w miłość. (...) Kiedy ktoś z nastolatków albo z dorosłych mówi: »proszę księdza, ja nie wierzę w Boga«, mówię: ojoj, żal mi ciebie, chłopcze czy dziewczyno, czy dorosły człowieku. Dlaczego? Bo nie wierzysz w miłość, to ani rodziny nie założysz, ani przyjaciół nie będziesz miał. (...) Jeżeli oni [ateiści] wierzą, że jesteśmy zwierzętami, tylko wyżej wyewoluowanymi, i w świecie materii miłość nie ma sensu, bo jest walka o byt, a nie bycie darem dla innych, więc jeżeli jakiś ateista kocha, to pytam: dlaczego? Przecież to jest bez sensu z twojej perspektywy, człowieku. Bo robisz coś wbrew naturze. W naturze wszystko, co żyje, chce walczyć o siebie. A miłość mówi: jestem darem dla ciebie. Absolutnie antynatura, antymateria. (...) Bóg się objawia, że jest miłością, i ten, kto nie wierzy w Boga, nie może nawet zacząć myśleć o miłości, a co dopiero zacząć kochać”.

Komentarz: Ciekawe, co ks. Dziewiecki ma do powiedzenia o filmie „Kler” i podobnych utworach? Dla porządku dodam, że moja rodzina nie zgadza się diagnozą p. Dziewieckiego, ale nie dziwimy się, że jest ekspertem u boku p. Zalewskiej.

Pan (nie byle) Jaki: „Ponad ćwierć miliona warszawiaków [28,53 proc. głosów] dało nam bardzo silny mandat do tego, aby patrzeć na ręce prezydentowi elektowi. Będziemy z tego korzystać”. Oraz pani Wassermann: „Zrobiłam 35 proc. To jest bardzo dobry wynik”.

Komentarz: To tak jak dowcip o komunikacie agencji TASS: „Wczoraj odbył się wyścig pomiędzy reprezentantami ZSRR i USA. Nasz zajął zaszczytne drugie miejsce, natomiast Amerykanin był przedostatni”.

Pan dr inż. Krzysztof Pasierbiewicz, nieco zawiedziony fan PiS, o porażce p. Wassermann: „Uroda to jednak nie wszystko. Potrzebna jest jeszcze charyzma, przyjazny ludziom sposób bycia i magnetyczna osobowość, która pozytywnie wpływa na innych, poprawia im samopoczucie, poszerza wyobraźnię, a co najważniejsze, budzi ochotę do życia. I jeszcze ważny jest polot, wrodzony instynkt aktorski, odrobina malarskiej fantazji i cały ocean dobroduszności. Ale to jeszcze nie wszystko. Trzeba się jeszcze umieć bawić tym, co się robi”.

Pan Pasierbiewicz nie jest mi obecnie specjalnie życzliwy, ale niespełna 10 lat temu pisał o mnie tak („Podaj hasło”, Kraków 2009, s. 209): „Otóż moim zdaniem wzorowy profesor [vide prof. Woleński] to nie tylko znawca dziedziny, którą się zajmuje. Bo równie ważnym, jeśli nie ważniejszym jest, by miał charyzmę, przyjazny ludziom sposób bycia i magnetyczną osobowość, która pozytywnie wpływa na innych, poprawia im samopoczucie, poszerza wyobraźnię, a co najważniejsze, budzi ochotę do życia i działania. Poza tym utalentowany profesor musi mieć jeszcze polot, wrodzony instynkt aktorski, odrobinę malarskiej fantazji i cały ocean dobroduszności. Ale to jeszcze nie wszystko. Godny zaufania profesor musi być w każdej sytuacji opanowany, acz powinien się także umieć bawić tym, co robi”.

Komentarz: Ciekawe, czy p. Pasierbiewicz uznałby mnie obecnie za niezłego kandydata na prezydenta Krakowa, chociaż na pewno nie mogę konkurować z p. Wassermann pod względem urody. Ech, życie.

Czytaj także: Przed- i powyborcze naganne obyczaje polityczne

Reklama

Czytaj także

Kultura

Dlaczego książki dla młodzieży już nie uczą i nie wychowują

Ukazanie się „Księgi dla starych urwisów”, książki Krzysztofa Vargi o twórczości Edmunda Niziurskiego, to dobry powód, by zapytać, dlaczego nie ma już miejsca na literacki dydaktyzm.

Mirosław Pęczak
20.04.2019
Reklama