Kraj

Ubu, prezydent, czyli rzóbrufka jest dobra na wszystko

Andrzej Duda w Odrzywole, kampania prezydencka 2020 r. Andrzej Duda w Odrzywole, kampania prezydencka 2020 r. Grzegorz Jakubowski / Kancelaria Prezydenta RP
Nie traktuję 11-minutowej rozmowy p. Dudy z domniemanym sekretarzem ONZ wyłącznie w kategoriach groteskowych. Jest oczywiście śmieszna, ale ma też aspekty bardzo poważne.

Gdy Alfred Jarry napisał groteskę „Polacy” w 1888 r., był gimnazjalistą. Osiem lat później powstała „dojrzała” wersja „Ubu Król, czyli Polacy”. Po premierze Jarry miał rzec, że akcja dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Był usprawiedliwiony, bo Polski jako państwa wtedy nie było. Być może wiedział ze szkoły, że Katarzyna Wielka (popularna za sprawą p. „Carycy” Suskiego) zabroniła używania nazwy „Polska”. Niewykluczone, że autor „Króla Ubu” nie chciał się narazić Aleksandrowi III i tym samym popsuć relacji Francji z Rosją.

„Ubu Król”, czyli satyra

Utwór nabrał nowego znaczenia, gdy Polska pojawiła się na mapie po I wojnie światowej. W 1922 r. ukazało się nowe wydanie sztuki we Francji i wieść o nim rychło dotarła nad Wisłę. Pojawiły się głosy, że to paszkwil na Polskę, a nawet domagano się działań dyplomatycznych w obronie państwa, narodu i honoru. Ponieważ jednak dyplomacją polską kierował wtedy Gabriel Narutowicz, a więc ktoś zgoła inny niż p. Czaputowicz, zaniechano interwencji.

W samej rzeczy fabuła „Króla Ubu” jest pełna historycznych niedorzeczności i nie da się jej inaczej traktować niż przykładu teatru absurdu. Z drugiej strony w wielu krajach, np. w USA, inscenizowano tę sztukę jako satyrę na rozmaite aspekty życia społeczno-politycznego, w szczególności łamanie reguł racjonalnego działania. Nic dziwnego, że skoro tytuł jest, jaki jest, aplikowano groteskę Jarry’ego do spraw polskich. W czasach PRL „Król Ubu” funkcjonował nieformalnie w dyskusjach politycznych. W 2003 r. powstał film Piotra Szulkina, który wyśmiewa niektóre absurdy transformacji, a także kreśli perspektywę historyczną, w ramach której Ubu wypowiada wojnę Rosji. Dla porządku dodam, że opera Krzysztofa Pendereckiego „Ubu Rex” (1990) nie ma podtekstów politycznych.

Czytaj też: W Polsce, czyli wszędzie

Prezydent w centralnej Polsce

Gdy dowiedziałem się o tzw. wkręceniu p. Dudy przez rosyjskich pranksterów, sztuka Jarry’ego od razu przyszła mi na myśl. Stąd tytuł, który później jeszcze wyjaśnię. Muszę zaznaczyć, że nie traktuję przeszło 11-minutowej rozmowy p. Dudy z domniemanym sekretarzem ONZ wyłącznie w kategoriach groteskowych. Jest ona oczywiście nadzwyczaj śmieszna, ale ma też aspekty bardzo poważne.

Nikt (o ile mi wiadomo) nie zwrócił uwagi, że prezydent RP zapytany, gdzie obecnie się znajduje, spokojnie odpowiada, że w centralnej Polsce. O ile jeszcze można zrozumieć, że czuł się niebywale usatysfakcjonowany telefonem od jego „ekscelencji” (taki tytuł nie przysługuje chyba sekretarzowi generalnemu ONZ), o tyle ujawnienie miejsca pobytu urąga zasadom bezpieczeństwa głowy państwa i jest przejawem nieodpowiedzialności. Już samo pytanie powinno zapalić zielone światło w głowie p. Dudy, ale najwyraźniej coś tam uległo awarii. Komentatorzy broniący go powiadają, że nie tylko on, ale także np. p. Johnson został nabrany. To prawda, ale stosowne służby brytyjskie szybko przerwały podejrzaną rozmowę. Znaczy, że głową państwa polskiego nikt się pod tym względem nie opiekuje.

Polityka zagraniczna jest w dobrych rękach!

Winnych znaleziono szybko – nie w kancelarii prezydenta i nie w służbach specjalnych, ale w polskim przedstawicielstwie przy ONZ. Chodzi o dwie osoby, które wydały zgodę na rozmowę z p. Dudą. Wprawdzie odpowiedzialnych wskazał p. Kamiński, ale dalsze kroki podjął p. Czaputowicz, który odwołał „sprawców”. Nazwisk nie podano, co sugeruje, że to pracownicy służb specjalnych (kto inny mógłby obsługiwać takie rozmowy?). Tak więc dwóch zapewne oficerów kontrwywiadu jest spalonych. Na ich miejsce trzeba mianować nowych, a ci od razu zostaną „zarejestrowani” przez wywiady innych państw. Gdy p. Macierewicz walczył z WSI i wygłaszał swoje płomienne przemówienie na świeżym powietrzu, chełpiąc się czystką w służbach specjalnych, komentował to w TVP ktoś dobrze znający się na rzeczy: „Niech Bóg ma w opiece naszych wywiadowców”.

Panowie Czaputowicz i Kamiński najwyraźniej wrócili do źródeł, a to znaczy, że polską dyplomacją i służbami specjalnymi znowu zawiadują amatorzy. To prawda, że p. Macron też został wkręcony przez rosyjskich „jajcarzy”, ale wyciągnął stosowne konsekwencje kadrowe i to szerokie. U nas zwolniono dwóch drugorzędnych urzędników, natomiast współodpowiedzialni za sytuację i ich szefowie mogą spać spokojnie, przynajmniej na razie. Gdyby p. Kamiński i p. Szczerski (odpowiedzialny w kancelarii prezydenta za sprawy zagraniczne) mieli szczyptę honoru, natychmiast podaliby się do dymisji. Nic z tego, pierwszy został bezprawnie ułaskawiony przez p. Dudę i ostatnio obroniony w Sejmie przez kolegów, więc pewnie uważa, że wszystko uchodzi, a drugi udaje, że nie było go w domu. Wcześniej wydał książkę „Utopia Europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy” (2017), gdzie można znaleźć rozmyślania o tzw. katolickim paszporcie dla emigrujących z Polski oraz zdjęcie autora spacerującego z p. Dudą, opatrzonego komentarzem, że polska polityka zagraniczna znajduje się w dobrych rękach. Na pewno tak jest, zważywszy że rosyjscy pranksterzy są prawdopodobnie realizatorami polityki Kremla.

Czytaj też: Cicha władza Kamińskiego

Żubrówka po rosyjsku

Pora na wyjaśnienie nazwy „rzóbrufka”. Głowa państwa winna być wszechstronna. Pan Duda ujawnił: „W trakcie rozmowy zorientowałem się, że coś chyba jest nie tak. Sekretarz generalny nie wymawia aż tak dobrze słowa »żubrówka«, choć głos był bardzo podobny”. Słusznie, p. Guterres mówi po angielsku z rosyjskim akcentem, co dowodzi przenikliwości p. Dudy. To nie dziwi, zważywszy na koleżeństwo głównego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego z szerokim gronem światowych przywódców.

Wprawdzie nie wypada korygować takiego obieżyświata, ale mimo wszystko trzeba wspomnieć, że jego rozmówca powiedział nie „żubrówka”, ale „żubrowka”, i to dwa razy. I okazuje się, że popularna wódeczka z trawką stała się (a może już była) instrumentem kontrwywiadowczym. Dlatego pozwoliłem sobie na zakodowanie jego nazwy, co by wiedza o nim nie dostała się w ręce wroga, np. tego, który chciał nam wybrać prezydenta. Przyznaję, że piszę ten felieton z niejakim niepokojem, bo niewykluczone, że ABW oskarży mnie o ujawniane wiadomości zagrażających bezpieczeństwu Polski, nawet jeśli są one dostępne dla każdego, kto umie czytać i wyciągać proste wnioski z jawnych informacji. Na wszelki wypadek zaznaczam, że moje wnioski są jeno hipotezami, a nie stwierdzeniami, aczkolwiek nie mam pewności, czy p. Kamiński i p. Wąsik konotują tę dystynkcję.

Czytaj też: Pranksterzy z Rosji dzwonią do Dudy. Rachunek jest wysoki

Tak się ogrywa GRU

Mimo że p. Duda z godną podziwu bystrością uznał, że coś jest nie tak, prowadził rozmowę jeszcze przez osiem minut. Przyjął do wiadomości, że p. Tusk jest jednym z nich, tj. LGBT, i ze smutkiem skonstatował, że były przewodniczący Rady Europejskiej go nie lubi (p. Tusk szybko sprostował i napisał, że lubi p. prezydenta za otwartość), kupił wiadomość, że p. Trzaskowski zadzwonił do jego „ekscelencji”, stwierdził, że został wybrany prezydentem, i zażądał gratulacji – p. Duda był tym zaskoczony. Jeszcze przed „rzóbrufką” uznał, że koronawirus jest pod kontrolą, zmarło tylko 1,5 tys. osób, a możliwym źródłem epidemii w Polsce są Ukraińcy, których jest u nas dużo. „Ekscelencja” zagadnął o stosunki polski-ukraińskie, sugerując, że Lwów stanowi problem, oraz polsko-rosyjskie w związku z pomnikami Armii Czerwonej. Pan Duda odpowiedział, że Lwów należy do Ukrainy i sprawa jest zakończona, że p. Zełenski jest w porządku (good gay), wie o wkładzie Rosji w zwycięstwo w II wojnie światowej i dodał, że nie było przyjaźni polsko-radzieckiej, tylko okupacja Polski.

PiS przyznaje, że ta rozmowa nie powinna się wydarzyć, ale uważa to za wypadek przy pracy, podkreślając (ogólnikowo), że inni też zostali wkręceni. TVP od razu zareagowała: „W sumie bardzo dobry wywiad prezydenta. Na wszystkie pytania odpowiedział bez kiksu i jeszcze wprowadził polską narrację historyczną do rusnetu. Tak się ogrywa GRU”. I podobną wypowiedzią p. Stankowskiego, któremu Adrian na imię – nic dziwnego, że Adrian chwali Adriana. Głupota tych oznajmień jest porażająca.

Czytaj też: Jak polski szpieg trafił do łagru

Prank od Putina w powyborczym prezencie

Fakt, p. Duda spisał się nad podziw perfekcyjnie, bo przecież mógł zażądać poparcia ONZ dla polskich roszczeń wobec Lwowa i o zgodę na wojnę z Putinem. Z drugiej strony obwinianie Ukraińców o pandemię jest osobliwym przejawem współpracy ze wschodnim sąsiadem, użycie słowa „tylko” we wskazanym kontekście urąga pamięci o zmarłych, natomiast fraza o okupacji daje Rosjanom znakomity (rzecz nie w wierności faktów, ale w retoryce) argument, że Polacy fałszują historię.

Dodawszy do tego wspomniane komiczne fragmenty, dukaną angielszczyznę i niekontrolowane wybuchy śmiechu, występ p. Dudy był wielką kompromitacją. Ktoś w internecie ubolewał, że wkręcenie p. Dudy nie nastąpiło przed wyborami. Zapewne, ale jeśli pranksterzy działają na zlecenie GRU (lub czegoś podobnego), dobrze wybrali moment. Niewykluczone, że p. Putin chciał, aby p. Duda został wybrany na drugą kadencję, bo chce, aby polski eurosceptycyzm miał się dobrze – polecił ośmieszenie p. Dudy od razu po wyborze, aby pokazać, że Polska nie jest poważnym państwem.

Gdyby Jarry dożył obecnych czasów, może napisałby sztukę „Dudu, prezydent, czyli Wolacy”, a po premierze dodałby: „Rzecz dzieje się w Wolsce, czyli nigdzie”. Absurdalne zachowania polskich polityków zaczynają przypominać groteskowe poczynania Byczysława i Ubu z pierwszej sztuki Jarry’ego. Wszelako taki fragment streszczenia: „Ubu sprawuje okrutne rządy w Polsce, rabując poddanych i mordując nieposłuszne jednostki szlachty, aby zdobyć ich majątki”, trzeba traktować jako niekoniecznie bezzasadne ostrzeżenie. Liczba przypadków koronawirusa wzrasta, a rząd łagodzi ograniczenia. Co oni knują? Stan wyjątkowy dla repolonizacji (re-po-lo-ni-za-cja, jak z tałatajską brawurą ortograficzną oznajmił p. Kowalski z PiS) mediów?

Czytaj też: Porachunki w rodzinie PiS

Kaczyński i Duda na Jasnej Górze

Chociaż p. Duda formalnie jest bezpartyjny, został też upokorzony przez swojego partyjnego zwierzchnika. Otóż Zwykły Poseł nie pojawił się na wieczorze wyborczym swojego protegowanego. Pojechał na Jasną Górę, być może w celu modłów w intencji zwycięstwa p. Dudy. Wprawdzie wiele wskazuje, że było ono przesądzone, ale strzeżonego Bóg strzeże.

Wśród obecnych w Pułtusku (wybór miejsca może symbolizował, że winę za wszystko złe ponosi „puł” Tuska, a nie cały, a więc mamy pierwszy krok w kierunku pojednania narodowego) można było spostrzec Handlarza Pokościelnym Mieniem Bezspadkowym i p. Zbyszka (pardon za poufałość). Ten drugi otrzymał chyba stosowne plenipotencje od Srebrnego Dewelopera i szybko zaczął instruować lokatora Pałacu Namiestnikowskiego o jego najpilniejszych zadaniach. Łatwo zrozumieć, że p. Zbyszek (kolejny raz: pardon za poufałość) nastawał na dokończenie reformy sądów, na czym jako prokuratorowi generalnemu bardzo mu zależy z uwagi na ciągle niedoskonały system kontroli prokuratury nad wyrokowaniem przez sędziów. Na drugi dzień po rzeczonej fecie p. Duda udał się w to samo miejsce, które dzień wcześniej odwiedził p. Kaczyński, i zawierzył Maryi wszystkie sprawy Ojczyzny i Narodu. Szczęśliwie stało się to kilka godzin po konferencji z „ekscelencją”, bo inaczej można by pomyśleć, że p. Duda nie został wysłuchany.

Wyimaginowana wspólnota dawniej i dziś

Pan Duda 15 lipca wziął udział w obchodach 610. rocznicy bitwy pod Grunwaldem i stwierdził, że: „Unia polsko-litewska była [początkiem] tego, jak Europa wygląda dzisiaj, a mianowicie Unii Europejskiej, pierwszym pokojowym porozumieniem krajów, które chciały żyć ze sobą, współtworzyć państwowość i swoją pozycję europejską”. Wprawdzie nie wiadomo, czy p. Duda miał na myśli porozumienie krewskie (1385), wileńsko-radomskie (1401), horodelskie (1413) czy Unię Lubelską (1569), ale nie należy czepiać się szczegółów, aczkolwiek wygląda na to, że nie jest pewien swego, bo w 2019 r. prawił o tej ostatniej, a rok później o czymś związanym z wojną z 1409/1410 r.

Szkoda, że dokonując wielkiego odkrycia historycznego na temat genezy UE, nie zdecydował, czy Polska i Litwa były ze sobą tylko stowarzyszone w ramach Rzeczpospolitej Obojga Narodów, czy też były członkami tego organizmu politycznego. To ciekawy problem, zważywszy że unia polsko-litewska była personalna do 1569 r., a potem realna – w obu przypadkach nie była to wyimaginowana wspólnota. Rzecz jest ważna, gdyż wygląda na to, że wedle całej tzw. dobrej zmiany Polska jest jedynie stowarzyszona z UE, gdy sprawa dotyczy praworządności, natomiast czuje się pełnoprawnym (nawet bardziej) członkiem, gdy zaczyna się proces ustalania budżetu europejskiego – w pierwszym wypadku UE jest wyimaginowana, a w drugim jest twardą rzeczywistością.

Potwierdza to opinia p. Romanowskiego, wiceministra od spraw familijnych: „Chcemy wypowiedzieć ten genderowski bełkot ratyfikowany przez PO i PSL. Opinia zagranicy nas nie interesuje. Dla nas podstawą jest suwerenne państwo narodowe”. Wtóruje mu p. Jaki: „Nie ma takich pieniędzy, które może nam proponować niemiecka prezydencja na rozpoczynającym się szczycie za zgodę na związanie »sznurkiem praworządności« polskiej suwerenności. 700 mld czy 70 bilionów? Żadnych srebrników”.

Czytaj też: Dlaczego PiS boi się konwencji antyprzemocowej?

Ostatnio modne są testy. Wygląda na to, że wielu wyżej wspomnianych osobników poddało się testom na inteligencję. Wynik był negatywny i bardzo ich to ucieszyło, bo rezultat pozytywny nie jest popularny w czasach Covid-19.

Pan Bukowski, doktor filozofii, zaapelował: „Uważam, że zaraz po ogłoszeniu (...) oficjalnych wyników drugiej tury wyborów prezydenckich Andrzej Duda powinien pojechać do Krakowa i złożyć w podziemiach królewskiej katedry na Wawelu hołd swoim politycznym mistrzom – Pierwszemu Marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu oraz Prezydentowi RP profesorowi Lechowi Kaczyńskiemu”. Pan Bukowski uważa się za piłsudczyka i może też tak sądzi o liderach tzw. dobrej zmiany. Tak czy inaczej, adaptując dowcip filozoficzny z czasów PRL, różnica między Piłsudskim a piłsudczykami à la p. Bukowski jest taka jak między Kantem a kanciarzami.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Kompozytorki wchodzą do gry

Kiedyś mieliśmy wśród kompozytorek pojedyncze przykłady spektakularnych karier. Ale najmłodsze pokolenie idzie całą ławą, co było widoczne na jesiennych festiwalach muzyki współczesnej.

Dorota Szwarcman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną