„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kraj

Czego w sieci bronić chce Zbigniew Ziobro?

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro Kancelaria Prezesa RM
O ile Unia Europejska może przymusić zagraniczne – głównie amerykańskie – platformy społecznościowe do poddania się jej prawu, o tyle Polska takich możliwości nie ma.

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro twierdzi, że ma projekt ustawy o wolności w internecie, dzięki któremu platformy społecznościowe nie będą mogły arbitralnie blokować żadnych treści. Twierdzi, że ma, bo choć pokazywał na konferencji zadrukowaną kartkę, to nie ujawnił projektu na stronie resortu. Nie ma go też – ani jako projektu ustawy, ani jako projektu założeń do ustawy – na stronach Rządowego Centrum Legislacji. To pozwala sądzić, że projekt jest co najwyżej we wstępnej fazie założeń i nie został zaakceptowany do prac rządowych. Choć – a jakże – w mediach społecznościowych poparł go premier Mateusz Morawiecki.

Czytaj też: Ameryka się zachwiała. Krajobraz po puczu

Ustawa Ziobry. Kto się może odwołać?

Projekt, jak przyznał Zbigniew Ziobro, to reakcja na zbanowanie Donalda Trumpa. Co zatem tam zapisano (według tego, co zostało powiedziane na konferencji i w komunikacie ministerstwa)?

Osoba, której wpis czy konto zostanie zablokowane, będzie mogła się odwołać najpierw do serwisu społecznościowego, który ma odpowiedzieć w ciągu 48 godzin. Jeśli nic nie zwojuje, to ma się zgłaszać do Rady Wolności Słowa, „która będzie stać na straży konstytucyjnej wolności wyrażania poglądów w serwisach społecznościowych”. Radę ma powoływać Sejm większością trzech piątych głosów, czyli z udziałem opozycji, na sześcioletnią kadencję. Ciało ma siedem dni na rozpatrzenie skargi. Może nakazać odblokowanie wpisu lub konta pod groźbą kary od 50 tys. do 50 mln zł. Od decyzji będzie przysługiwała skarga do sądu. Ale ze schematu, który ministerstwo zamieściło w social mediach, wynika, że prawo do odwołania będzie miał tylko zablokowany. Serwisy społecznościowe – nie. Jeśli to nie pomyłka, takie rozwiązanie naruszałoby zasadę równości wobec prawa.

Projekt ma też poszerzyć możliwość pozywania do sądu za naruszenie dóbr osobistych w internecie. Dziś nie da się tego zrobić, jeśli nie zna się danych tego, kogo chce się pozwać. Resort proponuje „pozwy ślepe” – tylko z podaniem np. adresu URL.

Czytaj też: Bany w sieci zamiast impeachmentu. Szkoda, że tak późno

Rada Wolności Słowa bez mocy

Problem „wolności w internecie” wydaje się dotyczyć bardziej osób i grup prezentujących opinie i poglądy ekstremistyczne, nienawistne, spiskowe czy przemocowe. Tacy użytkownicy są częściej blokowani niż prezentujący poglądy liberalne. Częściej też ich treści ocierają się o przestępstwo, np. pochwalania przemocy, nawoływania do nienawiści wobec grup mniejszościowych czy przeciwników politycznych. W Polsce na bany skarżyły się ugrupowania nacjonalistyczne, takie jak Marsz Niepodległości, Ruch Narodowy, Obóz Narodowo-Radykalny czy Młodzież Wszechpolska. I to głównie ich wolności broni minister Ziobro, proponując „ustawę o wolności w internecie”. Ale przypadki arbitralnego blokowania przez – prywatne, bądź co bądź – firmy dotyka także np. dzieł malarskich uznanych przez algorytmy za pornografię, bo są na nich nagie ludzkie ciała. Spotkał też np. Społeczną Inicjatywę Narkopolityki, zablokowaną, bo Facebook uznał, że jej treści propagują narkotyki. Organizacja z pomocą fundacji Panoptykon pozwała Facebooka za tę blokadę do sądu, ale sprawa stanęła w miejscu, bo FB zażądał tłumaczenia na angielski – na koszt skarżącego – setek stron pozwu i ekspertyz.

Problem arbitralnego sterowania wolnością wypowiedzi przez prywatne firmy jest realny i groźny. Pytanie, czy byłby mniej groźny, gdyby były to firmy państwowe? Niekoniecznie. Szczególnie w krajach takich jak Polska, gdzie władza przejmuje organy kontrolne i zablokowany skazany byłby na łaskę i niełaskę państwowego właściciela medium.

Prywatne korporacje internetowe usiłuje właśnie ograniczyć Unia Europejska, przygotowując ustawę Digital Services Act, która będzie regulować ich działalność i nakładać ograniczenia. Część z nich dotyczy właśnie zasad moderowania treści na platformach społecznościowych. Przygotowuje się rozwiązania podobne do tych, które właśnie ogłosił minister sprawiedliwości: możliwość odwołania się do niezależnego, pozasądowego organu. Z kolei platforma społecznościowa, jeśli zablokuje jakąś treść czy osobę, nie czekając na odwołanie, ma wyjaśnić dlaczego. I nie będzie to mógł być komunikat ogólny, że „naruszono zasady”. Bana nie będzie mógł też – jak jest dzisiaj – dokonywać algorytm.

Tak więc propozycja resortu idzie w podobnym co unijny kierunku. Tyle że o ile Unia może przymusić zagraniczne – głównie amerykańskie – platformy społecznościowe do poddania się jej prawu, w tym decyzjom organów unijnych państw, o tyle Polska takich możliwości nie ma. Dlatego Rada Wolności może sobie nakładać karę 50 mln zł na Facebooka głównie dla własnego dobrego samopoczucia. Wyegzekwować tych pieniędzy nie zdoła. Tak jak dostosowania się do decyzji Rady Wolności o przywróceniu konkretnego wpisu. Podobna sytuacja była z wprowadzaniem kar za używanie w zagranicznych mediach sformułowania „polskie obozy”.

Czytaj też: QAnon. Prezydencka teoria spiskowa

Sprawa Trumpa, ustawa Ziobry

Projekt Ministerstwa Sprawiedliwości (o ile istnieje) inspirowany jest banem dla Trumpa. Jednym z powodów tej blokady było wzywanie do ataku na Kapitol. Wezwanie do czynnej agresji nie jest – nawet w USA – objęte ochroną wolności słowa, więc i ta przyczyna nie jest specjalnie kontrowersyjna. A polskie przepisy – kodeks karny i ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną – wystarczająco regulują usuwanie treści sprzecznych z prawem.

Kontrowersyjny jest natomiast inny powód zablokowania Trumpa: sianie przez niego dezinformacji na temat „skradzionego zwycięstwa” i „sfałszowanych wyborów”, co powoduje chaos i podburza do agresji część społeczeństwa. Co jest o tyle niebezpieczne, że w Stanach ludzie mają nie tylko powszechny dostęp do broni, ale też w tradycji dostęp ten ma zagwarantować, że jeśli władza się wyrodzi, obywatele będą mieli siłę, by ją obalić. A więc sprawa bana wpisuje się w debatę o tym, jak radzić sobie z dezinformacją w internecie, która powoli staje się zjawiskiem informacyjnego terroryzmu.

Nie tego jednak – jak z dumą podkreślił minister Ziobro – dotyczy polski projekt. Jak powiedział na konferencji, gdy Niemcy przygotowują ustawę pomagającą walczyć z nienawiścią i fejkami w internecie, on przygotowuje ustawę utrudniającą blokowanie treści: „W Niemczech położono nacisk na możliwość cenzury wpisów, a my chcemy skupić się na zapewnieniu wolności debaty” – powiedział. Wolność także dla wrogów wolności? Toż to hasło liberałów!

Czytaj też: Cała Europa trolluje Trumpa

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak zostałem obrońcą życia. Reporter „Polityki” na szkoleniu antyaborcyjnym

Projekt ustawy zakazującej aborcji, homofobusy, banery ze zdjęciami abortowanych płodów. By przebić się ze swoim przekazem, Fundacja Pro – Prawo do życia idzie szeroko. Szeroko też werbuje, bo również wśród dziennikarzy „Polityki”.

Mateusz Witczak
03.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną