Kraj

Tam za górą jest granica, na granicy jest strażnica

Mariusz Błaszczak z polskimi żołnierzami Mariusz Błaszczak z polskimi żołnierzami st. szer. Wojciech Król / Ministerstwo Obrony Narodowej
PiS przygraniczną akcję próbuje wykorzystać lub nawet sprokurować dla rozgrywki z opozycją i niezależnymi mediami. Skłaniam się ku myśli, że to propaganda wyłącznie na użytek wewnętrzny.

Sytuacją na granicy Polski z Białorusią zajmowałem się w dwóch felietonach, mianowicie „Co jest za tym drutem?” i „Stan wyjątkowy. Propaganda zaciera drugą stronę medalu”. Zwracałem uwagę na rozmaite aspekty, np. na zagrożenia dla zwierząt wynikające z użycia drutu kolczastego do budowy zasieków. Pan Błaszczak stwierdził (nie twierdzę, że pod wpływem moich uwag), że rzecz jest zauważana i powstający płot ma problem rozwiązać. Chyba jednak kręcił, bo parę dni później zwrócono uwagę, że urządzenie chroniące granicę jest niebezpieczne dla rysiów, niestety coraz rzadszych w Polsce, a ostatnie zdjęcia dokumentują, że drut dalej funkcjonuje jako blokada dla przekraczania granicy.

Pan Kaczyński zapowiedział, że na granicy polsko-białoruskiej zostanie zbudowana „bardzo poważna zapora, którą będzie bardzo trudno sforsować”. Wygląda na to, że poważna ochrona granicy jest planem na przyszłość, a na razie mamy prowizorkę stymulującą nielegalny ruch graniczny i zagrażającą zwierzętom.

Nie to jednak skłoniło mnie do napisania trzeciego felietonu na „pograniczny” temat. O ile miesiąc temu sądziłem, że dobrozmienna polityka na rubieży polsko-białoruskiej jest jednak podyktowana ochroną granicy, o tyle obecnie jestem skłonny na serio traktować przypuszczenie, że jej głównym (lub przynajmniej równorzędnym) celem jest propaganda na użytek wewnętrzny. Rzecz nie w tym, że rząd chce pokazać, jak skutecznie chronimy „świętego polskiego terytorium” (jak oznajmił Handlarz Pokościelnym Mieniem Bezspadkowym), co ma mu zjednać zwolenników i jest zrozumiałe samo przez się w praktyce demagokracji (by użyć określenia wprowadzonego w moim poprzednim felietonie), ale w tym, aby przygraniczną akcję wykorzystać lub nawet sprokurować dla rozgrywki z opozycją i niezależnymi mediami.

Czytaj też: W lesie na granicy

Dzielna czuwa straż

Tytuł zaczerpnąłem z tekstu piosenki „Na strażnicy”, skomponowanej w 1951 r. przez Edwarda Olearczyka (właściwie Edwarda Rozenfelda) do słów Mirosława Łebkowskiego, wykonywanej przez chór Czejanda. Opowiada o żołnierzu piszącym list do lubej. Chociaż rzecz powstała w 1951 r., nie ma w niej ówcześnie popularnych treści politycznych, np. wskazania, że granica jest strzeżona przed zakusami amerykańskich imperialistów, przemycających stonkę ziemniaczaną, aby utrudnić socjalistyczną kolektywizację rolnictwa, i knowaniami zachodnio-niemieckich rewanżystów, tylko czyhających, aby odebrać nam Wrocław i Szczecin. Główne, niewątpliwe liryczne, przesłanie wyraża refren:

Hen daleko, za mgłą,
jest rodzinny mój dom.
Tam dziewczyna ma śpi
w mej rodzinnej wsi.

Gwiazdy gaszą swój blask,
bo już budzi się brzask.
Gdy ty śpisz, kraju strzeże ktoś tu,
by cię nikt nie zbudził ze snu.

Ponieważ jednak, jak wiadomo, straż graniczna ma poważne obowiązki, koniec piosenki podkreśla ten aspekt:

Dni w żołnierskim płyną trudzie,
było lato, przyszedł grudzień,
już strażnicę przy granicy
śnieżny okrył płaszcz.

Czasem w noc od śniegu białą
nad granicą padną strzały.
Śpij spokojnie, moja miła,
dzielna czuwa straż.

Utwór ten był kilkakrotnie przerabiany i wykonywany na festiwalach piosenki żołnierskiej. Można by go z powodzeniem adresować do dzielnej straży na obecnej granicy polsko-białoruskiej. Z powodu ukształtowania terenu trzeba by zmienić górę na las i zaśpiewać: „Tam za lasem jest granica, na granicy jest strażnica” – reszta mogłaby w zasadzie pozostać bez zmian, chociaż na razie mamy październik, a nie grudzień. Strzały już są, wprawdzie nie w noc białą, ale skoro stan wyjątkowy został przedłużony do grudnia, niewykluczone, że broń palna zostanie użyta w śnieżnej poświacie.

Na razie jednak nikt nie wpadł na to, aby piosnkę „Na strażnicy” zaadaptować do obecnej postaci. Znalazłem natomiast w internecie amatorski wiersz (autor: Jerzy Nowak, na pewno pseudonim), którego fragmenty przytaczam:

Zapytała z PO krowa
Gdzie są dzieci z Michałowa
Odpowiada z PO świnia
Były dzieci, dzieci ni ma
Taki oto dialog leci
W sprawie michałowskich dzieci
Gdyby to Platforma z Tuskiem
O los dzieci się troszczyły
Na granicy z Białorusią
Były same by mogiły
Podczas rządów pokazali
Jak los dzieci ich obchodzi
Tak cynicznie gra Platforma
Losem michałowskich dzieci
Za to polskie, gdy rządzili,
Traktowali niczym śmieci.

Powyższy tekst mógł np. powstać w TVP Info, gdzie ciągle rozprawia się o tym, że obecny polski rząd zachowuje się jak należy wobec uchodźców, a oni gwałcą krowy, by dostać się do Niemiec przez Polskę. Trzeba też odnotować korespondencję produkcji internauty Nowaka z oświadczeniem p. Czarnka: „Wszyscy ci, którzy tak jak państwa telewizja [tj. TVN24] powodują tego rodzaju dezinformację w przestrzeni publicznej, są współwinni tego handlu ludźmi”. Oraz, last but not least, z proklamacją Jego Ekscelencji, że narracja opozycji i części mediów mija się z prawdą.

Nihil novi, gdyż p. Jabłoński, oddany aktywista PiS i wiceminister spraw zagranicznych, już jakiś czas temu zapodał (kierując te słowa do TVN24): „Niewygodne dla państwa jest to, że my mówimy o faktach, a państwo powtarzacie propagandę Alaksandra Łukaszenki. Bez żadnej żenady posługujecie się państwo materiałami propagandowymi białoruskich służb. Pokazujecie te materiały w waszej stacji informacyjnej. Dlaczego to robicie? Stajecie po stronie Łukaszenki. (...) Dlaczego powtarzacie kłamliwie, propagandowe tezy Łukaszenki? Nie mogę tego zrozumieć. (...) Wstyd mi, że w Polsce działa taka stacja jak państwa. Wstyd mi, że działają dziennikarze, którzy wspierają Łukaszenkę”.

„Tłum” w Mińsku i na lotnisku

Nie twierdzę (powtarzam to raz jeszcze), że granicę z Białorusią należy pozostawić bez ochrony. Jest wielce prawdopodobne, a nawet praktycznie pewne, że reżim Łukaszenki i patronujący mu Putin są gotowi do wielu działań przeciwko Polsce. Byłoby dziwne, gdyby rzeczy miały się inaczej. Powody są dobrze znane, m.in. tradycyjna (od XVII w.) niechęć Rosji do Polski i nadzieje, że uderzenie w nasz kraj to być może skuteczny atak na Unię Europejską.

Powiem tak. Wywołanie kryzysu emigracyjnego w Polsce i UE przez „przywiezienie”, jak opowiadają dobrozmieńcy, tysięcy migrantów z Azji i skłonienie ich do masowego nielegalnego przekroczenia granicy jest mało realne. Każdy, kto był w Rosji czy Białorusi, orientuje się, że władze tych krajów są wyjątkowo podejrzliwe wobec cudzoziemców i trudno przypuścić, że zdecydują się na wpuszczenie tak wielu przybyszów z krajów islamskich, aby ich skierować do Polski. Gdy czyta się doniesienia, że widziano tłumy uchodźców w Mińsku (jakieś tysiąc osób) czy na lotnisku bodaj w Istambule (bodaj 50 osób), to takie użycie słowa „tłum” jest wręcz zabawne.

Ponoć wiadomości te pochodzą z tzw. niezależnych źródeł, ale pytanie, czy takowe jeszcze w ogóle istnieją w kraju ze stolicą w Mińsku. Natomiast organizatorzy tego, co nazwano operacją „Śluza” (czyli przywiezieniem migrantów nad polską granicę), zasadnie spodziewają się takiej właśnie reakcji obecnego rządu, jaka ma miejsce, tj. rozgrywania całej akcji na użytek polityki wewnętrznej.

Mają zresztą dobry precedens, mianowicie sprawę oddania przez Rosjan wraku tupolewa. Pomijając rozważania, co wydarzyło się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r., Rosjanie bardzo szybko zrozumieli, że tragedia smoleńska będzie dzieliła Polaków, a p. Kaczyński jest zainteresowany podgrzewaniem atmosfery, więc sami zaczęli manipulować sprawą zwrotu wraku (bez szemrania oddali wrak maszyny malezyjskich linii, zestrzelonej przez donieckich separatystów w 2014 r.).

Czytaj też: Antyhumanitarny szantaż PiS

Stan wyjątkowy w całym kraju

Mniejsza o to, czy główni czynownicy tzw. dobrej zmiany celowo tak się zachowują, czy też tak im wychodzi i propagandowo korzystają z okazji. Ale oto ciekawe dane. Wedle informacji płynących ze Straży Granicznej codziennie notuje się 400–600 prób nielegalnego przekroczenia granicy, przy czym ujmuje się kilka lub kilkanaście osób, a pozostałym przypadkom udaje się zapobiec. Co to znaczy „zapobiec”?

Nieoficjalne sprawozdania sugerują, że wiele osób jednak przedostało się do Niemiec. Liczba prób nielegalnego przekroczenia granicy litewsko-białoruskiej gwałtownie spadła – parę dni temu odnotowano tylko jeden taki przypadek. Nawet przyjąwszy, że sforsowanie granicy polsko-białoruskiej jest atrakcyjniejsze niż rubieży Białorusi z Litwą, trudno oprzeć się wrażeniu, że dane polskiej Straży Granicznej nie świadczą o nadmiernej trosce o szczelność naszej wschodniej granicy.

„Nasi” twierdzą, że funkcjonariusze białoruscy dopuszczają się prowokacji. O strzałach była już mowa, ale ciekawe jest to, że słychać je po stronie białoruskiej ­(no i co z tego, wszak w Chinach też słychać strzały). Pan Przydacz, kolega p. Jabłońskiego w zawodzie wiceministra spraw zagranicznych, rzekł w rozmowie telewizyjnej: „Cały czas na granicy odbywają się prowokacje. Służby białoruskie przeładowują broń, a nawet podrzucają ładunki przypominające bomby”. Dziennikarka zapytała o dowody i usłyszała: „To ja pani mówię”.

Nie brzmi to zbyt wiarygodnie, zważywszy że przepisy polskiego stanu wyjątkowego wykluczają obecność dziennikarzy na terenach nim objętych, a litewskiego nie. A skoro wprowadza się blokadę informacyjną, to najwyraźniej chce się coś ukryć. Podobnie ma się sprawa z możliwością kontroli i współpracy międzynarodowej. Frontex, czyli Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, mógłby zostać poproszony o pomoc. Pan Waszczykowski, znamienity odkrywca San Escobar, wyjaśnił, że mogłoby to oznaczać odsunięcie polskich funkcjonariuszy, a p. Girzyński, który ostatnio wypadł z łask Jego Ekscelencji, być może usilnie stara się o powrót, bo ze zgrozą zauważył, że świadczyłoby to o niemożności dania sobie rady przez Polskę.

A jeśli Polska stanie się przedmiotem agresji zewnętrznej? Czy wtedy intelektualne orły w rodzaju p. Waszczykowskiego i p. Girzyńskiego uznają, że NATO nie powinno interweniować, aby nie sugerować, że polska armia nie jest w stanie obronić kraju? To, co teraz napiszę, jest, przyznaję, hipotezą karkołomną, ale nie można jej wykluczyć. Może być tak, że tzw. dobra zmiana nie tyle chce chronić granicy polsko-białoruskiej, ile testować funkcjonowanie stanu wyjątkowego, aby sprawdzić reakcje społeczne na wypadek wprowadzenia go na całym terytorium państwa polskiego, np. w obliczu spodziewanej porażki wyborczej – taki stan pozwala przesunąć konstytucyjne terminy elekcji. Ostatnie posunięcia mgr Przyłębskiej i jej towarzystwa zwanego TK mogą skutkować brakiem potrzeby przejmowania się wyborami do PE.

Czytaj też: Na granicy dramaty, w Brukseli logika „twierdzy Europa”

Tylko ludzi, tylko rysiów żal

Jest jeszcze kwestia humanitarna, tj. los uchodźców, niezależnie od tego, czy są przywożeni przez Łukaszenkę, czy też działają na własną rękę. Stosunek polskich władz do tego problemu jest skandaliczny i kompromitujący nasz kraj w świecie (Łukaszenka i Putin też to przewidzieli).

Już nie pamiętam, który z dobrozmieńców zapytany o to, czy nie bierze pod uwagę możliwości śmierci uchodźców z głodu lub choroby, odparł, że sami to wybrali. Pan Dziambor, poseł Konfederacji, powiedział: „Jak złodziej przychodzi do pana domu, to mówi pan: bardzo przepraszam, panie włamywaczu, czy może pan uprzejmie opuścić moje mieszkanie, czy może jednak używa pan siły? (...) To, że dochodzi do szczucia psem czy strzelania pod nogi nie wpływa na mnie, bo wiem, że tak to musi wyglądać w momencie, gdy mamy do czynienia z agresywnym nielegalnym przekraczaniem granicy”. Rzadki przykład zbydlęcenia moralnego. Proponuję taki pastisz końca piosenki „Na strażnicy”:

Tylko czasem zza mgły
Jakiś maluch roni łzy,
Lecz nie frasuj się, ma luba,
Twój wybranek – władzy tuba,
Więc pokaże bez frustracji
Udział dzieci w prowokacji.

Piosnka wnet się spodobała,
Śpiewa ją już Info cała.
Na granicy przy strażnicy,
Tylko ludzi, tylko rysiów żal.

Czytaj też: Stan wyjątkowej obłudy. Co się dzieje na granicy?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną