Polska tęskni za imperium, więc stawia pomniki
W Polsce pomniki zamiast budować wspólnotę, to służą znaczeniu terenu – mówi Paweł Althamer, artysta, autor słynnej rzeźby prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
„Prezydent”, Lech Kaczyński wyrzeźbiony w pniu brzozy
Bartosz Rozalski/Forum

„Prezydent”, Lech Kaczyński wyrzeźbiony w pniu brzozy

Paweł Althamer
Wojtek Jakubowski/KFP

Paweł Althamer

ALEKSANDER ŚWIESZEWSKI: – Dlaczego mamy w Polsce aż taki problem z pomnikami?
PAWEŁ ALTHAMER: – Okoliczności ich wznoszenia czasem bardziej przypominają znaczenie terenu niż budowanie wspólnoty. Świetnym przykładem są pomniki, które nazywano totemami. Były zarazem miejscem spotkań i drogowskazem. Zawierały w sobie informację, czym jest sama świadomość wspólnoty. Wracamy do totemów, które kładą nacisk na jednego, właściwego lidera. I tu jest pies pogrzebany. Ta koncepcja nigdy nie zazna spokoju.

Koncepcja kultu jednostki?
Nawet bardziej: kultu egoizmu.

Potrzebujemy aż tylu pomników?
Gdyby obecną sytuację z pomnikami potraktować jak narodowy plener i patrzeć na nią w kategoriach święta rzeźbiarzy, to absolutnie się cieszę. Jest minimalna rywalizacja. Nikt nie patrzy na to, czyj pomnik jest lepszy albo czyje akcje rosną w zależności od tego, jaką rzeźbę wystawił. Panuje atmosfera integracji, jest wzajemny szacunek i, co najważniejsze, respektuje się różnorodność, która nikogo nie martwi. To po prostu święto. Ale może nie wszyscy uczestnicy zrozumieli, na czym tak naprawdę polega wspólny plener.

Zgodzi się pan, że jakość nie nadąża za ilością?
Grecy poszli w niepamięć, a wraz z nimi szlachetność rzemiosła. Kiedyś obecność monumentów, rzeźby figuratywnej w przestrzeni wspólnej była czymś oczywistym. Ludziom żyło się piękniej. Nawet jeśli od czasu do czasu zmieniały się głowy dekorowanych postaci. Starożytni, rzecz jasna, grali w tę samą grę. Tyle że mieli lepszych rzeźbiarzy. Zjawisko podnoszenia sobie wartości, animuszu, wchodzenia do pewnej palestry, powiedzmy „pomnikowanych”, rajcowało też ich. Zastanawiano się: co zrobić, żeby osiągnąć założony efekt polityczny?

Innymi słowy: pomniki są dziś narzędziem walki?
Zamieniły się w pionki szachowe i to jest smutne. Jest więcej czarnych, więc co? Białych dostawiać?

Nasz kraj ogarnęła pomnikomania?
Być może powrót do starych technik, czyli rzeźby w przestrzeni publicznej, nie jest najgorszym kierunkiem. Tyle że obowiązują dość prymitywne zasady, rodem z filmu Charliego Chaplina „Dyktator” ścigają się, kto sobie wyżej podniesie fotel (śmiech). W tym wypadku: kto postawi pomnik w zacniejszym miejscu. Widzę też jasną stronę tego zjawiska. Obaj widzimy brak harmonii, równowagi, więc jest nas już dwóch. Mamy podobną refleksję – coś zostało zachwiane. Plenerom towarzyszy element wolności i radości w tworzeniu. Dzielenia się raczej niż zagarniania i dominowania. Sytuacja domaga się jakiegoś wyrównania. Oczywiście nasza w tym rola, żeby gra nie doprowadziła do tragedii.

Wspomniał pan o zacniejszym miejscu. Najwięcej uwagi skupia się wokół pomnika Lecha Kaczyńskiego, który stanął w pobliżu pl. Piłsudskiego. Co pan o nim sądzi?
Pierwsze, co mnie dotknęło, to że niczym nie różni się od tych rzymskich, cesarskich. To jest chyba przejaw jakiejś tęsknoty za imperium. Takie było moje pierwsze skojarzenie. Wszystkie działania wokół niego odnoszę do sfery bolesnej. Postrzegam je jako wołanie o pomoc ludzi, którzy nie poradzili sobie z wojną, zmianą tożsamości. Wojna się skończyła, jesteśmy wolni. Pytanie brzmi: kto będzie naszym dowódcą? Może w czasach wolności i pokoju dowódcy nie są już wcale potrzebni.

Pan też jest autorem pomnika byłego prezydenta, być może najbardziej osobliwego ze wszystkich. Praca powstała na ósmą rocznicę katastrofy smoleńskiej – pod Pałacem Prezydenckim stanął wtedy pomnik Lecha Kaczyńskiego wyrzeźbionego w czterometrowym pniu brzozy. Pomysł co najmniej kontrowersyjny.
Kontrowersyjny, jeśli odnieść go do tradycji grecko-rzymskiej. Ale już nie, jeśli postrzegać go w kategoriach pleneru lub działań plemiennych, kiedy artysta w naturalny sposób dzieli się własną ekspresją z resztą wioski. Chciałem zabrać głos w grze przybierającej coraz mroczniejszy charakter. Skromne dzieło zatytułowane „Prezydent” zrodziło się trochę wbrew mnie. Pomyślałem, że to mój szlachetny, obywatelski przywilej: dać upust własnym refleksjom. Jestem rzeźbiarzem, więc dużo łatwiej wypowiedzieć mi się poprzez rzeźbę. Stwierdziłem, że to uczciwe i że nie naruszam żadnych zasad. Projekt poprzedziłem konsultacjami, które nazwałbym rodzinnymi. Moja rodzina jest grupą kochających się ludzi, ale podzielonych politycznie, światopoglądowo. Zupełnie tak jak Polska. Pytałem bliskich, czy pokazując pomnik, kogokolwiek z nich urażam. Niektórzy byli bardziej dociekliwi, inni kwitowali uśmiechem, bo uważali, że to ukartowany żart. Był więc czas na rozmowy i tłumaczenia. Ukazanie się pomnika było dopiero aktem otwarcia dialogu, a nie zamknięcia.

Mówi pan o szlachetnych pobudkach. Ale nie wszyscy chyba uwierzyli, że stworzył pan pomnik, który ma łączyć.
Nie mogę manipulować wiarą. Mogę jedynie dokonywać aktów własnych i manifestować je, narażając się na krytykę. Chciałbym podzielić się jasną stroną tego doświadczenia: po pokazaniu rzeźby moi sąsiedzi zatrzymywali mnie i mi gratulowali. Autentycznie się cieszyli. Nie uznali mnie za wroga.

Czytaj także: Wieczne spory o pomniki

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj