Najlepsze książki fantastyczne 2018 r.
Jeśli na coś narzekać, to tylko na przesyt. W zalewie premier na szczęście wciąż bez problemu znajduje się wiele wartościowych i różnorodnych pozycji. Rok 2018 był pod tym względem wybitnie udany.
Najlepsze książki fantastyczne 2018 r.
KŻ/Polityka

Najlepsze książki fantastyczne 2018 r.

Jako gatunek popularny fantastyka cerpi na przesyt kopii bestsellerowych pozycji, próbujących zdyskontować sukces „Harry’ego Pottera”, „Igrzysk śmierci” czy „Gry o tron”. Na szczęście pozostaje trochę miejsca dla pozycji ciekawych, często spychanych w cień przez wielkie wydawnicze wydarzenia. Skompletowanie listy najlepszych fantastycznych książek roku nastręczało problemów nie ze względu na brak dobrej literatury, ale przeciwnie – jej nadmiar. Na liście nie znalazły się miejsca dla „Domostwa błogosławionych” Catherynne M. Valente, „Pięknej krwi” Luciusa Sheparda czy „Wody na sicie” Anny Brzezińskiej. A powinny.

Trzeba więc ten, nazwijmy to modnie, top 10 (choć kolejność prezentacji jest alfabetyczna) widzieć nie w kategoriach jedynego słusznego zestawienia, ale jako autorskie podsumowanie i przyczynek do dyskusji o tym, które książki zasługują na wyróżnienie.

1. „Dziewczynka, która wypiła Księżyc”, Kelly Barnhill

Najmagiczniejsza opowieść roku przenosi do nienazwanej fantastycznej krainy, przywodzącej na myśl scenerię klasycznych baśni: po świecie przechadzają się czarownice, w bagnach żyją potwory, nie brakuje smoków. Są i dobre wiedźmy, które pomogą głodnemu dziecku, pojąc je przez przypadek światłem Księżyca, co przynosi niezwykłe skutki.

Barnhill balansuje na granicy baśni i realizmu. Pozostaje w fantastycznym neverlandzie, ale jej opowieść jest bardzo ludzka, momentami bolesna. Książka sytuuje się między niewinną opowiastką dla dzieci a modnymi krwawymi wersjami klasycznych baśni – nie jest to historia brutalna czy przesadnie „dorosła”, nie da się jej jednak zbyć jako kolejnej historyjki do bawienia pociech. Barnhill przyćmiła w tym roku Neila Gaimana, mistrza prozy dla młodszych i starszych.

2. „Wyspa”, Sigrídur Hagalín Björnsdóttir

Islandzka dziennikarka debiutuje bardzo ambitną powieścią, skromną objętościowo, ale silną w przekazie. Wizja jej rodzimej wyspy, odciętej od świata, skupionej na przetrwaniu przy ograniczonych zasobach, staje się okazją do rozmowy o uchodźcach, tolerancji, asymilacji różnych kultur i nacji. A przede wszystkim o ksenofobii i o tym, czy – nawet w stawianych za wzór społeczeństwach skandynawskich – została ona wyeliminowana, czy tylko przyczaiła się, skryta pod dobrobytem.

Björnsdóttir boleśnie diagnozuje Islandczyków i ogólnie świat Zachodu. Są tu analogie do polityki, psychologii tłumu, mitu wspólnej Europy i cywilizowanego świata. Pięknie napisana, ostra jak skalpel proza.

Czytaj także: Fantastyka coraz bardziej kobieca

3. „Dziwna pogoda”, Joe Hill

Cztery mikropowieści, spośród których na wyróżnienie zasługuje ta niefantastyczna – „Naładowany”. W pozostałych Hill też zdradza wielki talent do snucia opowieści. Nawet statyczną historię o człowieku, który utknął na chmurze, czyta się jak świetny thriller.

Joe Hill lepiej niż jego ojciec Stephen King balansuje między wątkami fantastycznymi a obyczajowymi; nie używa tych pierwszych jako ozdobników czy wytrychów. W przypadku „Deszczu” czy „Zdjęcia” elementy nadprzyrodzone ani na chwilę nie są spychane w tło. „Zdjęcie” kojarzy się z prozą Króla Horroru – nie tyle fabularnie czy stylistycznie, ile jakością i ciężarem historii.

4. „Koniec śmierci”, Liu Cixin

Zwieńczenie trylogii „Wspomnienie przeszłości Ziemi”, czyli chińskiego fenomenu SF, który najpierw podbił Stany (pierwsza w historii Hugo dla przekładu, rekomendacja od Baracka Obamy), a później serca fanów i fanek fantastyki naukowej w Polsce, kraju Lema i Dukaja. Liu to przedstawiciel typowego SF „dla inżynierów”, więc nie pisze z literacką finezją. Każdy element świata przedstawionego kreuje przestrzeń do rozważań naukowych. Zwłaszcza w pierwszej powieści serii, „Problemie trzech ciał”, trudno doszukać się walorów literackich, a i po wieńczącym cykl „Końcu śmierci” nie można się spodziewać wyjątkowych doznań, mimo że na polu kreacji bohaterów Chińczyk znacznie się poprawił.

Siłą Liu Cixina jest jego niesamowita wyobraźnia, nieznająca hamulców. Autor nie ogląda się na czytelnika, sprawdzając, czy za nim nadąża (w pewnym momencie, zwłaszcza w „Końcu...”, jest to szalenie trudne), lecz brnie w opowieść o starciu kosmicznych cywilizacji. Czas i przestrzeń się zaginają, walka toczy się z użyciem podstawowych praw fizyki, czytelnicy mogą więc tylko obserwować to wszystko z szeroko otwartymi oczami.

5. „Ogień i krew”, George R.R. Martin

Gdyby w tym roku ukazały się wyczekiwane „Wichry zimy”, czyli nowy tom „Pieśni Lodu i Ognia”, najpewniej nie trafiłyby do zestawienia. Już w „Tańcu ze smokami” przeszkadzało nagromadzenie wątków. Ta książka to inna rzecz. „Ogień i krew” przenosi czytelników do Westeros na trzy stulecia przed wydarzeniami opisanymi w „Grze o tron”, do początków Siedmiu Królestw, wykutych w ogniu smoków rodu Targaryenów. Zaczęło się od Aegona Zdobywcy i jego dwóch sióstr, którzy wylądowali w Westeros i podbijali kolejne królestwa. Później nadeszły lata rozkwitu, działo się różnie, aż wydarzyła się wojna domowa, która prawie doprowadziła ród Targaryneów do upadku.

Martin wciela się w jednego z maestrów z Cytadeli, przeglądającego materiały źródłowe i odtwarzarzającego tę opowieść. To kronika spisana z określonej perspektywy. Taki styl wyraźnie Martinowi służy, sprawdza się bardziej prostolinijna (choć wciąż skomplikowana) historia. „Ogień i krew” to książka lepsza od ostatnich odsłon flagowego cyklu autora. Pisanie jej wyraźnie sprawiło mu więcej radości.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj