Kultura

Dyrektor Warszawskiego Festiwalu Filmowego: Trzydzieści parę lat ciężkiej pracy. I już!

Publiczność Warszawskiego Festiwalu Filmowego Publiczność Warszawskiego Festiwalu Filmowego mat. pr.
Znacznie łatwiej kopiować program z Cannes, Berlina czy Wenecji albo po prostu obdzwonić polskich dystrybutorów. Trudniej jest wyszukiwać dzieła nieznanych reżyserów z nierzadko egzotycznych krajów, zaryzykować i sprowadzić je, wierząc, że to właściwi ludzie i wartościowe propozycje – opowiada Stefan Laudyn.
Stefan LaudynArch. pryw. Stefan Laudyn

TERESA OLSZAK: – Warszawski Festiwal Filmowy obchodzi w tym roku 35-lecie. Jak długo sprawuje pan funkcję dyrektora tej imprezy?
STEFAN LAUDYN: – Organizujemy z zespołem wydarzenie kulturalne. Impreza jest wtedy, kiedy zaprasza się znajomych do domu. Zostałem dyrektorem w 1991 r., czyli to jest mój 29. festiwal w roli szefa. Dodam, że trzon ekipy stanowią do dziś osoby, z którymi zacząłem pracować wtedy. Moja droga do bycia dyrektorem festiwalu była dosyć nietypowa, bo zawodu uczyłem się za granicą. Zanim po raz pierwszy trafiłem do Gdyni, uczestniczyłem w wielu innych światowych festiwalach, w San Sebastian, Londynie, Berlinie, Rotterdamie, Cannes. Na nich zdobywałem doświadczenie, uczyłem się, jak to wszystko powinno wyglądać. Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Gdyni, to nie bardzo wiedziałem, o co tam chodzi.

Brakowało koncepcji?
Przeżyłem szok kulturowy.

Czytaj także: Polskie filmy, których nie nakręcono. A szkoda

Objął pan funkcję dyrektora festiwalu i zmienił jego nazwę, dlaczego?
Do 1990 r. był to Warszawski Tydzień Filmowy, ale coraz częściej padały pytania: co to jest ten tydzień filmowy? Mieliśmy dość tłumaczenia, że to festiwal filmowy, na dodatek międzynarodowy. Więc postanowiliśmy zadośćuczynić pytającym i zmienić nazwę na Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy, i już nie było wątpliwości.

Czy to prawda, że idea festiwalu zrodziła się w 1984 r. w pociągu relacji Monachium–Warszawa?
Podobno. Proszę spytać Romana Gutka, założyciela Warszawskiego Tygodnia Filmowego.

A pan go zmienił w jakim kierunku?
Najkrócej rzecz ujmując, za moich czasów WFF trafił do światowej czołówki, gdzie utrzymuje się od 10 lat.

Wróćmy do trudnych początków. Z festiwalem był pan związany od 1986 r. Jak w tamtej epoce, w PRL, wyglądała praca przy jego organizacji?
Znalazłem po latach w katalogu z 1986 r. swoje nazwisko, ale na pewno już w 1985 r. pracowałem w tym samym miejscu co pan Gutek, czyli w klubie Hybrydy. Zacząłem jako osoba znająca język angielski. Pierwsze moje zadania to tłumaczenia listów z zaproszeniami filmów. Wtedy technologia festiwalowa wyglądała zupełnie inaczej, by skontaktować się z zagranicą, należało zamawiać rozmowy telefoniczne i czekać wiele godzin na połączenie. Można było również napisać list czy użyć teleksu, to duża maszyna do przesyłania wiadomości, dosyć skomplikowana. Nauczyłem się samodzielnie ją obsługiwać, w związku z tym miałem dostęp do samego serca organizacji.

Co jeszcze pan pamięta z tamtego okresu?
To były niełatwe czasy komuny, ale nie przypominam sobie ważniejszych bojów z cenzurą, chociaż listę filmów nosiliśmy na ulicę Mysią. Pamiętam za to śmieszną sytuację. W tamtych czasach, by zorganizować wydarzenie kulturalne, należało zacząć od wysłania prośby do urzędu miasta, do wydziału kultury. W podaniu trzeba było napisać, z jakich krajów pochodzą filmy prezentowane na festiwalu. To nie musiało mieć nic wspólnego z rzeczywistością, chodziło o to, by na liście nie znalazły się niewłaściwe kraje. Na przykład Izrael, z którym Polska Ludowa nie miała relacji dyplomatycznych, czy Republika Południowej Afryki. Pamiętam, że któregoś roku pozwoliliśmy sobie, tak dla żartu, wpisać na listę Gabon i uzyskaliśmy zgodę. Po latach z wielką radością zobaczyłem, że w końcu mamy w programie film z Gabonu. Żart spełnił się po 30 latach.

W 1988 r. zwycięzcą Plebiscytu Publiczności został dokument „Koyaanisqatsi” Godfreya Reggio. I jako pierwszy film pokazywany na festiwalu doczekał się szerszej dystrybucji kinowej. To był przełomowy moment dla festiwalu?
Nie. Przełomem było wejście Polski do Unii Europejskiej. Kraj znormalniał.

Co pan uważa za swój największy sukces jako dyrektora WFF?
Zachowanie niezależności. Warszawski Festiwal Filmowy nigdy nie ugrzązł w polityce. Ale niewątpliwym sukcesem jest sam fakt, że w ogóle udało się przetrwać. Patrząc na tak duże przedsięwzięcia z zewnątrz, wydaje się, że to wszystko jest jakby wykute w marmurze, wieczne. Tak naprawdę jest to bardzo nietrwała konstrukcja, którą wiatr historii może zmieść w jednej chwili.

A czego nie udało się osiągnąć? Mówimy o marzeniach.
Nasz budżet nigdy nie nadążał za marzeniami.

W Polsce mamy kilka dobrze funkcjonujących festiwali, takich jak Nowe Horyzonty czy Tofifest, który za chwilę rusza w Toruniu. Co stanowi o odrębności pana festiwalu?
Nas wyróżnia system zgłoszeń, selekcja i program, w którym jest dużo premier światowych, międzynarodowych, europejskich czy wschodnioeuropejskich. Wszystkie zagraniczne filmy są co najmniej premierami polskimi. Nie ma drugiego takiego festiwalu w Polsce. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś zada sobie trud i to przeanalizuje. Do tego prezentujemy bardzo niewiele filmów, które w momencie prezentacji na WFF mają polskich dystrybutorów. Tworzymy swój własny program. W tym roku wybraliśmy go z 4 tys. zgłoszeń ze 122 krajów. Znalazło się w nim 180 pozycji, w tym 111 pełnych metraży i 69 krótkich filmów.

Jak wielu ludzi jest zaangażowanych w proces selekcji?
Ponad 20 osób, które oglądają po kilkaset filmów w ciągu kilku miesięcy.

Jednym z filmów pokazywanych po raz pierwszy w Polsce na festiwalu jest „Malowany ptak” Václava Marhoula na podstawie powieści Jerzego Kosińskiego, który na świecie miał premierę w Wenecji.
Jak wspomniałem, wszystkie zagraniczne filmy pokazywane na WFF są co najmniej polskimi premierami, czyli nie jest to jakaś wyjątkowa sytuacja.

Którzy reżyserzy zapraszani na festiwal i jakie filmy pokazywane i nagradzane na WFF zrobiły karierę w świecie?
W 1995 r. gościliśmy nieznanego szerszej publiczności austriackiego reżysera Michaela Hanekego, twórcę takich filmów jak „Miłość” czy „Pianistka”. W 1997 r. pojawił się debiutant z Danii Nicolas Winding Refn, który potem zasłynął filmami „Drive” czy „Tylko Bóg wybacza”. W 2000 r. mieliśmy Baltasara Kormakura, islandzkiego scenarzystę i reżysera „101 Reykjavik”, pracującego od lat w Hollywood. W 2002 r. przyjechał nieśmiały, miły, młody Rumun Cristian Mungiu, który pięć lat później zdobył Złotą Palmę w Cannes za film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”. W 2004 r. jedną ze swoich pierwszych międzynarodowych nagród, warszawskie Grand Prix za film „Piękne miasto”, zdobył Irańczyk Asghar Farhadi, późniejszy twórca „Przeszłości”, „Klienta” czy „Rozstania”, zdobywca dwóch Oscarów! W 2005 r. gościliśmy irlandzkiego debiutanta Lenny′ego Abrahamsona z filmem „Adam & Paul”. Dekadę później jego film „Pokój” dostał w Warszawie Nagrodę Publiczności, a potem Oscara. W 2006 r. Nagrodę Publiczności WFF i chyba swoją pierwszą nagrodę w ogóle dostało „Życie na podsłuchu” Floriana Henckela von Donnersmarcka, który również potem zdobył Oscara.

Jest się czym chwalić.
Znacznie łatwiej kopiować program z Cannes, Berlina czy Wenecji albo po prostu obdzwonić polskich dystrybutorów. Trudniej jest wyszukiwać dzieła nieznanych reżyserów z nierzadko egzotycznych krajów, zaryzykować i sprowadzić je, wierząc, że to właściwi ludzie i wartościowe propozycje. Cały system produkcji czy dystrybucji filmów to działalność gospodarcza obarczona dużym ryzykiem. W związku z tym ludzie pracujący w branży starają się to ryzyko obniżyć, zatrudniając gwiazdy, inwestując w efekty specjalne czy sceny akcji. Nasz festiwal nie musi tego robić, nie mamy tego obciążenia czy parcia, że chcemy mieć filmy z wielkimi nazwiskami. Ja nie podążam za gwiazdami! One rodzą się na naszych oczach.

Zaledwie kilkanaście festiwali na świecie, takich jak Cannes, Wenecja, Berlin czy Karlowe Wary, ma ekskluzywną kategorię A. 10 lat temu została przyznana Warszawskiemu Festiwalowi Filmowemu. Do czego zobowiązuje i co daje?
Tych festiwali jest na świecie 15, to jeszcze Locarno, San Sebastian, Moskwa, Szanghaj i kilka innych. Oznacza to, że nie muszę tłumaczyć, jeżdżąc po świecie, kim jestem i co robię, bo wszyscy wiedzą, co to jest Warszawski Festiwal Filmowy. Od zeszłego roku należę do komitetu festiwalowego FIAPF, czyli Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Producentów Filmowych, który przyznaje festiwalom te kategorie. I tam jestem z kolegami z Cannes, Wenecji, Berlina, Toronto czy Busan. W pierwszej lidze światowej. I to jest moje naturalne środowisko.

Podobno bardzo lubi pan kulturę chińską, czy czuje się pan ambasadorem azjatyckiego kina w Polsce?
Jeśli już, to raczej czuję się ambasadorem polskiego kina za granicą. Jeżdżę do Chin regularnie od dekady. Byłem też w Korei i w Japonii. W 2015 r. pojawił się najważniejszy do tej pory gość, Jej Cesarska Wysokość Księżna Hisako Takamado, która przyjechała do Polski na bardzo krótko, ale znalazła czas, by obejrzeć japoński film na WFF w Multikinie Złote Tarasy.

Z wizyt jakich jeszcze gości jest pan szczególnie dumny?
Dla mnie ważni są wszyscy, którzy nam ufają i do nas wracają. To jest długa lista. W tym roku w głównym konkursie mamy pokaz „Stanu wyjątkowego” Vinko Brešana z Chorwacji z Danielem Olbrychskim w roli prezydenta tego kraju. Oraz „Kota w ścianie” bułgarskich reżyserek Miny Milevej i Vesely Kazakovej w Konkursie 1-2. W obu przypadkach są to powroty. Vinko Brešan był u nas po raz pierwszy ze swoim filmem o marszałku Tito 20 lat temu. Dziewczyny były u nas dwukrotnie, raz ze swoim dokumentem „Wujek Tony, służba bezpieczeństwa i trzech głupców”, który sprawił, że miały problemy w swojej ojczyźnie. A w zeszłym roku przyjechały jako członkinie jury.

Festiwal się zmienia, z każdym rokiem staje się inny, ale czy lepszy? Dynamicznych zmian nie widać.
To zależy od umiejętności obserwacji. Z festiwalami jest jak z wierszami i wzorową uczennicą z opowiadania „Poezja” Sławomira Mrożka. Każdy zestaw filmów można nazwać festiwalem, tak jak każdy zestaw słów można nazwać wierszem. A co do zmian, to można oczywiście powiedzieć: nuda, ciągle tylko filmy i filmy. I tak już pozostanie, bo to festiwal filmowy. Z tym że co roku są to nowe filmy i wielu nowych reżyserów.

Staramy się, by każda następna edycja była chociaż trochę lepsza od poprzedniej. W tym roku zbieramy bardzo dobre recenzje. Kilka minut przed naszym spotkaniem podszedł do mnie anonimowy widz i pogratulował wysokiego poziomu WFF. Takie miłe sytuacje zdarzają mi się o tej porze roku praktycznie codziennie. Mam wrażenie, że festiwal mógłby się rozwijać znacznie szybciej, ale mamy poważne problemy budżetowe. Moglibyśmy być na zupełnie innym etapie rozwoju. Wtedy nikt nie kwestionowałby, że należymy do ścisłej światowej czołówki. Zabawne, że odbiór naszego festiwalu za granicą jest chyba lepszy niż tu.

Skąd te dobre opinie?
Jeśli wysyłamy zaproszenie, a agent sprzedaży, który nas zna i współpracuje z nami, a jest ich bardzo wielu, ma jakiś interesujący film, to często dostajemy wiadomość: „słuchajcie, mamy nowy film, obejrzyjcie go, bo chce go inny festiwal w Polsce, ale oczywiście możemy go trzymać dla was”.

To dosyć komfortowa sytuacja.
Z naszym festiwalem jest jak z angielskim trawnikiem: podlewamy, kosimy, podlewamy, kosimy. W przypadku festiwalu to trzydzieści parę lat ciężkiej pracy. I już! Z perspektywy czasu wydaje się to łatwe.

Czy były jakieś koncepcje rozwoju festiwalu, np. połączenia go z Camerimage lub Gdynią i występowania pod wspólną marką?
Na szczęście nie. Nasze miejsce jest w stolicy i nie wyobrażam sobie, żeby organizować festiwal gdzie indziej.

Czytaj także: Jakie filmy i seriale oglądać w czasach klęski urodzaju

A jak to jest z polskim kinem, czy WFF je promuje?
Tak, staramy się je promować od lat, z sukcesami. Od 2000 r. organizujemy wydarzenie Warsaw Screenings. Pomysł był prosty. Brakowało platformy prezentującej nowe polskie produkcje z angielskimi napisami dla zagranicznych profesjonalistów. Wtedy, w 2000 r., zrobiliśmy takie pokazy dla przedstawicieli festiwali w Moskwie, Rotterdamie i paru innych. Trafiliśmy w punkt! A w 2013 r. to my zorganizowaliśmy pokaz „Idy” dla dyrektora festiwalu w Toronto i tak się zaczęła jej droga do Oscara.

Dzisiaj robią to też inni, np. Nowe Horyzonty czy Gdynia. Jak pan ocenia miejsce WFF na tle innych festiwali, np. London Film Festival czy Saloniki Film Festival, które również stawiają na promocję debiutantów i filmowców rozpoczynających karierę?
Robią to wszyscy, ale niewiele z tego wynika. Swoją drogą, jestem chyba ostatnią osobą, która powinna porównywać. Z tego, co wiem, festiwal w Londynie chyba nie stawia na debiutantów, zresztą przestałem tam jeździć lata temu, podobnie jak do Salonik. Ale opowiem ciekawą anegdotę z festiwalu w Salonikach. Byłem tam z Małgośką Szumowską i Jadwigą Jankowską-Cieślak z filmem „Szczęśliwy człowiek”. Poznaliśmy nieznanego nam wcześniej Pawła Pawlikowskiego i Dito Tsintsadze, gruzińskiego reżysera. Wieczorem poszliśmy na długą grecką kolację, a nazajutrz odbyło się wręczenie nagród i oni zgarnęli prawie wszystkie. Przyjaźnią się zresztą do dziś.

Co uważa pan za szczególnie cenne w rozwoju festiwalu?
Świadomość, że festiwal jest częścią czegoś większego. Dużego systemu, który obejmuje produkcję, dystrybucję i wszystko, co się dzieje wokół kina. Staramy się być pożytecznym elementem systemu.

Kiedy zaczęła się pana miłość do filmu?
Film jest formą komunikacji między ludźmi, dla mnie to jest najistotniejsze. Poznałem fantastycznych artystów, którzy robią świetne rzeczy, i to nadało mojemu doświadczeniu zupełnie nowy wymiar. Pamiętam pierwszą taką sytuację, kiedy poznałem reżysera Żelimira Żilnika, klasyka kina jugosłowiańskiego, zwycięzcę Berlinale. Spotkaliśmy się pewnego wieczoru, rozmawialiśmy, a nazajutrz obejrzałem jego film – i on tam był, w tym filmie, to znaczy nie było go fizycznie, ale czułem, że to jego dzieło, był wyczuwalny jego duch, jego osobowość. Fascynujące przeżycie!

Podobno lubi pan grać na gitarze i nawet skomponował dwa utwory do filmu Grzegorza Lipca „Dzień, w którym umrę” z 2004 r.
Tak, gram na gitarze klasycznej. Pan Lipiec, który pracuje dla nas, dla ekipy telewizji festiwalowej FesTiVi, potrzebował muzyki do spotu w kampanii dla polityka zielonogórskiego. Zaproponowałem mu „Preludium d-moll” Bacha na lutnię, spodobało mu się. Zresztą Bach i Chopin to moi ulubieni kompozytorzy. Udało mi się nagrać dwie płyty z muzyką klasyczną. Może kiedyś zostaną wydane...

ROZMAWIAŁA TERESA OLSZAK

Stefan Laudyn – dyrektor Warszawskiego Festiwalu Filmowego (od 1991), założyciel i dyrektor Warszawskiej Fundacji Filmowej, pomysłodawca i organizator Pokazów Warszawskich (od 2000) oraz Targów Filmowych CentEast (od 2005). Zaangażowany w międzynarodową promocję polskich filmów. Polski koordynator ceremonii wręczenia Europejskich Nagród Filmowych w Warszawie (2006). Juror na festiwalach, m.in. w Karlowych Warach, Moskwie, Palm Springs, Mannheim; panelista m.in. na festiwalach w Cannes, Berlinie, SXSW (Austin, Texas), Angers (Francja), Pekinie, Szanghaju. Członek stałego Jury Programu Nipkow (od 2005), Społecznej Rady ds. Kultury przy Prezydencie Warszawy (2012-2015), Europejskiej Akademii Filmowej EFA (od 2000) oraz Polskiej Akademii Filmowej (od 2004); w latach 2004–08 członek Zarządu EFA. Lider komisji ds. koprodukcji mniejszościowych PISF (2019).

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama