Kultura

Fruniemy, płyniemy, spływamy. Publicystka Agnieszka Osiecka

Agnieszka Osiecka Agnieszka Osiecka Jacek Barcz / Polityka
Minęły 24 lata od śmierci Agnieszki Osieckiej. Co by powiedziała na współczesną Polskę? Trochę światła rzucają na to teksty pisane przez nią do „Polityki”.

Czy dzisiejsza Polska byłaby dla Osieckiej Wschodem, czy Zachodem? Rajem czy piekłem? Zapewne odpowiedziałaby, że z dziwacznego raju na Wschodzie („najweselszy barak w obozie socjalistycznym”) stała się prawdziwym piekłem na Zachodzie. I miałaby, oczywiście, rację, bo status Polski w XX i XXI w. pozostaje zagadką.

Współczesny świat był dla niej banalny. „Nie ma kryteriów” – mawiała o „Międzyczasie Obyczajowym”, jakiego doświadczyła za stalinizmu, za Gomułki („mała stabilizacja”) oraz za Gierka („mała konsumpcja”). „To zresztą typowe dla kraju – pisała w 1974 r. w liście do Janusza Minkiewicza – w którym pisemko katolickie jest postępowe, komuna wsteczna, a klozety nieczynne”. W tej szkole banalizmu terminowała już jako bardzo młoda, 21-letnia kobieta. Pierwszą bowiem lekcję z bezzasadności tego, co jest, odbyła jesienią 1957 r. w trakcie podróży do Francji i Wielkiej Brytanii, z której przywiozła worek nierozstrzygalności i garść niespełnień. To był dla niej „cudzy czas”: „Mało spotkałam miejsc, w których czułabym się tak bardzo obco jak w Londynie. Nie ma tu rzeczy, która by mnie wzruszała, ani obyczaju, który miałabym ochotę sobie przyswoić” – pisała w „Dziennikach i zapiskach”, których ostatni tom, obejmujący lata 1956–58 i 1970 r., właśnie wyszedł.

Czytaj też: Dekada Gierka. Zderzenie realiów z propagandą

Ludzka menażeria

Przed półwieczem, w lutym 1971 r., Osiecka opublikowała na łamach „Polityki” tekst „Londyniątko”, w którym relacjonowała wrażenia z ostatniego (jesień 1970) pobytu w Londynie: „To miasto jest samowystarczalne, nikogo nie naśladuje. Londyn ofiarowuje ci z dziedziny kina, teatru, jazzu, kościoła, polityki tak wiele, że w głowie się kręci od oglądania tych wszystkich książeczek i przewodników po mieście. W jednym z nich – w »Where to go« – jest nowa rubryka: »Rewolucja«. Tam podają godziny manifestacji”.

Ówczesny Londyn to był dla niej jednakowoż nie tylko Hyde Park, ale także „premiery, prapremiery, nowe spódnice, nowe sztuki, nowe poglądy” (to akurat cytat ze stanowiących kanwę „Londyniątka” zapisków dziennikowych z 1970 r.). Brzmi znajomo? Oczywiście. Dawno już bowiem dorobiliśmy się Londynu nad Wisłą. „Ale jeżeli Londyn jest tak różnorodny, to jacy są londyńczycy? Ba! Oni są tak niepodobni jeden do drugiego, że u nas ludzie w tym stopniu niepodobieństwa dawno by się zagryźli. Masz tu wszelkie okazy ludzkiej menażerii. Na oko wygląda to niesłychanie przyjemnie i pouczająco”.

Czytaj też: Osiecka, królowa naszych tekściarzy

Jak się można spodziewać, metropolitalną galerię zaludniają w autobiograficznej prozie Osieckiej podejrzani lordowie, starej daty dżentelmeni, skrupulatne mieszczki, zagubione w czasie staruszki, hippisi z Soho, artyści z Chelsea i emigranci (z Polonią włącznie). Orszak ten, barwny i egzotyczny, tworzy pewien logiczny obraz – dziś już wcale nie bardzo zaskakujący, choć nieco nas może zbija z tropu to niepokojące wyrażenie „na oko”. Bo jeśli „tak”, no to właściwie jak? „Oto ten tłumek, tak prawdziwie demokratyczny, w istocie podzielony jest jednak na półki i półeczki, a z jednej półeczki na drugą – trudno, oj trudno się przedostać. Demaskuje cię coś innego niż paszport lub książeczka czekowa: demaskuje cię angielszczyzna, której używasz”.

Czytaj też: 300 lat historii sekretnego bractwa w Londynie

Wyścig myszy

Agnieszka Osiecka lekcję nowoczesnej demokracji odrobiła nie tylko w Londynie, ale i w Nowym Jorku, Los Angeles, Paryżu. Wszędzie wychodziło jej mniej więcej to samo – równanie z wieloma niewiadomymi. Świat daleki od ideału, choć znacznie bardziej zróżnicowany niż „nasza mała stabilizacja” i nie tak przaśny jak „nasza mała konsumpcja”. Owszem, z lotu ptaka wyglądał zjawiskowo, z dystansu pozostawał obiecujący, ze słyszenia – znośny, lecz z perspektywy tzw. zwyczajnego człowieka koniec końców okazywał się pobojowiskiem pełnym rozmaitych nierówności społecznych, mniej lub bardziej dojmujących wojen ideologiczno-kulturowych oraz rzeczywistych ekstremów. Począwszy od prymitywizmu i infantylizmu sztuki zaangażowanej (zwłaszcza zaś londyńskich teatrzyków offowych), przez „wyścig szczurów” (w „Londyniątku” Osiecka używa określenia „wyścig myszy”), a także reaktywne wobec niego poczucie bycia li tylko „pyłkiem w kosmosie” oraz kontrkulturowe gesty i hasła („Nasikam na Lincolna, nasikam na Pałac Królewski, nasikam na plac Czerwony, nasikam na ciebie”), przez wszechobecny seks, snobizm, hipokryzję wylewającą się kubłami z mass mediów, po gwałty, bunty i jak najbardziej realną przemoc.

Czytaj też: Władze PRL wobec londyńskiej emigracji

Można na to wszystko machnąć ręką i zarzucić Osieckiej, że napisała tekścik propagandowy – w poetyce socjalistycznej z ducha pogardy wobec imperializmu, kapitalizmu oraz liberalizmu. Otóż nie napisała niczego podobnego. Kto zresztą ciekaw, niech sprawdzi w pierwodruku („Polityka” 1971 r., nr 9) lub we wspomnianych już „Dziennikach i zapiskach”. Lecz jeśli komuś chwilowo nie jest po drodze do księgarń czy czytelni, to służę jeszcze puentą recenzji kultowego filmu „Easy Rider” Dennisa Hoppera, którą także pomieściła w „Londyniątku”: „Dlaczego oni tak łatwo strzelają do odmieńców? (...) Nigdy nie zapomnę tego tragicznego finału i tych myszowatych dziewczynek z przydrożnej knajpki, gotowych własnymi ząbkami zagryźć odmieńców. Jak łatwo z mieszczańskiej myszy robi się bestia!”.

Podkast: Jaka Osiecka? Czy da się ten serial oglądać?

Niezdolna do uproszczeń

Czy krytyka Osieckiej podszyta była resentymentem wobec amerykańskiej prowincji? Nie, autorka „Białej bluzki” organicznie była niezdolna do tego typu uproszczeń. Nie pozwoliłaby sobie na nie nawet tu, w dzienniku z 1970 r., w którym wspominała m.in. swojego pierwszego męża Wojciecha Frykowskiego, zamordowanego przez sektę Mansona kilkanaście miesięcy wcześniej w kalifornijskim domu ich wspólnego przyjaciela Romana Polańskiego. „Londyniątko” nie jest zatem donosem na zgniły Zachód. Przeciwnie, jest uroczą pocztówką z tętniącej życiem stolicy – z miasta niespokojnego (niepokornego), podszytego bezrozumną (czystą) potencjalnością, która nie przynosi zbawienia/spełnienia/gwarancji, ale szuka dla siebie bezustannie nowych form, choć samo siebie jeszcze nie rozumie.

Czytaj też: Serial biograficzny w TVP

Dla Osieckiej demokracja liberalna była nowoczesną formą (sic!) chaosu. Domeną niesprawiedliwej fortuny, która, owszem, nielicznym pozwala bez końca negocjować ich miejsce w świecie, większość natomiast skazuje na odbijanie się od szklanego sufitu, gonienie w piętkę, niespełnienie, jałowy bunt lub co najwyżej eksces: „Znów – »Teatrzyk Na Skraju« [tak Osiecka tłumaczyła termin fringe theatres określający sceny offowe – KF]. Występuje grupa Pip Simmons w spektaklu »Superman«. Na początku, kiedy wybiegli na arenę, miałam wrażenie, że to amerykańska grupa: charakterystyczne stroje sportowe z wywatowanymi olbrzymimi ramionami, gdzieniegdzie upstrzone amerykańskimi symbolami. I gołe piersi jednej dziewczyny malowane w amerykańskie gwiazdy. Ale nie. Mimo że podejmują amerykańską problematykę »Wielkiej wiochy« (świata urobionego przez telewizję), chłopcy i dziewczyny z Pip Simmons to zespół angielski. To chyba najlepsza z nadscenek, jakie tu widziałam, anglosaski »Ubu Król«, jeden wielki wygłup, jedna paskudna mina, jedna gigantyczna zgrywa z maszyny piekielnej do robienia Nadludzi. Kpina ze smażenia i preparowania idoli z radia i z telewizji, z sexo-fali, z idioto-fali, ze sloganów i z antysloganów. (…) A nad tym wszystkim unosi się bez końca, jakby na miejscu sławnego »merde« Jarry’ego – uparte »fuck, fuck, fuck«”.

Czytaj też: Co dyplomaci PRL pisali o wyborach 1989 r.

Jednakże stawką tego tekstu nie jest „oblatanie” Osieckiej – jej umiejętność przewidywania przyszłości czy choćby ponadczasowy wydźwięk wydrukowanych przez nią na łamach „Polityki” pół wieku temu opinii. Raczej jej rozsądek. Brak niezdrowych oczekiwań wobec rzeczywistości – pogodzenie się z nieprzekraczalnym horyzontem nowoczesności. Osiecka rzadko wykraczała poza swoje „tu i teraz”, nie szukała odpowiedzi w przeszłości. Historię traktowała jak zbiór faktów, a nie recept czy przepisów na życie. Unikała w ten sposób wielu pułapek, m.in. resentymentu. Posiadała jednakowoż osobliwą nadwzroczność: omiatała wzrokiem wszystko wokół, aż po horyzont. To rzadka umiejętność – nie ulegać majakom, ułudom, iluzjom i nawet najosobliwsze krajobrazy godnie pakować w ramy tego, co rzeczywiście nieprzekraczalne.

„Londyniątko” nie jest tekścikiem gorzkim ani nawet smutnym. Przeciwnie, bije z niego entuzjazm dla wypełniającego ulice Londynu permanentnego festiwalu młodości oraz swobody. I zrozumienie, że ten straceńczy pęd ku (czczej nierzadko) wolności to jedyny możliwy bunt przeciwko budowanej nieodmiennie na ludzkiej krzywdzie nowoczesności. Jedyny możliwy sprzeciw wobec jej („zawsze już”) bezwzględnej i ufundowanej na paradoksach naturze. Co bowiem maskuje ten nowoczesny karnawał? Wszechobecny chaos. Brak kryteriów. Bezpodstawność. Bezsilność. Niemoc. A co przy okazji wyzwala? Przede wszystkim popędy, afekty, siły reaktywne. Te z kolei pogłębiają i tak już niemały kryzys.

Czytaj też: Fragment dziennika nastoletniej Osieckiej

Jestem przedmiotem akcji

Osiecka w Anglii notuje te wszystkie spostrzeżenia, ale pozostaje wobec nich zdystansowana. Jest tylko obserwatorem. „Rzeczywistość cię nie obłapia i ty nie obłapiasz rzeczywistości” – zapisuje w „Codzie” dziennika londyńskiego z grudnia 1970 r. Co innego w Warszawie. Jak tylko do niej wróci, zanurzy się w swoim żywiole – na powrót będzie powodowana, ale i powodująca. Mniej wyrazista – niezależna, osobna, za to dojmująco realna: „Zależność. Zależności. Tysiące zależności. Ty jesteś moim pajacem, ja jestem twoim pajacem, wszyscy jesteśmy swoimi pajacami. Jeżeli wszyscy pociągniemy za sznurek, to całość się pierdolnie… Warszawa. Akcja. Bycie w akcji. Jestem przedmiotem akcji. Jestem podmiotem akcji”.

Czytaj też: Czy Warszawa w ogóle nadaje się na stolicę?

Ten nieoczywisty status mówiącej to coś więcej niż zgoda na nieprzekraczalny stan rzeczy. To pełne zrozumienie dla „zawsze już” nierozstrzygalnej natury tego, co jest. „Telefony, których się lękam, telefony, na które czekam. Półcienie wieczorne na Rynku, półszepty, półuśmiechy, półsłówka pełne porozumienia” – słowem, bycie totalne, ze wszystkimi tego komplikacjami i konsekwencjami. Z całym dobrem i złem. Z całą prawdą, nieprawdą, półprawdą. Na ostatniej stronie dziennika pisanego w wielotygodniowej podróży Agnieszka Osiecka notuje więc, najpewniej w samolocie, zasadę, jaką rządzi się (jej własna) rzeczywistość: „Fruniemy, płyniemy, spływamy. Już czuję zapachy moich ziół i rumianków, już prawie widzę ogon do lady celnika, już czuję, że krew mnie zalewa./ Wszędzie dobrze, ale w domu…/ Fuck, fuck, fuck./ Kwak, kwak./ TAK”.

Czytaj też: Konserwatywna kontrrewolucja lat 70.

Trzy Polski

W latach 1988–92, a zatem w okresie transformacji społeczno-ustrojowej, Osiecka publikowała w „Polityce” cykl „Galeria potworów” (wydanie książkowe 2004 r.). Adresowała go do pragmatycznie myślącego technokraty – tak bowiem definiowała wówczas statystycznego czytelnika „Polityki”. Próbowała mu zaleźć za skórę. Skonfrontować go z samym sobą oraz ze światem, który z taką gorliwością na powrót sobie urządzał, pogrążając się jednocześnie w coraz to większych ułudach na swój własny temat. Zadanie, jakie sobie wyznaczyła, nie było łatwe. Z pewnością także nie dawało się przeprowadzić w języku politycznie poprawnym. Dlaczego? „Przede wszystkim niepomiernie wzrosła skala trudności: kaskadersko, nieraz rozpaczliwie trudne są owe wspomniane wyżej przeprawy z Polski do Polski” – pisała. „Poza tym pojawiły się nie tylko trzy różne Polski. Pojawiły się rozmaite kryteria, zachowania, języki… Co w Partyjnej znaczy »bankiet«, to w Maryjnej »zgęstka«, a w Firmie Polonijnej »przyjęcie«. Co w Partyjnej – »pozyskiwanie przyjaciół«, w Maryjnej – »zjednoczenie dusz«, to w Firmie – »mącenie towarów«. I te de, i te pe. Kiedy swego czasu pracowałam w filmie, modne było wśród operatorów powiedzonko: »Niech się pani przesunie w moje lewo«. To teraz wraca, we wszystkich trzech krainach. Przesuwają się to w swoje lewo, to w swoje prawo, i u każdego co innego to znaczy”.

Czytaj też: Tęsknota za kulturą disco

Czym byłaby więc dla Agnieszki Osieckiej nasza współczesność? Logiczną konsekwencją wypadków. Naturalnym następstwem rzeczy. Bo prawdę mówiąc, im więcej możliwości, tym silniejsza konieczność podziałów. Inaczej nasze małe, kompletnie nieważne „ja” przepadnie w chaosie nowoczesności. Nie obroni się. Nic z niego nie zostanie. Brzmi to fatalnie, ale w takich właśnie dekoracjach zainstalowaliśmy się już dziesiątki lat temu. Innych londynów, nowych jorków i warszaw – jak na razie – nie wymyśliliśmy.

Na koniec jeszcze jeden drobiazg autobiograficzny z Osieckiej, z „Galerii potworów”: „Spytałam kiedyś mamę, czy wierzy w Boga. Powiedziała: »Wiesz, chyba nie, ale Matkę Boską bardzo lubię, zwłaszcza w Poznaniu«”.

Na tym właśnie polega nierozstrzygalna natura nowoczesności – oraz nas samych, tragicznie zatrzaśniętych w jej nieprzekraczalnym horyzoncie. Chciałoby się powiedzieć coś nieco pewniejszym głosem, ale wychodzą co najwyżej autoironiczne mity na własny temat. Czasem brzmią jak banały, a czasem – jak zaklęcia, lecz mimo wszystko buzują w nich jakiś potencjały. I żar. Agnieszka Osiecka doskonale to rozumiała.

Czytaj też: Odkurzony peerel

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Za murami seminariów. Co chłopaków tam pcha? Jak sobie radzą?

Dziś mamy w Polsce ponad 70 seminariów, gdzie klerycy przez sześć lat są przygotowywani do swego zawodu.

Adam Szostkiewicz
24.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną