Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kultura

Ruszar: studium przypadku

Kaczyński wiedział, że zanim weźmie się do pacyfikacji zbiorowej wyobraźni społeczeństwa, powinien najpierw wyciąć w pień kulturę. Trzeba przyznać, że to mu się prawie udało.

Niedawno ukazał się „Dialog Puzyny”, poświęcony prawie w całości mechanizmom przejmowania przez władzę zasłużonych instytucji polskiego życia kulturalnego. Miesięcznik „Dialog” stał się oczywistą ofiarą wrogiego przejęcia poprzez próbę zainstalowania w fotelu redaktora naczelnego Antoniego Wincha, który wcześniej został zainstalowany w redakcji miesięcznika „Twórczość”. Przeinstalowany Winch doprowadził do oczywistej schizmy. „Dialog Puzyny” ukazał się niezależnie, poza zasięgiem cenzury ekonomicznej i personalnej, zredagował go zbuntowany zespół pod wodzą Joanny Krakowskiej i Justyny Jaworskiej – odważnych kobiet, które po prostu pokazały faka Winchowi i dotychczasowemu, instytucjonalnemu wydawcy, czyli Instytutowi Książki. Numer przynosi poważny materiał mentalnych badań terenowych. To, że PiS pryncypialnie wziął się do zaorania polskiej kultury, nie podlega kwestii.

Kaczyński i jego rozliczni agenci wpływu od początku rządów prawicy penetrowali krytyczne wobec władzy literackie mikrokosmosy i intelektualne zacisza, wysyłając dyskretne sygnały i zaproszenia do legitymizowania reżimu. Kaczyński wiedział, że zanim weźmie się do pacyfikacji zbiorowej wyobraźni społeczeństwa, powinien najpierw wyciąć w pień kulturę. Trzeba przyznać, że to mu się prawie udało. Zrobił to śliskimi łapkami swoich stronników, których imiona i nazwiska wychodziły na jaw przy okazji kolejnych afer w obszarze kultury, zdobywając całkowicie niezasłużoną sławę i rozgłos. Chyba najgłośniejszą grandą pisowskiego kulturkampfu było utworzenie Instytutu Literatury i obdarzenie go kosmicznym – z punktu widzenia wcześniejszych, przedpisowskich praktyk – budżetem. Na czele Instytutu Literatury zainstalowano Józefa Marię Ruszara. I o nim właśnie Antonina Tosiek w „Dialogu Puzyny” publikuje zaiste porażający fresk. Tekst Tosiek dotyczy systemowej przemocy, jakiej przez ostatnie lata dopuszczał się Ruszar wobec swoich podwładnych, prowadząc księstwo udzielne na ulicy Smoleńsk w Krakowie, gdzie swoją siedzibę ma Instytut Literatury.

Ruszarowa przemoc różne ma twarze. Ze świadectw zatrudnionych w IL ludzi wyłania się nade wszystko portret dobrze znany z Miłoszowego „Zniewolonego umysłu”. Nie wiem tylko, czy przypadek Ruszara nie jest jakimś nowym rodzajem mutacji „Gammy”. Sprawa jest jednak poważna i nie powinna być traktowana spolegliwą analogią literacką, bo dotyczy dramatów i ciężkich przejść psychicznych pracowników IL, a kaliber oskarżeń dotyczy tyleż mobbingu, co wulgarnych przekroczeń w obszarze ciała i pieniądza. Z opublikowanego na stronach Instytutu Literatury oświadczenia wynika, że Ruszar grozi „Dialogowi Puzyny” i Tosiek procesem o zniesławienie. Mogę mieć tylko nadzieję, że faktycznie sprawa oprze się o sąd i ofiary Ruszara zeznają pod przysięgą, co też szefunio majstrował.

Zanim jednak do tego dojdzie, słów kilka o samym Ruszarze, który w latach rządów PiS wykonał kilka kroków ku nieśmiertelności i z pewnością zapisze się w historii jako zaiste szara eminencja najnowszej literatury. Ten dyskretny badacz twórczości Zbigniewa Herberta wszak z niejedną sławą jeździł na nartach. Z tekstu Tosiek bije światło ruszarowego mitomaństwa. Fajnie, że Ruszar jeździł na nartach z Tischnerem, szkoda tylko, że Tischner chyba nie wiedział, z kim szusuje i jakich szczytów żenady ten narciarz dostąpi. Jak inaczej bowiem traktować grzech pierworodny Ruszara, który u początków istnienia Instytutu Literatury próbował skaptować do współpracy większość polskich poetów i poetek, obiecując im legendarną już stawkę za wiersz: 500 plus?

Niestety wielu całkiem zdolnych autorek i autorów złapało się na lep łatwego pieniądza. Motywacje ich decyzji były oczywiście najróżniejsze. I o dramatach tych wyborów opowiada również tekst Tosiek. Ktoś miał kogoś chorego w rodzinie, więc potrzebował pracy, ktoś inny myślał, że łapie Pana Boga za nogi, bo właśnie pracować będzie w kulturze za godziwe pieniądze, jeszcze komuś innemu Ruszar namieszał w głowie wizją budowania nowych, literackich elit.

Dziś, w stanie rozkładu Instytutu Literatury, wszystkim tym ludziom trzeba stworzyć ścieżkę ucieczki z ulicy Smoleńsk, wyłączając oczywiście tych, którzy – że tak powiem – ideowo trzymają sztamę z szefem. Szkoda tylko smrodu, który unosi się w archiwaliach internetowych Instytutu Literatury, gdzie dobry poeta i prozaik podgrywa na pianinku Ruszarowi. Czytając tekst Tosiek, nie odczuwałem najmniejszej moralnej wyższości, było mi zwyczajnie smutno, że historia Ruszara kończy się tak, jak skończyć się musiała. Doskonale pamiętam dzień, w którym zadzwonił i do mnie, proponując godziwe stawki w nowej inicjatywie, którą właśnie buduje. Coś mnie tknęło. Może chodzi o to, że jednak pamiętam komunę i bardzo dokładnie przeczytałem książkę Stanisława Czycza „Nie wierz nikomu”.

Zadzwoniłem więc do Jakuba Kornhausera, żeby zapytać o nowego zbawcę literackiego prekariatu Polski. A Kuba podpytał tatę. Nie zrobiłem wtedy nic, żeby ostrzec koleżanki i kolegów, że wkraczają właśnie na śliski grunt, który za moment zamieni się w zwyczajne bagno. Wyszedłem chyba z założenia, że wszyscy czytaliśmy te same obowiązkowe lektury, z których akurat „Zniewolony umysł” może się przydać w każdych warunkach politycznej opresji. Biorąc pod uwagę, jak bardzo Instytut Literatury spolaryzował środowisko literackie, wnoszę, że Ruszar niestety dogłębnie przeczytał Miłosza i chyba sam był zaskoczony, jak łatwo poszło mu kaptowanie. Przestrzelił jednak z rolą, o czym dowodliwie przekonuje tekst Antoniny Tosiek.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Czy oddawać Ukrainie polskie patrioty? NATO naciska, presja rośnie, Warszawa odmawia

Międzynarodowa presja na Polskę nie maleje – zapewne będzie rosła do szczytu w Waszyngtonie, któremu potrzeba „sukcesu". W którymś momencie Warszawa może być nawet napiętnowana za opór, zwłaszcza jeśli na podarowanie Ukrainie świeżo kupionych patriotów zdecydują się Rumunia lub Szwecja.

Marek Świerczyński, Polityka Insight
14.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną