„Paper Tiger”, czyli trochę Hollywood na festiwalu w Cannes. I ważne przesłanie od Bardema
James Gray jest dziś bodaj najbardziej niedocenianym wielkim amerykańskim reżyserem. Nie ma statusu ikony, jak Scorsese, nie otacza go aura enfant terrible, jak Tarantino, nie stał się marką jak Wes Anderson. A jednak to właśnie on – niepozorny introwertyk z nowojorskiego Queens – kręci filmy, które z największą powagą i formalną maestrią przepracowują fundamentalne amerykańskie lęki: przed asymilacją i jej odrzuceniem, przed zdradą własnych korzeni i niemożnością ucieczki od nich. Jego kino to laboratorium trudnych pytań na temat miażdżącej siły amerykańskiego mitu, który obiecuje wszystko i odbiera jeszcze więcej.
Czytaj też: Wydmuszka z Kieślowskiego na festiwalu w Cannes. W filmie Farhadiego nic się nie klei
Na Złotą Palmę nie wystarczy
Aby zrozumieć obsesje Graya, trzeba pamiętać o wpisanym w jego biografię paradoksie. Urodził się w 1969 r. w Nowym Jorku jako wnuk żydowskich imigrantów z terenów dzisiejszej Ukrainy. Dorastał w dzielnicy Queens w otoczeniu rodzin, które przybyły do Ameryki z podobnym bagażem: traumy, nadziei, nieprzepracowanych strat. Jego dziadkowie, którzy uciekli przed pogromami i osiedlili się na Lower East Side, prowadzili bar – miejsce, przez które przewijała się galeria postaci działających na granicy prawa i desperacji. To właśnie ich wspomnienia staną się później kanwą „Imigrantki” (z pamiętną rolą Marion Cotillard jako Polki Ewy Cybulskiej) – filmu, który reżyser określił jako swój „najbardziej osobisty i autobiograficzny projekt”.
Amerykanin zebrał i tym razem pozytywne na ogół recenzje, ale o Złotej Palmie chyba nie powinien myśleć. Zamiast klasycznego thrillera dostarczył mroczny, intymny portret rodziny w zagrożeniu. „Paper Tiger” to kolejna głęboko autobiograficzna opowieść w jego dorobku, stanowiąca eleganckie dopełnienie dramatu „Armagedon” z 2022 r. Gray wraca pamięcią do czasów swojego dojrzewania w nowojorskiej dzielnicy Queens, osadzając akcję w połowie lat 80.
Główni bohaterowie, małżeństwo Hester i Irwin Pearlowie, stanowią wariację na temat jego rodziców, Esther i Irvinga, których w poprzednim filmie grali Anne Hathaway i Jeremy Strong. Z kolei ich ekranowe dzieci, nastoletni bracia Scott i Ben, odzwierciedlają relacje samego Jamesa Graya z jego starszym bratem. To zakorzenienie we własnej mitologii pozwala reżyserowi na swobodne operowanie wyczuwalną w wielu scenach prawdą emocjonalną. Intryga kryminalna wokół intratnego kontraktu na oczyszczanie kanału Gowanus w okolicach Nowego Jorku staje się tu pretekstem do wiwisekcji realnych lęków, z jakimi mierzyli się jego najbliżsi.
W planie ogólnym Gray formułuje gorzki komentarz na temat problemów rodzin przybyłych do USA oraz krachu amerykańskiego snu w erze Ronalda Reagana, gdy bogactwo stało się bezwzględną narodową obsesją. Irwin to uczciwy, drobny inżynier, marzący, by jego synowie dostali się na uczelnię Ivy League i pokonali bariery klasowe, z którymi on sam zmagał się przez dekady. Kolejny raz daje o sobie znać u Graya konflikt racji dwóch emigranckich fal: aspirującej do klasy średniej rodziny żydowskiej z nowo przybyłą, bezwzględną falą Rosjan, którzy wiążą swoje interesy z podziemnym półświatkiem, przypominając, że na peryferiach Nowego Jorku walka o status ekonomiczny nigdy nie była uczciwą grą.
Czytaj też: Pawlikowski idzie po Złotą Palmę? „Ojczyzna” to poszukiwanie utraconej duszy
Nieprzewidywalna Rosja Putina
Festiwalowa krytyka natychmiast dostrzegła w „Paper Tiger” satysfakcjonującą symetrię, porównując dziewiąty film Graya do jego ponurego debiutu z 1994 r. – „Małej Odessy”. Reżyser wraca do swojej flagowej tematyki dysfunkcyjnych relacji rodzinnych uwikłanych w sidła przestępczości. Rezygnuje jednak z młodzieńczej drapieżności na rzecz dojrzałej, niemal antycznej tragedii, co sygnalizuje m.in. otwierający film cytat z Ajschylosa.
Podobieństwa widać nie tylko w ponurym tonie i topografii nowojorskich przedmieść, ale także w powracającym motywie fatum. Wątek Hester, która w tajemnicy przed rodziną zmaga się z niepokojącymi objawami zdrowotnymi i zaburzeniami wzroku, rymuje się z postacią graną przez Vanessę Redgrave w „Małej Odessie”, umierającą na guza mózgu. Dla krytyków to dowód na to, że Gray postrzega traumę rodzinną i zagrożenie zewnętrzne jako nierozerwalny, dziedziczny splot, przed którym nie ma ucieczki.
Choć akcja filmu osadzona jest sztywno w realiach 1986 r., zagrożenie ze strony rosyjskiej mafii można bez trudu odczytywać jako celną metaforę współczesnych obaw przed nieprzewidywalną Rosją Putina. Ekranowi gangsterzy pod wodzą Aleksieja i Semiona Bogojawiczów nie działają według racjonalnych, biznesowych reguł. Stosują bezwzględny terror psychologiczny, uderzając w fundamenty prywatności.
Tytułowy papierowy tygrys to błyskotliwa metafora błędu poznawczego Zachodu: ulegając brawurze i chciwości, Amerykanie wmawiają sobie, że przybysze ze Wschodu są znacznie mniej groźni, niż się wydają, podczas gdy w rzeczywistości wpadają w zastawioną przez nich śmiertelną pułapkę.
Driver, Teller, Johansson
Uwikłanie rodziny w nielegalny biznes to motyw wielokrotnie przepracowany przez klasyków amerykańskiego kina, od Scorsesego po Lumeta, przez co struktura wydarzeń u Graya bywa momentami przewidywalna. Nawet przesadnie sentymentalna. Dodatkowo niektórzy krytycy słusznie punktują pewne luki scenariuszowe oraz narracyjną powolność „Paper Tiger”. Zderzenie mafijnego terroru z diagnozą śmiertelnej choroby wykrytej u Hester sprawia, że film w drugiej połowie niebezpiecznie zbliża się do granicy prawdopodobieństwa.
Niemniej trudno odmówić reżyserowi ambicji i umiejętności czerpania z konwencji melodramatu, którego prawdziwym tematem jest lojalność oraz jej granice. W klasycznym kinie hollywoodzkim bohater musi wybrać dobro, nawet jeśli oznacza to zerwanie z rodziną. U Graya ten wybór nigdy nie jest oczywisty, a często okazuje się wręcz niemożliwy. Więzi – biologiczne, etniczne, środowiskowe – są ciężarem, którego nie można zrzucić bez utraty siebie.
Tak czy inaczej, najmocniejszą stroną „Paper Tiger” pozostaje aktorstwo. Adam Driver jako były policjant tworzy interesujący, niejednoznaczny moralnie portret budzącego sympatię mitomana, podczas gdy jego filmowy brat, Miles Teller, dobrze akcentuje bezradność i paraliżujący strach człowieka do bólu uczciwego. Rola Johansson, choć oparta na stereotypach, pozwala lepiej zrozumieć postać. Jednak na tle wielu wybitnych kreacji w tegorocznym konkursie nie są to osiągnięcia mistrzowskie.
Czytaj też: Czas na Cannes. Polski wkład jest wyjątkowo ważny i solidny
Bardem się nie boi
Najciekawszą dotąd, najbardziej spełnioną rolę zaprezentował w Cannes Javier Bardem w hiszpańskim dramacie „Beloved”. Gra tam reżysera filmowego próbującego naprawić trudną relację ze swoją dorosłą córką, aktorką. Fabuła, choć bliźniaczo podobna do oscarowej „Wartości sentymentalnej”, wywołała poruszenie głównie z powodu właśnie olśniewającej formy Bardema, który jako jeden z niewielu obecnych na Lazurowym Wybrzeżu artystów miał też odwagę ostro wypowiadać się publicznie na drażliwe tematy polityczne.
Zapytany na konferencji prasowej, czy obawia się konsekwencji za to, że dwa miesiące temu podczas ceremonii oscarowej potępił wojnę w Gazie, odpowiedział, że nie może potwierdzić istnienia tzw. czarnej listy w Hollywood, na którą są wpisywane nazwiska „nieprawomyślnych” artystów. „Jeśli jednak takie listy naprawdę funkcjonują, wierzę, że ci, którzy je sporządzają, zostaną wkrótce ujawnieni, i to oni poniosą konsekwencje, przynajmniej na poziomie publicznym i społecznym. Zaś co do agresji Izraela, nie da się tego usprawiedliwić. I nie może być żadnego powodu, żadnego wyjaśnienia dla tego ludobójstwa” – mówił, dodając, że jeśli usprawiedliwia się je milczeniem lub wsparciem, jest się za ludobójstwem.
Bardem skrytykował również fuzję wytwórni Paramount i Warner Bros. „Uważam, że w świecie mediów rośnie monopol, to jeden z zauważalnych problemów. Dlaczego koncerny o określonym profilu politycznym mają kontrolować wszystko, czego słuchamy, co oglądamy? To mnie ogromnie niepokoi. Musimy zadbać, by młodsze pokolenie korzystające bez umiaru z mediów społecznościowych potrafiło myśleć samodzielnie, stosowało rozum, starało się porównywać, weryfikować informacje. Jeśli tak się nie stanie, na świecie zrobi się naprawdę bardzo niebezpiecznie”.
„To wszystko sprowadza się do toksycznej męskości”, podsumował swój wywód hiszpański aktor, przypominając, że w jego ojczyźnie statystycznie co miesiąc zabijane są dwie kobiety – przez byłych mężów lub chłopaków. Tylko dlatego, że niektórzy mężczyźni sądzą, że są ich władcami, że je posiadają na własność.
Następnie uderzył w światowych przywódców, m.in. w Trumpa, który – jak stwierdził – stanowi jaskrawy przykład takiego zachowania. „Problem nie dotyczy tylko jego, ale też pana Putina i pana Netanjahu, tych nadętych facetów, którzy mówią: Mój kutas jest większy niż twój i dlatego zamierzam cię zbombardować. To cholernie toksyczne zachowanie mężczyzn... Więc tak, musimy o tym wszystkim porozmawiać. I rozmawiamy o tym, bo na szczęście stajemy się tego coraz bardziej świadomi”.