Recenzja filmu: „Magia w blasku księżyca”, reż. Woody Allen
Najdotkliwiej odczuwamy brak tego, co jest specjalnością filmów Allena, czyli inteligentnych dialogów i dowcipnych ripost.
Najdotkliwiej odczuwamy brak tego, co jest specjalnością filmów Allena, czyli inteligentnych dialogów i dowcipnych ripost.
„Magia w blasku księżyca” to rzecz lżejszego kalibru, ale na pewno nie sprawi zawodu.
Aspirujący do rangi poważnego dramatu film sprawia ostatecznie wrażenie spisanego pobieżnie raportu na temat konfrontacji.
Wielkie widowisko ze Scarlett Johansson w roli głównej.
Bohaterką dramatu biograficznego „Violette” Martina Provosta („Seraphine”) jest stosunkowo słabo znana, rzadko tłumaczona w Polsce pisarka Violette Leduc, we Francji symbol walki o równouprawnienie kobiet w epoce Camusa i Sartre’a.
W brawurowej ekranizacji „Podwojenia”, głośnej powieści portugalskiego noblisty José Saramago z 2002 r., podobać się może dużo, jeśli nie prawie wszystko.
Gotowanie na ekranie stało się modne.
Repertuar wakacyjny mamy taki jak zwykle o tej porze roku, czyli marny.
Pełnometrażowy dokument śledzi poczynania artysty po opuszczeniu aresztu, gdy odebrano mu paszport i zabroniono wypowiadać się publicznie.
Lepiej, niż się można było spodziewać.
To film o trudnościach asymilacji, o byciu odszczepieńcem.
Lekka wakacyjna komedia okazuje się dość nieoczekiwanie moralitetem.
Świetnie zrealizowany, dynamiczny thriller sensacyjny.
O tym filmie chce się jak najszybciej zapomnieć.
Szanse, by film stał się wakacyjnym przebojem, są u nas raczej nikłe.
Bez rewelacji. Ale i tak można się wzruszyć.
Nie tylko pokolenie New Age odnajdzie w tym gorzkim, nostalgicznym portrecie coś bardzo prawdziwego.
Poruszające jest tu właściwie wszystko.
Krótko mówiąc: wymagania w dół, sezon ogórkowy na horyzoncie.
Studium psychologiczne człowieka kontemplującego naturę.