Recenzja płyty: Wet Leg, „Wet Leg”
Na coś takiego Anglosasi mówią „next big thing”, zapowiadając szum i wielkość na podstawie solidnych przesłanek.
Na coś takiego Anglosasi mówią „next big thing”, zapowiadając szum i wielkość na podstawie solidnych przesłanek.
Płyta stanowi jakby dalszy ciąg poprzednich: „Anima sacra” i „Anima aeterna”, jednak w odróżnieniu od tamtych, do których mało znane arie były pieczołowicie wybierane, tu mamy jedno, bardzo znane dzieło, które Orliński wykonuje jeszcze od czasów studenckich.
Dwa utwory krążące wokół śmierci, będące jej przeczuciem.
Utwory są aranżacyjnie nieprzeładowane, dużo ciekawego dzieje się w partiach poszczególnych muzyków, choć rzadziej się to łączy w coś wybitnego.
Płyta przenosi polską melancholię muzyczną w nowe czasy, i to w sposób bardzo uniwersalny.
Postrockowe, gitarowe granie stanowi znakomity wehikuł dźwiękowy dla tych dalekich od wszelkiego pocieszenia przesłań.
Żałobny charakter poruszającej płyty zyskał niestety, autotematyczny wymiar.
Prawie wszystkie zawarte na płycie (i w książce) teksty łączy perspektywa świata widzianego oczami „zwykłego człowieka”.
Muzyka jeszcze bardziej futurystyczna, pełna zagadkowości, a zarazem ciągle uniwersalna.
Bardzo obiecujący artysta z rosnącej sfery między formą rockową a hiphopową, w najciekawszych momentach kompletnie rozmazuje zresztą granicę między jednym a drugim.
To pierwsze w historii nagranie tego repertuaru, opracowanego z manuskryptów specjalnie do tego celu.
Zestaw piosenek inspirowanych opowieścią o końcu świata.
Wszystkie te bardzo osobiste utwory odbiera się tak jak intymne wyznania wykonującej je wokalistki.
W tzw. błękitnej serii Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina, zawierającej nagrania z Konkursów Chopinowskich, wyszła właśnie płyta zwycięzcy ostatniej, zeszłorocznej edycji.
Wydaje się, że bohater płyty nie do końca wiedział, co chce nagrać – poza tym, że na pewno superprodukcję.
Wśród modnych fal najmłodszej generacji brytyjskiego rocka Black Country, New Road od początku robili wrażenie lekko anachronicznych.
Płyta z gatunku raczej ciekawych niż satysfakcjonujących.
Album nagrany w zeszłym roku w depresyjnej atmosferze pandemii łączy ze sobą mroczne klimaty Joy Division z nowszą i starszą psychodelią.
Simon Green ze swoim projektem Bonobo uparcie wytrzymał czasy, gdy elegancka, utrzymana raczej w niższym tempie muzyka klubowa z odniesieniami do soulu i jazzu wytracała popularność. I w końcu wróciła.
O tym zespole mówiło się, jeszcze zanim wydał pierwszą płytę.