Recenzja płyty: Lucinda Williams, „Good Souls Better Angels”
Lucinda Williams wydaje się niezdolna do wydania słabej czy przeciętnej płyty.
Lucinda Williams wydaje się niezdolna do wydania słabej czy przeciętnej płyty.
To muzyka intensywna, pełna pasji i dojrzałości.
Książek i reporterskich relacji o wyczynach polskich himalaistów było dużo, ten płytowy dokument wydaje się jedyny w swoim rodzaju.
Angielka Jessie Ware to wokalistka z pokolenia Adele, która do tzw. mainstreamu przebijała się od strony sceny klubowej.
Każde letnie przesilenie przynosi kolejne wydawnictwa nawiązujące do słowiańskich korzeni i ludowych obrzędów.
Cichy testuje „afiliacyjne” możliwości bluesa, tudzież pogranicza country i folku, no i wychodzi mu.
To muzykowanie wyrafinowane i subtelne – takie, jakie jest lubiane w ECM – ale też podszyte podskórną drapieżnością.
To dzieło pokazujące, że jego twórca nadal dysponuje tą magią, którą czarował pokolenia ludzi na całym świecie.
Jeden z ważniejszych polskich twórców muzyki elektronicznej doczekał się albumu dokumentującego jego twórczość dla teatru.
Na nowym albumie Run The Jewels surfują na fali obywatelskiego oburzenia.
Jest rockowo, gitarowo, profesjonalnie, śpiewnie i nienowocześnie.
To muzyka, jakiej nad Wisłą słuchało się, zanim wszystko z dnia na dzień stało się jeszcze lepsze.
To pierwszy solowy album polskiej sopranistki nagrany przez firmę Sony.
Spośród dotychczasowych trzech płyt Kasi Lins ta przekonuje mnie najbardziej.
Debiut Dirty Shirley stoi warsztatowo na wysokim poziomie, a przyszłość dopiero pokaże, czy pozostaną w tej konserwatywnej estetyce.
Ten stary piec nie jest rozgrzany do czerwoności, diabeł w nim palący nie taki straszny, ale są momenty.
Duet Ala|Zastary ma w sobie coś bliskiego Enchanted Hunters – z podobną wrażliwością na melodię i harmonię bez zadęcia stawia pełne obawy pytania.
Subtelne podkłady syntezatorowe, partie kontrabasu i piosenkowa narracja nakłaniająca, by przemyśleć na nowo odwieczny motyw podróży.
Najnowsze dokonanie Edyty zostanie najwyżej ocenione przez wrażliwców, czyli tych, którzy w okrutnym świecie czują się najmniej komfortowo.
Mam wrażenie, że Danzig zrobił tą płytą przyjemność raczej sobie niż fanom muzyki.