Recenzja płyty: California Breed, „California Breed”
Hard rock rodem z lat 70.
Hard rock rodem z lat 70.
Suita złożona z siedmiu kompozycji buduje poprzez dźwięki nie tylko nastrój, ale też wyczarowuje w głowie obrazy i wpływa nawet na odczuwanie czasu.
Nowoczesna muzyka klubowa – choć raczej do chilloutu niż na główną salę taneczną.
Zespół nie stracił nic ze swojej energii i muzykalności, brzmienie jest należycie niekomputerowe i stylowe.
Płyta znalazła się wśród najlepiej sprzedających się płyt w Anglii.
Wśród polskich kompozytorów współczesnych Zubel zdecydowanie wysuwa się na czoło.
Jej 14 studyjny album jest symbolicznym powrotem do korzeni.
Płyta jest milutka i można ją sobie bez nerwów czy skoków ciśnienia ogrywać w salonie wieczorami.
Płyta w podstawowej wersji jest krótka, ale bardziej przemyślana, a fani i tak powinni nabyć wersję rozszerzoną, która zawiera oryginały nagrań.
Poszczególne kompozycje są zróżnicowane stylistycznie i dynamicznie, a przy tym wykonane z porywającą maestrią i precyzją.
Świetny popis młodej wokalistki nieco przypominającej Beth Hart.
W zachwytach nad tą płytą, jakie się posypią, przesady bym się nie doszukiwał.
Piosenki wyjątkowo introwertyczne i osobiste, melancholia odniesień do dzieciństwa i gorycz błędów młodości.
To już ósma płyta warszawskiego zespołu, od początku wiernego prostemu, surowemu rock’n’rollowi z lirycznymi tekstami o niełatwym życiu.
Sam Dio byłby zadowolony z tych 14 soczystych metalowych kawałków.
Stylistyczna mieszanka jazzu, bluesa, swingu i popu, jak na podróż życia przystało.
Dostajemy zestaw utworów poza filmowym kontekstem, wzbogacony dodatkowo o cztery tematy z młodszego o pięć lat „Człowieka z żelaza”.
Gdzieś na styku alternatywnego rocka i lirycznego popu.
Z tych nie do końca abstrakcyjnych dźwięków powstają abstrakcyjne krajobrazy.
Tworzenie muzyki tanecznej może być fascynującą sztuką.