Nauka

Polskie mięso: dramat w czterech aktach

Choroba, wywoływana przez wirusa, który dotarł do nas aż z Armenii, stanowi zagrożenie dla hodowlanych świń. Choroba, wywoływana przez wirusa, który dotarł do nas aż z Armenii, stanowi zagrożenie dla hodowlanych świń. amedeoemaja / PantherMedia
Brak skutecznej bioasekuracji, skup chorych zwierząt na mięso, antybiotyki, choroba szalonych krów o atypowym charakterze – z wszystkimi tymi problemami muszą się mierzyć nie tylko polscy hodowcy, ale też konsumenci.

Polskie mięso nie ma ostatnio dobrej passy i zmusza do refleksji nad całym procederem otrzymywania produktów odzwierzęcych. I to zarówno w skali naszej, rodzimej, jak i globalnej. Polski przemysł mięsny zmaga się obecnie z problemami, których konsumenci mięsa i innych produktów odzwierzęcych powinni być bezwzględnie świadomi.

Akt 1: Zabijanie dzików zamiast skutecznej bioasekuracji

Jest rok 2014. W Polsce pojawia się pierwszy przypadek afrykańskiego pomoru świń (ASF) w populacji dzika. Choroba, wywoływana przez wirusa, który dotarł do nas aż z Armenii, stanowi zagrożenie dla hodowlanych świń. Problem jest bagatelizowany. Z roku na rok rośnie liczba przypadków ASF w gospodarstwach trzody chlewnej – w 2018 r. jest ich już 3 tysiące. Nic dziwnego. W niemal wszystkich przypadkach przyczyną zachorowania świń są zaniedbania ze strony człowieka. Program bioasekuracji wdrażany jest opieszale, nawet rok po stwierdzeniu nowych ognisk ASF wśród dzików. Rolnicy, którzy nie są w stanie wprowadzić bioasekuracyjnych norm, w większości nie korzystają z możliwości dobrowolnej rezygnacji z produkcji wieprzowiny i otrzymania dwuletniego odszkodowania. Bo nie muszą. Unijne środki przekazane Polsce na wypłaty takich odszkodowań, bagatela 35 milionów złotych, zostają niewykorzystane. Obraz dramatu dopełnia opublikowany w zeszłym roku raport Najwyższej Izby Kontroli – ponad 70 proc. kontrolowanych gospodarstw trzody chlewnej nie spełnia podstawowych norm bioasekuracyjnych.

Czytaj także: Wszystko, co warto wiedzieć o ASF i sposobach na zwalczenie wirusa

Zamiast jednak cokolwiek zmieniać, łatwiej jest orzec, że winny wszystkiemu jest dzik i trzeba go masowo odstrzelić, a to, paradoksalnie, może sprzyjać rozprzestrzenianiu się wirusa ASF. Z krwią martwych zwierząt, na butach, samochodach myśliwych, w organizmach przeganianych na dużą odległość przestraszonych dzików. Naukowcy oczywiście ostrzegają, piszą pisma, postulują w oparciu o merytoryczne argumenty. Ale to przecież nie oni rozdają karty. Rezultat? ASF nie odpuszcza. Niedawno odnotowano go w gospodarstwie trzody chlewnej znajdującym się w województwie warmińsko-mazurskim, gdzie dotychczas nie był notowany. Brnie też ku zachodowi Polski. W tym roku stwierdzono już niemal 70 nowych (sic!) ognisk ASF u dzików, ponad 270 przypadków. Brawo, politycy, brawo. Oto do czego prowadzi wasza ignorancja.

Akt 2: Skupowanie chorych krów na mięso

Jest rok 2019. Telewizja TVN24 emituje reportaż o nielegalnym uboju chorych krów w rzeźni w Kalinowie. Ujawniony proceder odbywa się w nocy, bez urzędowego nadzoru, z rażącymi naruszeniami wymogów dobrostanu zwierząt. Tak uzyskane mięso trafia do kilkunastu krajów UE, a niemal siedem jego ton wprowadzono na polski rynek. Wybucha skandal. Konsumpcja mięsa pochodzącego od chorych zwierząt jest przecież potencjalnym i to bardzo poważnym zagrożeniem dla zdrowia. Do Polski przylatują inspektorzy Komisji Europejskiej, by zbadać sprawę. Służby w Polsce zapewniają, że mięso jest niszczone i wycofywane z rynku, a nadto – że zostało przebadane i nie stanowiło zagrożenia dla zdrowia. Uff, no to po sprawie?

No pewnie, bo przecież mięsa, które zostało już zjedzone, nie sposób przebadać. Zjadły je chociażby przedszkolaki w Sztokholmie i uczniowie na Słowacji. Minister Ardanowski uważa, że cała sytuacja jest wyolbrzymiona i incydentalna. Okazuje się jednak, że rok temu zatrzymano właścicieli ubojni w powiecie bielskim, którzy trudnili się wprowadzaniem mięsa z chorych krów na rynek. Z kolei już 6 lat temu opisywano w polskich mediach proceder skupowania martwych i schorowanych krów od rolników – zamiast wydawać pieniądze na usypianie tzw. leżaków, jak pieszczotliwie określają je „fachowcy”, można sprzedać i zyskać. Kupujący też sporo oszczędza – chora krowa jest znacznie tańsza niż zdrowa, można więc dobrze zarobić na sprzedaży jej mięsa. Trzeba tylko zwierzę jakoś przetransportować, zaciągnąć na liny, ewentualnie wypatroszyć płód z tych ciężarnych. Jak częsty jest to więc proceder w Polsce i od jak dawna trwa? W jednym można się na pewno z ministrem Ardanowskim zgodzić – cała ta afera naprawdę zagraża wizerunkowi polskiej żywności na świecie. A niejednemu konsumentowi powinna uświadomić, że rzeczywistość zwierząt hodowlanych jest daleka od wyimaginowanej idylli, w której to wesołe krówki pasą się na zielonych łąkach.

Joanna Solska: To nie pierwsza afera mięsna w Polsce

Akt 3: Powszechne stosowanie antybiotyków w hodowli

Rok 2018. NIK publikuje raport dotyczący stosowania antybiotyków w hodowli zwierząt na terenie lubuskiego, preludium do planowanej ogólnopolskiej kontroli. Wynika z niego, że antybiotykoterapia to proceder powszechny, stosowany przez 70 proc. wszystkich hodowców zwierząt, a w największym stopniu w hodowli drobiu. To zresztą żadne zaskoczenie ani też problem ograniczony tylko do Polski. Hodowle w zamkniętych pomieszczeniach, w stłoczeniu, bez światła słonecznego zwiększają poziom stresu u zwierząt. Do tego stopnia, że kurom nioskom można przycinać, przed ukończeniem 10. dnia życia, dzioby, by zwierzęta się nie okaleczyły lub nie zadziobały na śmierć. Wydzielane w trakcie reakcji stresowej glikokortykoidy działają immunosupresyjnie, co przy ich chronicznie podwyższonych poziomach zwiększa podatność na infekcje. Wprawdzie NIK zaznacza, że w każdym przypadku stosowanie antybiotyków uzasadniano względami leczniczymi (a nie np. w celu stymulowania wzrostu, co jest zresztą w Polsce zabronione), to z kontroli wynika, że rzetelne ustalenie przyczyn nie było możliwe z powodu słabości systemu nadzoru. Z uwagi na skalę zjawiska budzić to powinno uzasadnione obawy.

Stosowanie antybiotyków w hodowli nie jest oczywiście jednoznaczne z tym, że są one obecne w produkcie, który trafia do konsumentów. Zgodnie z prawem, by tego uniknąć, po zakończeniu terapii zachowany musi być okres karencji, w którym to podany lek powinien zostać wydalony z organizmu do poziomu bezpiecznego dla zdrowia ludzkiego. Jest jednak inny problem – stosowanie antybiotyków w hodowli zwierząt istotnie przyczynia się do upowszechniania się w środowisku opornych na ich działanie szczepów bakterii. A to stanowi już poważne zagrożenie zdrowotne, bowiem w hodowli zwierząt i terapii człowieka stosuje się często te same antybiotyki. Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności i Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób ostrzega, iż rośnie liczba szczepów niebezpiecznych bakterii, która jest jednocześnie oporna na działanie kilku antybiotyków. Jak wynika z raportu Compassion Polska i Compassion in World Farming International, Polska zajmuje drugie miejsce w Europie pod względem zużycia w hodowli zwierząt Krytycznie Ważnych Antybiotyków (tj. najsilniejszych w leczeniu chorób ludzi). Problem jest poważny, bo według szacunków z powodu oporności bakterii na działanie antybiotyków rocznie umiera ok. 25 tys. osób w Unii Europejskiej.

Akt 4: Przypadek tzw. choroby szalonych krów o atypowym charakterze

Jakby tego wszystkiego było mało, na domiar złego stwierdzono niedawno wystąpienie u jednej z krów w Polsce, po raz pierwszy od 6 lat, encefalopatii gąbczastej (BSE). Jest to choroba bydła wywoływana przez priony – zakaźne białka, które powstają z prawidłowo zbudowanych protein. Najczęściej przenosi się je przez paszę, w skład której wchodzi mączka mięsno-kostna pochodząca od chorych zwierząt. Unia Europejska zabrania stosowania takich pasz. To o tyle niebezpieczne, o ile konsumpcja wołowiny od krów chorych na BSE może być powodem wystąpienia groźnej, neurologicznej choroby Creutzfeldta-Jakoba. Należy jednak zaznaczyć, że u chorej krowy, którą w Polsce zabito i zutylizowano, stwierdzono atypową postać BSE. Co prawda, mięso takich krów również stanowi zagrożenie dla zdrowia człowieka, to jednak tego typu formę BSE obserwowano dotychczas u zwierząt starszych, które mają 8 lat i więcej (a rzeczona krowa miała 11 lat i pochodziła z gospodarstwa ekologicznego). W związku z tym uważa się, że jest ona rezultatem samorzutnych procesów niezwiązanych z karmieniem zainfekowanym pokarmem. Jak podkreśla Krzysztof Niemczuk, dyrektor Państwowego Instytutu Weterynaryjnego Państwowego Instytutu Badawczego w Puławach, zaistniała sytuacja nie będzie miała wpływu na możliwość eksportu polskiej wołowiny. I chociaż faktycznie nie jest ona przedmiotem zaniedbań, to pojawia się w bardzo newralgicznym momencie. Dobitnie uświadamia bowiem, do jakich problemów zdrowotnych może doprowadzić wprowadzanie na rynek mięsa od chorych zwierząt. Jeżeli nie powstaną rygorystyczne i efektywne sposoby przeciwdziałające temu procederowi, to zaufanie Polaków do polskiego mięsa zostanie podważone na lata. „Dobre bo polskie” nic tu nie wskóra.

Epilog

Produkcja mięsa to dochodowy interes. W skali globalnej wysokość produkcji samej wołowiny, wieprzowiny i drobiu przekracza już 260 milionów ton rocznie – to dwa razy więcej niż dwie dekady temu. Według przewidywań kolejne lata przyniosą systematyczny wzrost w tym względzie, zwłaszcza w krajach rozwijających się. Konsument, do którego trafia mięso, zakłada, że jest ono przebadane i bezpieczne. Woli nie zastanawiać się, jak dokładnie jest ono produkowane i co się z tym procesem wiąże, a jest to przede wszystkim niewyobrażalne cierpienie zwierząt, które przetrzymywane są w zdecydowanej większości w warunkach przemysłowych, oraz gigantyczny koszt środowiskowy, wynikający m.in. z konieczności produkcji pasz, zużycia wody i emisji gazów cieplarnianych. Opisane w tekście sytuacje tylko dopełniają obraz grozy. Jednak choćby nie wiem jak głośno o tym mówić, świat nie zostanie w najbliższym czasie zdominowany przez wegetarian.

Czytaj także: Co by się stało, gdyby wszyscy przeszli na wegetarianizm

Skoro więc niejako jesteśmy jako ludzkość skazani na mięso, to musimy szukać nowych dróg jego pozyskiwania. Największą nadzieję pokłada się w produkcji mięsa różnych zwierząt w warunkach in vitro – izolowane biopsyjnie komórki macierzyste różnicowane są w kierunku komórek mięśniowych, tłuszczowych i tkanki łącznej, a następnie hodowane na specjalnych trójwymiarowych rusztowaniach. Izraelski start-up Aleph Farm uzyskał niedawno tą metodą steki wołowe, których koszt produkcji nie przekroczył 50 dol., a ich otrzymanie nie było okupione cierpieniem zwierząt. Przy produkcji komercyjnej i społecznej akceptacji tak wytwarzane mięso mogłoby wkrótce trafić na rynek w Stanach Zjednoczonych i wybrane rynki w Azji i Europie w zupełnie akceptowalnych cenach. Wartość dodaną stanowiłby spokój sumienia: taka produkcja mięsa nie wiązałaby się z potwornym wykorzystywaniem i cierpieniem zwierząt, wybijaniem dzików w obawie przed pojawieniem się ASF w gospodarstwie trzody chlewnej, skupowaniem chorych krów na mięso czy upowszechnianiem się antybiotykooporności, a koszty środowiskowe byłyby znacząco mniejsze.

Czy spojrzymy na sprawy długofalowo i zdobędziemy się, jako ludzkość, na ten krok? Czy zmieniając oblicze produkcji mięsa, zmienimy też i własne?

Czytaj także: Jak mięso zmieniło człowieka?

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama