Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Nauka

Dieta wege w szpitalu, mięso tylko na życzenie. Po co takie zmiany?

W szpitalach na wegetarian, a zwłaszcza wegan, wciąż patrzy się jak na dziwolągów. W szpitalach na wegetarian, a zwłaszcza wegan, wciąż patrzy się jak na dziwolągów. Anna S. Kowalska / Polityka
Dieta roślinna stała się domyślna dla pacjentów wszystkich nowojorskich szpitali. Produkty zwierzęce są podawane wyłącznie na wyraźne życzenie pacjenta. W ten sposób medycy chcą promować zdrowy styl życia, sprzyjać leczeniu i ograniczać ryzyko wielu chorób.

Diety wegetariańskie cieszą się rosnącą popularnością w krajach rozwiniętych, zwłaszcza wśród osób młodych. Decyzja o rezygnacji z mięsa może być podyktowana różnymi względami. U niektórych przeważa troska o środowisko. Diety roślinne charakteryzują się istotnie mniejszym odciskiem ekologicznym zarówno pod względem emisji gazów cieplarnianych, jak i wykorzystania planety, wpływu na zakwaszenie gleby, degradacji cennych środowisk leśnych i wodnych.

Do bardzo często wskazywanych powodów należy również aspekt etyczny – szacuje się, że każdego roku jest zabijanych ponad 70 mld zwierząt lądowych.

Innych z kolei najbardziej przekonują korzyści zdrowotne wynikające z rezygnacji z mięsa. Prawidłowo zbilansowane diety roślinne zmniejszają ryzyko choroby niedokrwiennej serca, cukrzycy typu 2. i niektórych nowotworów. Pomagają kontrolować masę ciała, ciśnienie tętnicze krwi i gospodarkę węglowodanową. Mają pozytywny wpływ na profil lipidowy i ograniczają stan zapalny. Są korzystne dla pacjentów zmagających się z nadwagą, zbyt wysokim poziomem cholesterolu i nadciśnieniem. Właśnie z tego powodu szpitale w Nowym Jorku zdecydowały się wprowadzić dietę roślinną jako domyślną dla wszystkich pacjentów.

Dieta wege w szpitalu. Medycy dają przykład

Program wszedł w życie w marcu 2022 r. Zdecydowana większość pacjentów, 95 proc., zadeklarowała, że jest zadowolona – a wegetarianie i weganie stanowili zaledwie 1 proc. przyjętych osób. Jak wyjaśniał burmistrz Nowego Jorku Eric Adams, oferowanie posiłków opartych tylko na produktach pochodzenia roślinnego ma pomóc w zapoczątkowaniu korzystnych zmian w ich stylu życia. A to przecież on, a w nim dieta, odgrywa bardzo istotną rolę w kształtowaniu ryzyka chorób, ich przebiegu i skuteczności niektórych terapii. Jak słusznie stwierdził, za plagę chorób przewlekłych należy obarczać nie uwarunkowania genetyczne, ale m.in. to, czym się żywimy.

W Nowym Jorku z każdej strony kuszą produkty typu fast food, bogate w cukry proste i tłuszcze nasycone. Ponad połowa populacji cierpi na nadwagę lub otyłość. W wielu krajach rozwiniętych jest podobnie. I najwyższy czas to zmienić. Środowisko medyczne zamiast tylko biernie zachęcać do modyfikacji nawyków żywieniowych, samo może dać przykład, jak je zmieniać.

Pacjent z nowojorskiego szpitala ma wyjść z przekonaniem, że bezmięsne posiłki są smaczne, pożywne, zdrowe i warte włączenia do diety na stałe. Ma otrzymać narzędzie, poprzez które może każdego dnia pozytywnie wpływać na zdrowie. To istotne także psychologicznie, bo daje poczucie kontroli, przekładające się często na większe wrażenie bezpieczeństwa, usprawniony komfort życia i motywację do dalszych zmian na lepsze.

Czytaj także: Jeśli nie przestaniemy jeść mięsa, zjemy całą planetę

Dzień w szkole z dietą roślinną

Rezygnacja z mięsa w szpitalach to nie jedyna nowojorska inicjatywa tego typu – co piątek uczniowie wszystkich szkół publicznych otrzymują posiłki oparte na produktach roślinnych. Jedynym wyjątkiem jest krowie mleko, bo uparł się przy tym Departament Rolnictwa USA (dzieci mogą oczywiście z niego zrezygnować). Zmiany w szkołach mają być kolejnym krokiem pokazującym, że istnieją smaczne, bezmięsne alternatywy, i wpisywać się w edukację żywieniową, wśród dzieci niezbędną z powodu rosnących problemów z nadmierną masą ciała.

Podobnie jest w Polsce; z problemem nadwagi i otyłości mierzy się 30 proc. dzieci w wieku wczesnoszkolnym i ponad 20 proc. młodzieży do 15. roku życia. Niestety w programie nauczania nie ma miejsca na fachowo przygotowane lekcje o żywieniu. Z kolei dzieci niejedzące mięsa niejednokrotnie od nauczycieli słyszą, że taka dieta jest szkodliwa i „wbrew naturze”.

Czytaj także: No i klops. Dlaczego polskie dzieci tyją i nienawidzą wuefu?

Gdy zapomniano o dietach roślinnych

Działania władz Nowego Jorku nie są ewenementem, ale odbijają się szerokim echem, wszak dla niektórych to miasto jest niczym stolica świata. I mogą być inspirujące dla innych. Niedawno za rozszerzeniem opcji wegetariańskich w szkołach publicznych opowiedziały się władze stanu Waszyngton. Prawdopodobnie stanie się on pierwszym stanem, który zacznie wymagać utrzymania w menu bezmięsnych alternatyw dla uczniów.

Nie wszędzie jednak działania mające na celu ograniczenie konsumpcji mięsa spotykają się ze zrozumieniem. Gdy jakiś czas temu gubernator Kolorado zasugerował, by mieszkańcy stanu przynajmniej raz na miesiąc zrezygnowali z mięsa, władze niektórych sąsiadujących stanów wezwały do... zwiększenia jego konsumpcji. Biorąc pod uwagę powszechnie wśród mieszkańców USA problemy z masą ciała i choroby przewlekłe, trudno to nazwać inaczej niż brakiem odpowiedzialności.

Pomogłyby zmiany systemowe, ale na razie w USA się na to nie zanosi. Ogłoszona niedawno przez Biały Dom narodowa strategia dotycząca żywienia i zdrowia opiera się w dużej mierze na dotacjach dla rolnictwa przemysłowego. Aspekty związane z prozdrowotnym znaczeniem diet roślinnych i korzyściami z ich promowania zostały niemal pominięte. To ogromne rozczarowanie, zwłaszcza że Joe Biden nie raz podkreślał konieczność ochrony klimatu i środowiska.

A przecież opieranie strategii żywienia na produktach roślinnych nie tylko wiąże się z większym bezpieczeństwem żywnościowym, krótszym łańcuchem produkcji i mniejszym wpływem destabilizujących czynników (przykładem jest chociażby wirus ASF, który zaburzył rynki wieprzowiny), ale pozwala ograniczać szkody środowiskowe powodowane przez przemysł mięsny. Ktoś, kto kreuje się na lidera walki ze zmianami klimatu, powinien mieć tę świadomość i nie ignorować rozwiązań – tu diety roślinnej – redukujących niszczący wpływ człowieka na środowisko.

Czytaj także: Rolnictwo i hodowla bydła rujnują naszą planetę. Alarmujący raport IPCC

Bunt w Lyonie, spokojnie w Amsterdamie

Nie tylko w USA pomysły systemowych rozwiązań w sferze diety budzą kontrowersje. W ubiegłym roku władze Lyonu, trzeciego co do wielkości miasta Francji, mając na uwadze aspekty zdrowotne, zdecydowały się zrezygnować z posiłków mięsnych (z wyjątkiem ryb) w szkołach. Na lokalne władze spadła fala krytyki ze strony rzeźniczego lobby i środowisk prawicowych. Sfrustrowani rolnicy blokowali traktorami ulice.

Z takimi problemami nie mierzył się z kolei Amsterdam, którego władze, zamiast wprowadzać radykalną zmianę, zaplanowały systematyczne zwiększanie udziału produktów roślinnych w sklepach, restauracjach, szkołach i innych placówkach publicznych. Z psychologicznego punktu widzenia lepiej ludziom dać dodatkowy wybór, niż zabierać opcje dotychczas dostępne. Zamiast poczucia straty pojawia się wrażenie zysku.

Piotr Rzymski: Jak uniknąć dziecięcej otyłości? 10 praktycznych wskazówek

Mięso w szpitalu niczym papierosy

Pozostaje trzymać kciuki, by zmiany podjęte przez nowojorskie szpitale były inspiracją dla innych placówek tego typu na świecie. Niektóre zdecydowały się zresztą na podobny krok już rok wcześniej. Szpital Hayek w Bejrucie jako pierwszy na świecie ze swojemu menu całkowicie usunął produkty pochodzenia zwierzęcego, w tym nabiał. W oświadczeniu napisano: „Nasi pacjenci nie będą już po operacji witani szynką, serem, mlekiem i jajkami. Bo to jedzenie tego typu mogło być pierwotną przyczyną ich problemów zdrowotnych”.

Trudno się nie zgodzić, mając choćby na uwadze, że Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem sklasyfikowała przetworzone mięso jako kancerogen grupy 1. (do której trafiają czynniki o udowodnionym rakotwórczym wpływie), a czerwone mięso jako kancerogen klasy 2A (prawdopodobnie rakotwórczy). Podawanie mięsa w szpitalach można zatem porównać do serwowania pacjentom papierosów.

Z takim podejściem zgadza się z grupa szkockich lekarzy, która wystosowała petycję, by zwiększyć dostępność produktów roślinnych w menu placówek medycznych w kraju. Jak wskazano, całkowite przejście na produkty wegańskie przyspieszałoby powrót zdrowia, obniżało koszty, zmniejszyło cierpienie zwierząt i ograniczyło emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Aż tyle i to w tak prosty sposób. Myśląc rozsądnie, trudno takiego wniosku nie poprzeć.

Czytaj także: Mięso szkodzi zdrowiu i środowisku. Polacy wciąż jedzą go za dużo

Diety roślinne w polskich szpitalach?

Czy podobne podejście mogłoby wykazać środowisko lekarskie w Polsce? W myśleniu zbyt wielu specjalistów wciąż pokutuje przywiązanie do diety tradycyjnej i współcześnie trudne do zrozumienia niedowierzanie, że zmiana menu mogłaby być kwestią istotną ze zdrowotnego (i nie tylko) punktu widzenia.

W szpitalach na wegetarian, a zwłaszcza wegan, wciąż patrzy się jak na dziwolągów. Niekiedy prowadzi to do groteskowej sytuacji, gdy osobom stosującym diety roślinne odejmuje się z talerza kawał mięsa i zostawia ziemniaki i surówkę. Korzystają więc oni (jeżeli jest to w ogóle możliwe) z posiłków domowych dostarczanych przez bliskich. Do dziś w Polsce nie ma żadnych oficjalnych rekomendacji dotyczących diet wegetariańskich. Najwyższy czas to zmienić.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną