Czego kryzys nie nauczył bankierów

Bez nauczki
Minęły dwa lata od upadku Lehman Brothers. Świat przeżył największy kryzys finansowy od Czarnego Wtorku 1929 r. Ale niewiele się nauczyliśmy.
W londyńskim City wróciły oszałamiające premie i wielkopański styl życia
Peet Simard/Corbis

W londyńskim City wróciły oszałamiające premie i wielkopański styl życia

Ceny domów w USA dalej spadają, a poziom ubóstwa jest najwyższy od 1994r
Toby Melville/Reuters/Forum

Ceny domów w USA dalej spadają, a poziom ubóstwa jest najwyższy od 1994r

Lehman Brothers wciąż działa. Do biur banku na Manhattanie codziennie przychodzą pracownicy, bank ma nawet prezesa, tyle że nie zajmuje się już pomnażaniem pieniędzy. Od dwóch lat w Lehmanie pracują prawnicy i księgowi od upadłości, próbując dojść, co bank posiada, a ile i komu jest winien. Analizują księgi rachunkowe, sprawdzają zasadność 65 tys. roszczeń, szukają ukrytego majątku, tak by wierzyciele dostali jak najwięcej. W tym tygodniu zlicytowali kolekcję dzieł sztuki z dyrektorskich pięter, prezesowskie skrzynki na cygara i logo banku z jego wieżowca w londyńskim City. Po dwóch latach rachunek za likwidację Lehmana przekroczył miliard dolarów – niewiele jak na 680 mld dol. aktywów, z którymi bank ogłosił upadłość i które trzeba zabezpieczyć, wycenić i spieniężyć. Zajmie to jeszcze kilka lat.

Bankructwo Lehman Brothers uruchomiło lawinę wydarzeń, które miały zmienić świat. Największy kryzys finansowy od Czarnego Wtorku, pierwsza globalna recesja od drugiej wojny światowej, największa akcja ratowania gospodarki – skala szoku skłaniała polityków, ekonomistów i filozofów do radykalnych deklaracji. Przepowiadano wielki powrót państwa do gospodarki, bezwzględną rozprawę z bankami, okiełznanie wolnego rynku, a nawet kres kapitalizmu i zastąpienie go lepszym ustrojem ekonomicznym. Dwa lata później te słowa brzmią jak zapowiedzi końca świata, który nie nadszedł. Rządy sprzedają swoje, świeżo nabyte, udziały w bankach, bankierzy znowu spekulują, gospodarka światowa rośnie, a kapitalizm dalej rządzi. Czyżby strach sprzed dwóch lat był przesadzony? A może nie zrozumieliśmy lekcji kryzysu? Był w ogóle jakiś kryzys?

Toksyny i lewary

Był i został poczęty prawie dekadę przed upadkiem Lehman Brothers. Po pęknięciu tzw. bańki internetowej w 2000 r. amerykański bank centralny pod wodzą Alana Greenspana drastycznie obniżył stopy procentowe, by złagodzić wpływ krachu giełdowego na realną gospodarkę. Posunięcie przyniosło efekt, ale nadmuchało kolejną bańkę. Niezwykle tani pieniądz zachęcił Amerykanów do zaciągania kredytów hipotecznych, a kapitał ewakuowany z firm internetowych trafił do sektora nieruchomości. Jak grzyby po deszczu na przedmieściach amerykańskich miast wyrosły osiedla identycznych domów, a banki ruszyły rozdawać kredyty. Gdy Ameryka szła na wojnę z terroryzmem, w kraju trwał niespotykany boom budowlano-kredytowy, napędzany polityczną obietnicą domu dla każdego. Ale jak każdy boom, musiał się kiedyś skończyć.

Około 2006 r. banki wyczerpały pulę klientów ze zdolnością kredytową, a ponieważ dobrą passę chciano za wszelką cenę podtrzymać, zaczęły szukać sposobów, jak wetknąć kredyt hipoteczny osobom o niskich dochodach. Z pomocą przyszły banki inwestycyjne z Wall Street. Inżynierowie finansowi wpadli na pomysł, by te ryzykowne kredyty przemieszać ze zwyczajnymi, a następnie sprzedać jako instrumenty pochodne inwestorom. W ciągu dwóch lat wyemitowano w ten sposób górę toksycznych aktywów, rozpylając przyszłe straty po całym świecie. Wśród czołowych graczy na tym rynku były same banki inwestycyjne, spekulujące na własny rachunek. Gdy zabrakło nabywców, bankierzy zaczęli handlować między sobą, a nawet w obrębie własnych banków, byle tylko nabić premie.

Jednocześnie banki z Wall Street podjęły inną niebezpieczną grę. Na fali euforii i wiary we własny geniusz bankierzy na potęgę rozmnażali pieniądze; na każdy dolar inwestowany z własnej kieszeni przypadało kilkanaście, często kilkadziesiąt, pożyczonych od innych banków. Lehman Brothers był w chwili upadku wylewarowany 30-krotnie – na 690 mld dol. aktywów przypadały zaledwie 22 mld dol. kapitału własnego. Nikt tego nie pilnował, bo banki inwestycyjne nie podlegały nadzorowi – m.in. dlatego mogły niezauważenie przesuwać ryzykowne zakłady poza bilanse albo do funduszy spekulacyjnych.

Recesja zamiast depresji

Zabawa skończyła się w 2007 r. Bankom hipotecznym zabrakło nawet biednych klientów, a wobec zaspokojenia popytu ceny domów zaczęły spadać. Wraz z nimi poszła w dół wartość rynkowa już kredytowanych domów, podnosząc ryzyko kredytowe, a tym samym wysokość rat. Jako pierwsze zaczęły się psuć oczywiście kredyty klientów o niskiej wiarygodności, w ślad za nimi topnieć wartość wyemitowanych na ich podstawie instrumentów pochodnych. Gdy smród złych kredytów dotarł na Wall Street, nikt nie był w stanie powiedzieć, który bank ma jak wielką dziurę w portfelu. Na rynku międzybankowym zapanowała nieufność, instytucje przestały sobie pożyczać w obawie, że nie zobaczą więcej swoich pieniędzy lub odkładając je na wypadek własnych kłopotów. Tak zaczął się kryzys finansowy.

Pierwszy nie padł wcale Lehman Brothers. Najpierw na krawędzi stanął najmniejszy z wielkiej piątki banków inwestycyjnych, Bear Stearns, potem – Merrill Lynch. Ale zanim zdążyły zbankrutować, przejęły je większe banki – pierwszego połknął JPMorgan Chase, drugiego Bank of America. Obie transakcje zaaranżował naprędce bank centralny USA (FED – Rezerwa Federalna), a pieniądze wyłożył departament skarbu, pożyczając wybawcom na niski procent. Ale na znacznie większego Lehmana zabrakło kupca, a sekretarz skarbu USA Henry Paulson, skądinąd były prezes Goldman Sachs, odmówił pomocy. Rząd nie miał takich pieniędzy, a FED uprawnień do przejmowania banków. 15 września 2008 r. 158-letni Lehman ogłosił bankructwo, największe w historii USA. Na rynkach finansowych wybuchła panika.

„Jeśli tego nie uchwalicie, w poniedziałek nie będziemy mieć gospodarki” – powiedział szef Rezerwy Federalnej Ben Bernanke, wzywając amerykańskich senatorów do przyjęcia pakietu ratowania banków, ochrzczonego później planem Paulsona. Pod rannymi gigantami z Wall Street rozpięto siatkę gwarancyjną na sumę 700 mld dol., rząd USA stał się udziałowcem, niekiedy wiodącym, wielu banków, obiecał też wykupienie toksycznych aktywów. Jednocześnie Rezerwa Federalna ścięła stopy procentowe i zaczęła pompować w system bankowy niespotykane ilości kapitału, by machina finansowa nie zatarła się z braku płynności. Podobną pomoc dla banków i całego systemu finansowego uruchomili też Europejczycy i Japończycy.

Inaczej niż przy bańce internetowej, tym razem kryzys błyskawicznie przeniósł się na realną gospodarkę. Zapaść Wall Street sparaliżowała wielkie korporacje, odcinając je od kapitału, nieufność na rynku międzybankowym wywołała globalną suszę kredytową. Niedobór kapitału zdusił handel światowy, a stąd był już tylko krok do globalnej recesji. Na Amerykę padł strach przed powtórką Wielkiej Depresji, więc do obrony realnej gospodarki wytoczono najcięższe działa. Barack Obama tuż po objęciu urzędu posłał do Kongresu pakiet inwestycji publicznych o wartości 814 mld dol., zasilając gospodarkę państwowymi zleceniami w miejsce prywatnych zamówień, które wyparowały wraz z kryzysem. Zastrzyk w serce przyniósł efekt: zamiast Wielkiej Depresji przyszła Wielka Recesja. A potem Wielka Amnezja.

Ożywienie bez pracy

Gospodarka światowa skurczyła się w 2009 r. o 0,6 proc., ale już latem ubiegłego roku zaczęła znowu rosnąć. Tempo ożywienia w USA – 5 proc. wzrostu PKB w ostatnim kwartale 2009 r. – ekonomiści uznali za dowód wytrzymałości amerykańskiej gospodarki, tymczasem świadczyło ono głównie o sile pakietu stymulacyjnego. A ta pomoc właśnie przestaje działać. Pod koniec sierpnia rząd USA skorygował wzrost w drugim kwartale z 2,4 proc. do 1,6 proc. PKB, a według części ekonomistów będzie dobrze, jeśli gospodarka amerykańska urośnie w tym roku o cały 1 proc. Złe wieści płyną z rynku nieruchomości – sprzedaż domów z drugiej ręki spadła w lipcu aż o 27 proc. Powód? W tym miesiącu wygasły ulgi podatkowe na zakup nieruchomości wprowadzone po kryzysie. A spadek popytu oznacza dalszy spadek wartości rynkowej domów, co przyniesie kolejne bankructwa hipoteczne.

Ale najdotkliwszą blizną po kryzysie jest bezrobocie. Recesja kosztowała Amerykę 8 mln miejsc pracy, a bezrobocie sięga dziś 9,6 proc., jest najwyższe od 1983 r. i nie spada. Pakiet wspierania koniunktury złagodził spadek zatrudnienia (bez niego bezrobocie sięgnęłoby 12 proc.), ale amerykańscy wyborcy spodziewali się, że go zatrzyma, a teraz winią Obamę za niską skuteczność tej kosztownej interwencji. Aby utrzymać obecną liczbę miejsc pracy, gospodarka USA powinna rosnąć w tempie co najmniej 2,4 proc. PKB rocznie, tymczasem hamuje. Dlatego Obama wnioskuje o kolejny zastrzyk fiskalny – 50 mld dol. na inwestycje w kolej, drogi i lotniska, by dać pracę bezrobotnym budowlańcom. Republikanie już określają jego politykę gospodarczą mianem porażki i szykują się do przejęcia Kongresu po listopadowych wyborach.

Nie lepiej jest w Unii. – Ożywienie w Europie jest przeceniane – ostrzega prof. Christian Dreger, szef wydziału koniunktury w niemieckim Instytucie Badań Gospodarczych. Unijna gospodarka urosła w drugim kwartale tylko o 1 proc., i to głównie za sprawą Niemiec, których lokomotywa eksportowa ciągnie dziś całą Europę. Republika Federalna odnotowała w drugim kwartale wzrost o 2,2 proc., ale w dalszej części roku tego wyczynu już nie powtórzy – to jednorazowy efekt osłabienia wspólnej waluty i odbicia po głębokim spadku PKB. Już w sierpniu niemiecki eksport zaczął słabnąć. Francja, druga gospodarka Europy, urosła tylko o 0,6 proc., a kraje południowe ledwo żyją po kryzysie walutowym. Również w Unii stoi zatrudnienie: średnia bezrobocia dla strefy euro utrzymuje się na poziomie 10 proc.

To wszystko przybliża obawy przed recesją o dwóch dnach, a nawet „straconą dekadą”. Termin ten odnosi się zwykle do Japonii, która po własnym kryzysie bankowym na początku lat 90. wpadła w długi okres stagnacji. Silnik gospodarczy się zaciął, inflację zastąpiła deflacja (spadek cen), a góra długów do dziś pozostaje niespłacona. Obawy przed powtórką japońskiego scenariusza są tym większe, że Europie i Ameryce skończyła się już amunicja do stymulowania koniunktury. Przy de facto zerowych stopach procentowych luzowanie polityki monetarnej ma niewielkie przełożenie na realną gospodarkę, hojną politykę budżetową wykluczają z kolei wysokie deficyty i długi publiczne po obu stronach Atlantyku. Politykom pozostaje więc tylko modlitwa o to, by gospodarka jednak ruszyła w górę, oddalając od Zachodu widmo „straconej dekady”.

Premie wiecznie żywe

W odróżnieniu od gospodarek, banki pozbierały się w mgnieniu oka. Gdy Ameryka w ubiegłym roku borykała się z recesją, Goldman Sachs zarobił 13,4, a JPMorgan Chase 11,7 mld dol. Goldman jako pierwszy zgłosił chęć zwrotu 10 mld dol. wziętych od państwa w kryzysie. Głównie po to, by pozbyć się wścibskiego udziałowca. Amerykański nadzór giełdowy wziął pod lupę kilka transakcji banku sprzed kryzysu, ale większość spraw zakończyła się ugodami na kilkaset milionów dolarów, dla Goldmana niewysoką ceną za spokój prawny i dobre imię. Na prostą wychodzą także Bank of America i Citigroup – w ten ostatni departament skarbu USA wpompował łącznie 45 mld dol. i ma dziś w nim 27 proc. udziałów, które w tym roku zamierza sprzedać. Samo Citi chce się podzielić na kilka mniejszych instytucji.

Na czym banki tak dobrze zarabiają? Oczywiście na kryzysie. Zniknięcie z Wall Street trzech graczy ograniczyło konkurencję i pozwoliło dwóm ocalałym podnieść prowizje za doradztwo inwestycyjne, często kilkakrotnie. Kryzys przyniósł też zmienność na wszystkich rynkach, a banki inwestycyjne są mistrzami w zarabianiu na wahaniach kursów walut, surowców, akcji i obligacji. Grecja na pewno dała zarobić. Drugim źródłem dochodów był tzw. carry trade, czyli pożyczanie na niski procent, by zainwestować z wyższym zyskiem. Banki korzystały tutaj z niemal zerowych stóp FED, a pieniądze ładowały w obligacje skarbu USA. Tylko niewielka część kapitału poszła na działalność bankową z pożytkiem dla realnej gospodarki, czyli na kredyty dla firm. Zamiast pożyczać, banki wolą bowiem siedzieć na kapitale, dławiąc w ten sposób kruche ożywienie.

Bankierzy z Wall Street dalej mają klawe życie. Mimo kryzysu średnie zarobki w Goldman Sachs wyniosły w ubiegłym roku 595 tys. dol., w JPMorgan Chase – 463 tys. dol. W wypłacie wielomilionowych premii nie przeszkodziło ani oburzenie Baracka Obamy, który nazwał je „obscenicznymi”, ani 50-proc. brytyjski podatek od premii, który zresztą już wygasł. Nie chodzi tylko o moralność pobierania wysokich wynagrodzeń po kryzysie wywołanym przez banki i w trakcie bolesnej recesji. Ten model wynagradzania premiuje podejmowanie nadmiernego ryzyka bez zważania na jakość sprzedawanych produktów finansowych i skutki zawieranych transakcji – a właśnie ten styl robienia interesów przez banki doprowadził do kryzysu. I wcale się nie zmienił.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną