Rynek

Bez nauczki

Czego kryzys nie nauczył bankierów

W londyńskim City wróciły oszałamiające premie i wielkopański styl życia W londyńskim City wróciły oszałamiające premie i wielkopański styl życia Peet Simard / Corbis
Minęły dwa lata od upadku Lehman Brothers. Świat przeżył największy kryzys finansowy od Czarnego Wtorku 1929 r. Ale niewiele się nauczyliśmy.
Ceny domów w USA dalej spadają, a poziom ubóstwa jest najwyższy od 1994rToby Melville/Reuters/Forum Ceny domów w USA dalej spadają, a poziom ubóstwa jest najwyższy od 1994r

Lehman Brothers wciąż działa. Do biur banku na Manhattanie codziennie przychodzą pracownicy, bank ma nawet prezesa, tyle że nie zajmuje się już pomnażaniem pieniędzy. Od dwóch lat w Lehmanie pracują prawnicy i księgowi od upadłości, próbując dojść, co bank posiada, a ile i komu jest winien. Analizują księgi rachunkowe, sprawdzają zasadność 65 tys. roszczeń, szukają ukrytego majątku, tak by wierzyciele dostali jak najwięcej. W tym tygodniu zlicytowali kolekcję dzieł sztuki z dyrektorskich pięter, prezesowskie skrzynki na cygara i logo banku z jego wieżowca w londyńskim City. Po dwóch latach rachunek za likwidację Lehmana przekroczył miliard dolarów – niewiele jak na 680 mld dol. aktywów, z którymi bank ogłosił upadłość i które trzeba zabezpieczyć, wycenić i spieniężyć. Zajmie to jeszcze kilka lat.

Bankructwo Lehman Brothers uruchomiło lawinę wydarzeń, które miały zmienić świat. Największy kryzys finansowy od Czarnego Wtorku, pierwsza globalna recesja od drugiej wojny światowej, największa akcja ratowania gospodarki – skala szoku skłaniała polityków, ekonomistów i filozofów do radykalnych deklaracji. Przepowiadano wielki powrót państwa do gospodarki, bezwzględną rozprawę z bankami, okiełznanie wolnego rynku, a nawet kres kapitalizmu i zastąpienie go lepszym ustrojem ekonomicznym. Dwa lata później te słowa brzmią jak zapowiedzi końca świata, który nie nadszedł. Rządy sprzedają swoje, świeżo nabyte, udziały w bankach, bankierzy znowu spekulują, gospodarka światowa rośnie, a kapitalizm dalej rządzi. Czyżby strach sprzed dwóch lat był przesadzony? A może nie zrozumieliśmy lekcji kryzysu? Był w ogóle jakiś kryzys?

Toksyny i lewary

Był i został poczęty prawie dekadę przed upadkiem Lehman Brothers. Po pęknięciu tzw. bańki internetowej w 2000 r. amerykański bank centralny pod wodzą Alana Greenspana drastycznie obniżył stopy procentowe, by złagodzić wpływ krachu giełdowego na realną gospodarkę. Posunięcie przyniosło efekt, ale nadmuchało kolejną bańkę. Niezwykle tani pieniądz zachęcił Amerykanów do zaciągania kredytów hipotecznych, a kapitał ewakuowany z firm internetowych trafił do sektora nieruchomości. Jak grzyby po deszczu na przedmieściach amerykańskich miast wyrosły osiedla identycznych domów, a banki ruszyły rozdawać kredyty. Gdy Ameryka szła na wojnę z terroryzmem, w kraju trwał niespotykany boom budowlano-kredytowy, napędzany polityczną obietnicą domu dla każdego. Ale jak każdy boom, musiał się kiedyś skończyć.

Około 2006 r. banki wyczerpały pulę klientów ze zdolnością kredytową, a ponieważ dobrą passę chciano za wszelką cenę podtrzymać, zaczęły szukać sposobów, jak wetknąć kredyt hipoteczny osobom o niskich dochodach. Z pomocą przyszły banki inwestycyjne z Wall Street. Inżynierowie finansowi wpadli na pomysł, by te ryzykowne kredyty przemieszać ze zwyczajnymi, a następnie sprzedać jako instrumenty pochodne inwestorom. W ciągu dwóch lat wyemitowano w ten sposób górę toksycznych aktywów, rozpylając przyszłe straty po całym świecie. Wśród czołowych graczy na tym rynku były same banki inwestycyjne, spekulujące na własny rachunek. Gdy zabrakło nabywców, bankierzy zaczęli handlować między sobą, a nawet w obrębie własnych banków, byle tylko nabić premie.

Jednocześnie banki z Wall Street podjęły inną niebezpieczną grę. Na fali euforii i wiary we własny geniusz bankierzy na potęgę rozmnażali pieniądze; na każdy dolar inwestowany z własnej kieszeni przypadało kilkanaście, często kilkadziesiąt, pożyczonych od innych banków. Lehman Brothers był w chwili upadku wylewarowany 30-krotnie – na 690 mld dol. aktywów przypadały zaledwie 22 mld dol. kapitału własnego. Nikt tego nie pilnował, bo banki inwestycyjne nie podlegały nadzorowi – m.in. dlatego mogły niezauważenie przesuwać ryzykowne zakłady poza bilanse albo do funduszy spekulacyjnych.

Recesja zamiast depresji

Zabawa skończyła się w 2007 r. Bankom hipotecznym zabrakło nawet biednych klientów, a wobec zaspokojenia popytu ceny domów zaczęły spadać. Wraz z nimi poszła w dół wartość rynkowa już kredytowanych domów, podnosząc ryzyko kredytowe, a tym samym wysokość rat. Jako pierwsze zaczęły się psuć oczywiście kredyty klientów o niskiej wiarygodności, w ślad za nimi topnieć wartość wyemitowanych na ich podstawie instrumentów pochodnych. Gdy smród złych kredytów dotarł na Wall Street, nikt nie był w stanie powiedzieć, który bank ma jak wielką dziurę w portfelu. Na rynku międzybankowym zapanowała nieufność, instytucje przestały sobie pożyczać w obawie, że nie zobaczą więcej swoich pieniędzy lub odkładając je na wypadek własnych kłopotów. Tak zaczął się kryzys finansowy.

Pierwszy nie padł wcale Lehman Brothers. Najpierw na krawędzi stanął najmniejszy z wielkiej piątki banków inwestycyjnych, Bear Stearns, potem – Merrill Lynch. Ale zanim zdążyły zbankrutować, przejęły je większe banki – pierwszego połknął JPMorgan Chase, drugiego Bank of America. Obie transakcje zaaranżował naprędce bank centralny USA (FED – Rezerwa Federalna), a pieniądze wyłożył departament skarbu, pożyczając wybawcom na niski procent. Ale na znacznie większego Lehmana zabrakło kupca, a sekretarz skarbu USA Henry Paulson, skądinąd były prezes Goldman Sachs, odmówił pomocy. Rząd nie miał takich pieniędzy, a FED uprawnień do przejmowania banków. 15 września 2008 r. 158-letni Lehman ogłosił bankructwo, największe w historii USA. Na rynkach finansowych wybuchła panika.

„Jeśli tego nie uchwalicie, w poniedziałek nie będziemy mieć gospodarki” – powiedział szef Rezerwy Federalnej Ben Bernanke, wzywając amerykańskich senatorów do przyjęcia pakietu ratowania banków, ochrzczonego później planem Paulsona. Pod rannymi gigantami z Wall Street rozpięto siatkę gwarancyjną na sumę 700 mld dol., rząd USA stał się udziałowcem, niekiedy wiodącym, wielu banków, obiecał też wykupienie toksycznych aktywów. Jednocześnie Rezerwa Federalna ścięła stopy procentowe i zaczęła pompować w system bankowy niespotykane ilości kapitału, by machina finansowa nie zatarła się z braku płynności. Podobną pomoc dla banków i całego systemu finansowego uruchomili też Europejczycy i Japończycy.

Inaczej niż przy bańce internetowej, tym razem kryzys błyskawicznie przeniósł się na realną gospodarkę. Zapaść Wall Street sparaliżowała wielkie korporacje, odcinając je od kapitału, nieufność na rynku międzybankowym wywołała globalną suszę kredytową. Niedobór kapitału zdusił handel światowy, a stąd był już tylko krok do globalnej recesji. Na Amerykę padł strach przed powtórką Wielkiej Depresji, więc do obrony realnej gospodarki wytoczono najcięższe działa. Barack Obama tuż po objęciu urzędu posłał do Kongresu pakiet inwestycji publicznych o wartości 814 mld dol., zasilając gospodarkę państwowymi zleceniami w miejsce prywatnych zamówień, które wyparowały wraz z kryzysem. Zastrzyk w serce przyniósł efekt: zamiast Wielkiej Depresji przyszła Wielka Recesja. A potem Wielka Amnezja.

Ożywienie bez pracy

Gospodarka światowa skurczyła się w 2009 r. o 0,6 proc., ale już latem ubiegłego roku zaczęła znowu rosnąć. Tempo ożywienia w USA – 5 proc. wzrostu PKB w ostatnim kwartale 2009 r. – ekonomiści uznali za dowód wytrzymałości amerykańskiej gospodarki, tymczasem świadczyło ono głównie o sile pakietu stymulacyjnego. A ta pomoc właśnie przestaje działać. Pod koniec sierpnia rząd USA skorygował wzrost w drugim kwartale z 2,4 proc. do 1,6 proc. PKB, a według części ekonomistów będzie dobrze, jeśli gospodarka amerykańska urośnie w tym roku o cały 1 proc. Złe wieści płyną z rynku nieruchomości – sprzedaż domów z drugiej ręki spadła w lipcu aż o 27 proc. Powód? W tym miesiącu wygasły ulgi podatkowe na zakup nieruchomości wprowadzone po kryzysie. A spadek popytu oznacza dalszy spadek wartości rynkowej domów, co przyniesie kolejne bankructwa hipoteczne.

Ale najdotkliwszą blizną po kryzysie jest bezrobocie. Recesja kosztowała Amerykę 8 mln miejsc pracy, a bezrobocie sięga dziś 9,6 proc., jest najwyższe od 1983 r. i nie spada. Pakiet wspierania koniunktury złagodził spadek zatrudnienia (bez niego bezrobocie sięgnęłoby 12 proc.), ale amerykańscy wyborcy spodziewali się, że go zatrzyma, a teraz winią Obamę za niską skuteczność tej kosztownej interwencji. Aby utrzymać obecną liczbę miejsc pracy, gospodarka USA powinna rosnąć w tempie co najmniej 2,4 proc. PKB rocznie, tymczasem hamuje. Dlatego Obama wnioskuje o kolejny zastrzyk fiskalny – 50 mld dol. na inwestycje w kolej, drogi i lotniska, by dać pracę bezrobotnym budowlańcom. Republikanie już określają jego politykę gospodarczą mianem porażki i szykują się do przejęcia Kongresu po listopadowych wyborach.

Nie lepiej jest w Unii. – Ożywienie w Europie jest przeceniane – ostrzega prof. Christian Dreger, szef wydziału koniunktury w niemieckim Instytucie Badań Gospodarczych. Unijna gospodarka urosła w drugim kwartale tylko o 1 proc., i to głównie za sprawą Niemiec, których lokomotywa eksportowa ciągnie dziś całą Europę. Republika Federalna odnotowała w drugim kwartale wzrost o 2,2 proc., ale w dalszej części roku tego wyczynu już nie powtórzy – to jednorazowy efekt osłabienia wspólnej waluty i odbicia po głębokim spadku PKB. Już w sierpniu niemiecki eksport zaczął słabnąć. Francja, druga gospodarka Europy, urosła tylko o 0,6 proc., a kraje południowe ledwo żyją po kryzysie walutowym. Również w Unii stoi zatrudnienie: średnia bezrobocia dla strefy euro utrzymuje się na poziomie 10 proc.

To wszystko przybliża obawy przed recesją o dwóch dnach, a nawet „straconą dekadą”. Termin ten odnosi się zwykle do Japonii, która po własnym kryzysie bankowym na początku lat 90. wpadła w długi okres stagnacji. Silnik gospodarczy się zaciął, inflację zastąpiła deflacja (spadek cen), a góra długów do dziś pozostaje niespłacona. Obawy przed powtórką japońskiego scenariusza są tym większe, że Europie i Ameryce skończyła się już amunicja do stymulowania koniunktury. Przy de facto zerowych stopach procentowych luzowanie polityki monetarnej ma niewielkie przełożenie na realną gospodarkę, hojną politykę budżetową wykluczają z kolei wysokie deficyty i długi publiczne po obu stronach Atlantyku. Politykom pozostaje więc tylko modlitwa o to, by gospodarka jednak ruszyła w górę, oddalając od Zachodu widmo „straconej dekady”.

Premie wiecznie żywe

W odróżnieniu od gospodarek, banki pozbierały się w mgnieniu oka. Gdy Ameryka w ubiegłym roku borykała się z recesją, Goldman Sachs zarobił 13,4, a JPMorgan Chase 11,7 mld dol. Goldman jako pierwszy zgłosił chęć zwrotu 10 mld dol. wziętych od państwa w kryzysie. Głównie po to, by pozbyć się wścibskiego udziałowca. Amerykański nadzór giełdowy wziął pod lupę kilka transakcji banku sprzed kryzysu, ale większość spraw zakończyła się ugodami na kilkaset milionów dolarów, dla Goldmana niewysoką ceną za spokój prawny i dobre imię. Na prostą wychodzą także Bank of America i Citigroup – w ten ostatni departament skarbu USA wpompował łącznie 45 mld dol. i ma dziś w nim 27 proc. udziałów, które w tym roku zamierza sprzedać. Samo Citi chce się podzielić na kilka mniejszych instytucji.

Na czym banki tak dobrze zarabiają? Oczywiście na kryzysie. Zniknięcie z Wall Street trzech graczy ograniczyło konkurencję i pozwoliło dwóm ocalałym podnieść prowizje za doradztwo inwestycyjne, często kilkakrotnie. Kryzys przyniósł też zmienność na wszystkich rynkach, a banki inwestycyjne są mistrzami w zarabianiu na wahaniach kursów walut, surowców, akcji i obligacji. Grecja na pewno dała zarobić. Drugim źródłem dochodów był tzw. carry trade, czyli pożyczanie na niski procent, by zainwestować z wyższym zyskiem. Banki korzystały tutaj z niemal zerowych stóp FED, a pieniądze ładowały w obligacje skarbu USA. Tylko niewielka część kapitału poszła na działalność bankową z pożytkiem dla realnej gospodarki, czyli na kredyty dla firm. Zamiast pożyczać, banki wolą bowiem siedzieć na kapitale, dławiąc w ten sposób kruche ożywienie.

Bankierzy z Wall Street dalej mają klawe życie. Mimo kryzysu średnie zarobki w Goldman Sachs wyniosły w ubiegłym roku 595 tys. dol., w JPMorgan Chase – 463 tys. dol. W wypłacie wielomilionowych premii nie przeszkodziło ani oburzenie Baracka Obamy, który nazwał je „obscenicznymi”, ani 50-proc. brytyjski podatek od premii, który zresztą już wygasł. Nie chodzi tylko o moralność pobierania wysokich wynagrodzeń po kryzysie wywołanym przez banki i w trakcie bolesnej recesji. Ten model wynagradzania premiuje podejmowanie nadmiernego ryzyka bez zważania na jakość sprzedawanych produktów finansowych i skutki zawieranych transakcji – a właśnie ten styl robienia interesów przez banki doprowadził do kryzysu. I wcale się nie zmienił.

 

Reformy na wodzie

Po upadku Lehmana wszyscy widzieli konieczność głębokiej reformy sektora bankowego, ale przez dwa lata niewiele z tego wynikło. Pomysł światowego nadzoru nad bankami i globalnego reżimu regulacyjnego uśmiercono na szczytach G20 w zamian za obietnice, że każdy kraj zrobi porządek u siebie.

Skutki tego podejścia widać najlepiej w USA, gdzie w lipcu uchwalono tzw. ustawę Dodda-Franka, reformującą sektor usług finansowych. Wprowadza ona szereg ważnych zmian: daje nadzorcom prawo przejmowania instytucji finansowych, zakazuje bankom handlowania papierami na własny rachunek, likwiduje obrót instrumentami pochodnymi poza rynkiem, ogranicza ilość kapitału, jaki banki mogą włożyć w fundusze spekulacyjne. Pomija jednak zasadnicze wyzwania: nie ogranicza wielkości banków ani stopnia ich wylewarowania.

Według specjalistów ustawa jest mglista. – Zamiast zapisać w niej nowe reguły dla banków, zrzucono to zadanie na nadzorców. A oni będą podlegać silnemu lobbingowi – mówi James Kwak, współautor wraz z Simonem Johnsonem książki „13 bankierów” o tym, jak Wall Street zawładnęła polityką gospodarczą Ameryki. Nade wszystko reforma nie rozwiązuje problemu instytucji z kategorii too big to fail, zbyt dużych, by pozwolić im upaść. Czołowe banki nie tylko się nie skurczyły, ale wskutek przejęć urosły jeszcze bardziej. Sześć największych kontroluje dziś 70 proc. rynku bankowego w USA i wydaje trzy czwarte kart kredytowych, a ich łączne aktywa sięgają 63 proc. PKB kraju. Według Johnsona i Kwaka państwo powinno te banki podzielić, bo upadek każdego z nich zagraża całej gospodarce, a tym samym obliguje rząd do ich ratowania. Na podział nie ma jednak zgody.

Na pozór najostrzej z bankami obeszła się Unia. 1 września Parlament Europejski uzgodnił z rządami powołanie trzech ogólnounijnych nadzorów: nad bankami, ubezpieczycielami i rynkami papierów wartościowych. Jeszcze w lipcu przyjął zasady opłacania bankierów, które odraczają wypłaty 40–60 proc. przyznanych premii o trzy do pięciu lat, by prezesi liczyli się z następstwami swoich działań. W stolicach już słychać głosy, że z powodu tych reguł europejskie banki przegrają wyścig z amerykańskimi i japońskimi. Unijne nadzory brzmią dumnie, ale pozbawiono je znaczących uprawnień – nie zastąpią krajowych, będą jedynie koordynować ich pracę. Rzeczywistym sukcesem jest tylko utworzenie Europejskiej Rady Ryzyka Systemowego, mającej tropić zagrożenia dla stabilności finansowej Unii.

Państwa w odwrocie

Rządy, które jeszcze rok temu rozdawały karty w gospodarce, dziś są w defensywie. W Europie wiarygodność państw jako menedżerów pogrzebał kryzys grecki – nie tylko machinacje samej Grecji, które uczyniły z niej państwową wersję Lehman Brothers, ale nade wszystko bezwład pozostałych państw strefy euro, które działać zaczęły dopiero wtedy, gdy kryzys zagroził całej unii walutowej. Zapłaciły za to zresztą wysoką cenę: atak na euro wymusił na nich oszczędności, a to ściąga na rządzących gniew wyborców, sfrustrowanych utrzymującym się bezrobociem.

Rządy są dziś łatwym łupem dla opozycji: lewicowym dostaje się za dławienie wzrostu, prawicowym za obciążanie kosztami kryzysu najuboższych, choć jedne i drugie robią to samo: tną wydatki i podnoszą podatki. Dług i deficyt ograniczył swobodę działania władz również w Stanach.

Jeśli nie państwa, to kto rządzi dziś gospodarką? Najkrótsza odpowiedź brzmi: rynki. Ale nie chodzi tu o potoczny eufemizm, za którym kryją się wielkie korporacje i potężni inwestorzy. Rynki to dzisiaj zbiorowy stan ducha uczestników życia gospodarczego: przede wszystkim konsumentów, dalej przedsiębiorców, na końcu inwestorów. Mniej więcej od roku, czyli odkąd trwa ożywienie, równie pilnie śledzi się wskaźniki PKB i odczyty bezrobocia, co wszelkiego rodzaju barometry nastrojów: w Stanach zapał konsumentów, w Niemczech optymizm eksporterów. Nawet politycy bardziej dowierzają dziś tym biometrom niż prognozom.

Skąd to skupienie na zmiennych emocjach zamiast na twardych danych? Bo mimo upływu dwóch lat w gospodarce wciąż utrzymuje się systemowa nieufność wywołana upadkiem Lehman Brothers i to ona warunkuje dziś percepcję wydarzeń. Dobre informacje, jak wzrost PKB w Niemczech, są przyjmowane podejrzliwie, złe wyolbrzymiane, jakby w niedowierzaniu, że ożywienie się utrzyma. Poza tym kryzys i bezprecedensowa reakcja rządów wytrąciły gospodarkę z naturalnego cyklu koniunkturalnego i nikt nie jest pewien, w jakiej fazie dziś się znajdujemy. Z obu tych przyczyn firmy nie zatrudniają, mimo że zarabiają, inwestorzy, choć zdążyli odrobić straty, trzymają się złota, a konsumenci wolą oszczędzać i spłacać wyższe raty kredytów, niż chodzić na zakupy. Polityka gospodarcza nie jest w stanie przezwyciężyć tego nastroju.

Ekonomiści bez teorii

Głębszym powodem tej niepewności jest zagubienie ekonomistów. Umiemy doskonale odtworzyć anatomię kryzysu, ale nie potrafimy opisać fizjologii dzisiejszej gospodarki. Na początku kryzysu ogłoszono koniec neoliberalizmu, triumfy święcili nowi keynesiści, Paul Krugman dostał nawet Nagrodę Nobla. Ale dziś nawet jego gwiazda nie świeci już tak jasno. Dorobek Johna Maynarda Keynesa pomógł zaplanować walkę z kryzysem i uniknąć błędów z czasów Wielkiej Depresji, ale nowi keynesiści nie mają nowych recept na przywrócenie wzrostu. Debata ekonomiczna jest dziś w dużej mierze jałowa – dotyczy tego, jak stymulować gospodarkę, a nie jaki kształt jej nadać, by rozwijała się dalej bez pomocy państwa.

Najpierw makroekonomia musiałaby jednak ogarnąć powiązania między sektorem finansów a realną gospodarką. Ekonomiści wiedzą, jak te dwa światy współdziałają ze sobą w normalnych warunkach, ale kryzys pokazał, że powiązań jest znacznie więcej, a mechanizmy transmisji i wzmacniania wstrząsów są silniejsze i bardziej złożone, niż wcześniej sądzono. Gospodarka cierpi dziś raczej na nadmiar niż niedobór informacji, a głęboka integracja i deregulacja uczyniły ją podatną na ryzyko systemowe. Na to nakłada się psychologia mas i niepohamowana innowacja finansowa.

Brakuje nam przywódcy, który twórczo rozwinąłby teorię ogólną Keynesa – mówi Mark Thoma, profesor ekonomii z Uniwersytetu Oregońskiego. Na nowe ramy teoretyczne przyjdzie nam jeszcze poczekać – „Historia monetarna Stanów Zjednoczonych” Miltona Friedmana i Anny Schwartz, książka, która wyjaśniła przyczyny Wielkiej Depresji, ukazała się 30 lat po jej wybuchu. Poza tym nauki z przeszłości nie zawsze dają dobre rezultaty w przyszłości – Friedman zapoczątkował szkołę myślenia, która sprowadziła na świat ostatni kryzys.

Jednym z problemów ekonomii, jak zauważył publicysta „Financial Times” Gideon Rachman, jest usilne poszukiwanie teorii, która wyjaśniałaby wszystko i pozwalałaby jeszcze przewidywać przyszłość. Gospodarka może nie być wystarczająco spójna, z pewnością nie działa tak racjonalnie, a przede wszystkim zbyt szybko się zmienia, by zamknąć ją w ramach jakiegokolwiek paradygmatu.

Tak jak realną gospodarkę czeka raczej długa rekonwalescencja niż cudowne ozdrowienie, tak też ekonomiści i politycy powinni przygotować się na lata poszukiwań i eksperymentów, zamiast wypatrywać genialnej teorii czy gotowego zestawu narzędzi naprawczych. Niebezpieczeństwo tej sytuacji polega na tym, że im dalej od kryzysu, tym łatwiej o nim zapominamy i szybciej wracamy do starych nawyków. Dlatego politycy zarzucili poważną reformę sektora finansowego, banki wróciły do spekulacji, a gospodarki wyczekują kolejnej bańki.

„Unikając prawdziwej katastrofy, uniknęliśmy też konfrontacji z porażkami własnego myślenia” – mówił Krugman w niedawnym wykładzie. Powinniśmy dziś myśleć zupełnie inaczej niż przed kryzysem, ale po co myśleć inaczej, skoro można udawać, że nic się nie stało? Może następny kryzys czegoś nas nauczy.

Polityka 39.2010 (2775) z dnia 25.09.2010; Raport; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Bez nauczki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną