Rynek

Kłopotliwe publiczne hulajnogi elektryczne

Kłopotliwe publiczne hulajnogi elektryczne

E-hulajnoga i aplikacja Lime E-hulajnoga i aplikacja Lime Lime / mat. pr.
Problemy z zarządzaniem dzielonymi hulajnogami na warszawskich ulicach to przedsmak problemów z nowymi środkami transportu.

Elektryczne hulajnogi od jesieni zeszłego roku stają się coraz popularniejsze w polskich miastach. W samej Warszawie firma Lime, wspierana przez Google i Ubera, ma już ok. 60 tys. użytkowników. Na rynku pojawił się niedawno konkurent – , wspierany z kolei przez MyTaxi.

E-hulajnogi to najnowsze wcielenie transportowej gospodarki dzielonej, działają tak samo jak rowery miejskie czy również zyskujące na popularności skutery elektryczne. Firma stawia hulajnogi w mieście, użytkownik instaluje aplikację, dodaje dane karty płatniczej, a potem po prostu jeździ, wynajmując sprzęt kilkoma kliknięciami.

Tylko w przeciwieństwie do rowerów czy skuterów e-hulajnogi zupełnie wymykają się przepisom. Nie wiadomo, którędy nimi jeździć, żeby było bezpiecznie, a do tego wygodna możliwość zostawienia ich w dowolnym miejscu prowadzi – co w zasadzie było do przewidzenia – do tego, że hulajnogi poniewierają się wszędzie.

E-hulajnogi: bez stacji, bez porządku

System wynajmu e-hulajnóg Lime różni się od wynajmu rowerów miejskich przede wszystkim tym, że nie ma w nim stacji. Hulajnogę można zaparkować wszędzie, gdzie jest to legalnie możliwe, musi być to w miejscu publicznym i powszechnie dostępnym. Podobnie jest z elektrycznymi skuterami na wynajem. W obydwu przypadkach kodeks drogowy nie zabrania parkowania poza wyznaczonymi miejscami parkingowymi.

Na świecie istnieją też sieci wynajmu rowerów miejskich bez stacji dokowania – jednoślad można wtedy zostawić gdziekolwiek, gdzie jest to legalne w obrębie wyznaczonej strefy. Chyba każdy, kto korzysta z rowerów miejskich, pedałował kiedyś spóźniony na spotkanie w nieznane sobie miejsce, licząc, że zostawi rower przed drzwiami kawiarni lub biurowca, a okazywało się, że stacja jest akurat po drugiej stronie ruchliwego skrzyżowania. Dla użytkowników przewaga jest więc oczywista, a rozwiązanie „dockless” jest bardzo wygodne.

Zbyt dosłowne „gdziekolwiek”

Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. O ile w przypadku skuterów system jako tako się sprawdza i są one zostawiane zwykle we względnie rozsądnych miejscach, o tyle w przypadku e-hulajnóg – małych, lekkich, łatwych do przeniesienia – użytkownicy bardzo dosłownie rozumieją „gdziekolwiek”. Jednoślady są zostawiane na ścieżkach rowerowych, chodnikach, oparte o bramy. To utrudnia życie wszystkim innym w mieście – piesi mogą łatwo potknąć się o hulajnogę (nie tylko wtedy, gdy zamiast pod nogi patrzą w ekran telefonu, ale też np. wieczorem), rowerzyści muszą wykonywać niebezpieczne manewry. Hulajnogi stanowią też poważną przeszkodę, a nawet zagrożenie dla osób niewidomych, niedowidzących czy poruszających się na wózkach.

Czytaj także: Rowery elektryczne dla każdego

Areszt hulajnóg czy nowe prawo?

W lutym warszawski ZTM zaczął usuwać z ulic porzucone hulajnogi. Ponad 200 jednośladów z około tysiąca trafiło do magazynów, a firma mogła je odebrać dopiero po opłaceniu kary administracyjnej.

Lime twierdzi, że stara się monitorować hulajnogi. Firma zbiera je co wieczór i ładuje, rano rozstawiając zgodnie z przepisami. Ale potem w ciągu dnia ma ograniczone możliwości reagowania, gdy użytkownicy parkują jednoślady, gdzie popadnie. W mieście GPS może zresztą nie być na tyle dokładny, by pokazać, czy hulajnoga stoi bezpiecznie pod płotem, czy na środku wytyczonej obok ścieżki rowerowej.

Problem nie jest nowy ani ograniczony do Polski. Nawet w Singapurze – kraju, który ma obsesję na punkcie porządku i czystości – wysyp kilku konkurencyjnych prywatnych firm oferujących wynajem rowerów bez stacji bazowych doprowadził do chaosu. Rowery poniewierały się wszędzie, co jakiś czas nawet znajdowały się na pasach zieleni między jezdniami autostrad. Rząd musiał wprowadzić prawo zawierające wymogi dla operatorów związane z czasem usuwania nielegalnie zaparkowanych rowerów, uzależniając od tego ich licencję. Sami operatorzy zaczęli stosować „geofencing”, czyli technologię, która de facto wprowadza wirtualne stacje bazowe – rower można zostawić w dowolnym miejscu w obrębie wyznaczonego pola.

Czytaj także: Narodowe e-auta

Którędy jeździć e-hulajnogą

Nie wiadomo, jak rozwiązać problem z parkowaniem hulajnóg wbrew przepisom. Zapewne nie obędzie się bez przynajmniej częściowego ograniczenia swobody użytkowników i np. wprowadzenia ograniczonych geofencingiem stref parkowania. To wymaga współpracy operatorów i miasta.

Ale z e-hulajnogami jest też problem w trakcie jazdy, bo prawo i regulamin firmy to paragraf 22. Lime mówi użytkownikom, że nie wolno im jeździć po chodnikach, co ma sens – e-hulajnoga rozpędza się do 25 km/godz., czyli dorównuje rowerom miejskim. Z drugiej strony polskie prawo nie zezwala na jazdę hulajnogami po ścieżkach rowerowych. Teoretycznie nie ma zakazu poruszania się nimi po jezdni, ale to niebezpieczne dla użytkowników. Zostaje więc chodnik, po którym można jeździć zgodnie z prawem, ale niezgodnie z regulaminem firmy.

Czytaj także: E-auto dla mas? Zapowiedzi Tesli to wciąż tylko i aż obietnica

Ministerstwo infrastruktury planuje na przyszły rok nowelizację prawa, która zezwoli na poruszanie się e-hulajnogami i innymi obecnie nieuregulowanymi urządzeniami elektrycznymi o prędkości do 25 km/godz. po ścieżkach rowerowych.

Elektromobilność po polsku

Ale obecne zamieszanie i wolne tempo działania prawodawców to przedsmak problemów, które w kolejnych latach mogą narastać. Skoro prawo i procedury zarządzania przestrzenią miejską nie nadążają za zelektryfikowaną wersją starego środka transportu, to trudno sobie nawet wyobrazić chaos po wprowadzeniu np. elektrycznych taksówek powietrznych.

Warszawscy urzędnicy podkreślają, że wspierają rozwój wszystkich środków transportów, które zmniejszają liczbę samochodów w mieście, ale muszą one być wykorzystywane bezpiecznie i z poszanowaniem dla wszystkich uczestników ruchu. A pod tym względem, poza koniecznymi zmianami prawa, dużo zależy też od rozsądku samych użytkowników.

Czytaj także: Szwedzi jako pierwsi naładują samochody elektryczne z szyny w jezdni

Hulajnogą wokół pomników. Można?

Tymczasem fani akrobacji i miejskich przejażdżek na hulajnogach, deskorolkach i rolkach w sobotę 30 marca protestowali w Warszawie w odpowiedzi na wydarzenie sprzed kilku dni. Funkcjonariusze policji wylegitymowali i pouczyli wówczas 14- i 15-latka, którzy jeździli na hulajnogach na pl. Piłsudskiego i próbowali sztuczek akrobatycznych przy pomniku upamiętniającym ofiary katastrofy smoleńskiej. Jak wyjaśniała „Gazecie Wyborczej” stołeczna policja, „doszło do styku hulajnóg z pomnikiem smoleńskim”.

Interwencja wywołała burzę w internecie. Udział w wydarzeniu „Hulajnogą wokół pomnika Lecha Kaczyńskiego” zadeklarowało ponad tysiąc osób wyrażających oburzenie traktowaniem pomników nie jako elementu infrastruktury, ale niedostępnej dla mieszkańców „świętości”. Ostatecznie w sobotnim happeningu wzięło udział kilkanaście osób na hulajnogach elektrycznych i zwykłych, deskorolkach i rolkach. Jeździł także były prezydent Warszawy Jacek Wojciechowski.

Reklama

Czytaj także

Rynek

Włoski strajk na polskich drogach

Włoskie firmy drogowe ogłosiły, że rozpoczętych w Polsce budów mogą nie skończyć, jeśli nie dostaną dodatkowych pieniędzy. W wyborczym roku będzie więc mniej przecinanych przez polityków wstęg, a więcej awantur. Jak do tego doszło?

Adam Grzeszak
21.05.2019
Reklama