Ceny ropy. Trump gra w cykora. Świat wstrzymał oddech, na razie wygrywa Iran
Trump gra w cykora. Świat wstrzymał oddech, na razie wygrywa Iran
W wojnie amerykańsko-irańskiej, którą – jak wiadomo – Donald Trump już wygrał, o czym sam siebie co chwila przekonuje, Iran narzucił amerykańskiemu prezydentowi grę w cykora. Kto widział „Buntownika bez powodu” z Jamesem Deanem, wie, o co chodzi: dwóch rywali za kierownicami pędzących samochodów zmierza ku śmiertelnej katastrofie (w filmie ku morskiemu klifowi). Kto pierwszy skręci, ratując życie, jest cykorem, przegrał rywalizację.
Podobnie jest dziś na wojnie w Zatoce Perskiej. Iran uznał ostrzeżenie Trumpa, że zmiecie z powierzchni ziemi infrastrukturę energetyczną Teheranu, jeśli ten nie odblokuje cieśniny Ormuz, za zaproszenie do gry w cykora. Odpowiedział, że w tej sytuacji zbombarduje infrastrukturę energetyczną Izraela i amerykańskich sojuszników z Zatoki Perskiej – Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru, a nawet Jordanii. A to oznaczałoby kompletną katastrofę dla całego Bliskiego Wschodu, a przy okazji i reszty świata. Rywale ruszyli na siebie, świat wstrzymał oddech. I wygląda na to, że tę grę wygrywa Iran. Trump ogłosił niespodziewanie, że zawiesza atak na infrastrukturę energetyczną Iranu, bo trwają owocne negocjacje amerykańsko-irańskie, choć Iran cieśniny nie odblokował i deklaruje, że nie odblokuje. Przekonuje też, że żadnych negocjacji nie prowadzi i nie zamierza.
Trump Always Chickens Out
W Ameryce uznano, że to kolejny przypadek TACO (Trump Always Chickens Out), czyli reguły, zgodnie z którą amerykański prezydent najpierw grozi, straszy, podejmuje jakieś działania, by dowieść swych zamiarów, a potem tchórzy (chicken to idiom z gry w cykora). W pierwszej kadencji Trumpa amerykańska giełda stworzyła też pojęcie „Trump put”, wedle której, jeśli coś może zahamować destrukcyjne działania prezydenta, to strach przed spadkami na giełdzie. Dlatego i tym razem giełda z nadzieją zareagowała na deklaracje o prowadzonych rozmowach i wstrzymaniu ataku na elektrownie Teheranu, uznając to za Trump put. Cena baryłki ropy spadła poniżej 100 dol. Co nie zmienia faktu, że za chwilę Trump może oświadczyć, że niczego nie wstrzymywał i atak się odbędzie.
Bo tak naprawdę świat znalazł się wyjątkowo blisko energetycznego klifu. Jeden nieostrożny ruch i wszyscy spadniemy w przepaść. Szef Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) Fatih Birol ostrzegł, że świat stoi w obliczu kryzysu energetycznego gorszego niż dwa kryzysy naftowe z 1973 i 1979 r. i skutki wojny na Ukrainie razem wzięte. Zamknięcie cieśniny Ormuz i ataki na obiekty energetyczne doprowadziły do zmniejszenia światowych zapasów ropy naftowej o ok. 11 mln baryłek dziennie, co stanowi ponad dwukrotność łącznych niedoborów w czasie kryzysów lat 70. Dostawy skroplonego gazu ziemnego (LNG) zmniejszyły się o ok. 140 mld m sześc., w porównaniu z niedoborem wynoszącym 75 mld sześc. po inwazji Rosji na Ukrainę. W konflikcie poważnie uszkodzonych zostało co najmniej 40 obiektów energetycznych w dziewięciu krajach. IEA konsultuje się z różnymi krajami na temat uwolnienia większych strategicznych rezerw ropy naftowej, ale to metody na przeczekanie. Jedynym wyjściem z kryzysu jest odblokowanie cieśniny, przez którą przed wojną przepływało ok. jednej piątej światowych zapasów ropy naftowej i LNG.
Nadzieja w amerykańskich kierowcach?
Nadzieje świata związane są dziś z nastrojami kierowców amerykańskich, dla których cena benzyny ma znaczenie kluczowe. Tymczasem w ciągu tego miesiąca koszty tankowania w USA wzrosły o ponad 30 proc., a to nie nastraja ich do prezydenta Trumpa pozytywnie. Może to go otrzeźwi, bo wizja przegranych wyborów połówkowych w listopadzie jest coraz bliższa. Okazało się, że choć USA są największym producentem ropy, to nie są izolowane od rynków światowych. Mr. Smith który wziął już na siebie dużą część trumpowskich ceł, teraz dodatkowo musi pokrywać koszty wojny, którą postanowił prowadzić jego prezydent.
Podobnie jak pan Kowalski, tankujący na polskich stacjach. Za benzynę coraz częściej płaci ponad 7 zł za litr, a za olej napędowy ponad 8 zł. Szczęśliwie Orlen deklaruje, że ma z czego produkować, bo nie kupujemy ropy z Zatoki Perskiej. Kierowcy wietrzą jednak jakiś spisek, bo zmiany cen paliw nie są symetryczne ze zmianami cen ropy. Tymczasem wytłumaczenie jest dość proste: ropa jest surowcem, z którego powstaje wiele produktów petrochemicznych, nie tylko benzyna i olej napędowy. Każdy produkt rządzi się własnymi prawami podaży i popytu, a na paliwa popyt jest największy. Co gorsza, choć mamy narodowego championa naftowego, czyli Orlen, to sporą część paliw silnikowych musimy importować, i to ceny importowe mają wpływ na to, co widzimy na pylonach przed stacjami. Zwłaszcza dotyczy to oleju napędowego, czyli paliwa, z którego głównie korzysta transport i gospodarka, a tego od zawsze w Europie brakowało.
Na razie wygrani są właściciele elektryków, ale tylko chwilowo, bo jeśli wojna Trumpa jeszcze potrwa, także ceny energii elektrycznej pójdą ostro w górę za sprawą rosnących cen gazu LNG. Uczmy się więc oszczędzać energię, bo nie wiadomo, czy w kolejnej rozgrywce gry w cykora, jak w „Buntowniku bez powodu”, Trump nie zaplącze się i nie poleci w przepaść. A my razem z nim.