Społeczeństwo

Zdradzeni przez system

Młodzi, wkurzeni, zadłużeni

W latach 2004–08 peany na rzecz franka wisiały w każdej witrynie. W latach 2004–08 peany na rzecz franka wisiały w każdej witrynie. Corbis
Klasa średnia – kredytowa. Z ciążeniem w kierunku niewolniczej. Mieli wypłynąć na szerokie wody, a wylądowali na rozfalowanym morzu pełnym raf.
Są zmęczeni, wyeksploatowani, stres i niedoleczone grypy (strach wziąć zwolnienie) zżarł odporność i zdrowie.Ginasanders/PantherMedia Są zmęczeni, wyeksploatowani, stres i niedoleczone grypy (strach wziąć zwolnienie) zżarł odporność i zdrowie.
Frank okazał się problemem ogólnoeuropejskim.Andriy Popov/PantherMedia Frank okazał się problemem ogólnoeuropejskim.

Artykuł w wersji audio

Na aktualnej mapie podziałów społecznych kredytowi lokują się pomiędzy klasą posiadaczy (nie potrzebują kredytów) i pariasów (i tak ich nie dostaną). To trybiki, które służą do budowy gospodarki i państwa.

Ten główny kredyt, który mają, jest hipoteczny. Czyli na zakup mieszkania. Spłacanie mają w perspektywie nawet do siedemdziesiątki – kredyty brali na 30–40 lat, żeby raty były jak najniższe. Tak żyje w Polsce ponad 1,8 mln osób z rodzinami – czyli mniej więcej połowa roczników 1970–80.

Kredytowi to pracownicy najemni: specjaliści w branżach przeróżnych. Z pensją przeciętnie około 5 tys. na rękę – ale to wedle bankowych papierów; to, że im się np. pogorszyło, jest najbardziej strzeżoną przed bankiem tajemnicą. Mają dzieci – więcej niż średnia dla ich grupy wiekowej. Dużo pracują i mało się buntują (dane: POLITYKA INSIGHT).

Około jednej czwartej z tej grupy zadłużyła się we frankach szwajcarskich (550 tys. kredytów, 800 tys. osób podpisanych pod umowami, plus rodziny). Kredyt miał być na mieszkanie, tylko 5 na 100 w nim nie mieszka (dane KNF). Spłacać mieli w coraz bardziej stabilnym i pewnym świecie, który już tylko będzie się rozwijał. Cała Europa tak żyje – mówili bankowi analitycy, koledzy z tej samej grupy społecznej. W Skandynawii 70 proc. ma kredyt hipoteczny, we Francji i Niemczech – co trzeci. W Polsce wciąż ledwie co dziesiąty.

Zmotywowani

Pokolenie ich rodziców rozbroiło komunizm, oni mieli budować gospodarkę rynkową. Własną pracą. Politycy, wtedy jeszcze kojarzący się z inteligencją, powtarzali, że kapitał w państwie bez dziedziczonych pieniędzy to właśnie miliony młodych i pracowitych.

Zaczynali jako słoiki (jeszcze nie było tego słowa). Przyjezdni w dużych miastach – głównie w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu i Poznaniu. Robili darmowe studia, ale na bonusy transformacji już się nie załapali. Na niczym się nie uwłaszczyli, nie zrobili takich karier jak trochę starsi koledzy. Nawet nie wykupili mieszkań za złotówkę – jak ci, co dostali przydziały w PRL. Nie przyszło im jednak do głowy negować systemu – mieli go budować.

Porodziły im się dzieci. Tylko co dziesiąte mogło znaleźć miejsce w państwowych placówkach – to pozakładali prywatne. W latach 2000–10 powstały w całej Polsce tysiące takich instytucji. Szemrając nieznacznie, płacili za te dzieci wolnorynkowe czesne – średnio po 1 tys. zł miesięcznie. Kulała służba zdrowia – też zdali się na rynek. Powstało prawie 20 tys. prywatnych placówek, którym średniaki napędziły koniunkturę, płacąc za wizyty. Marta Sapała w książce „Mniej”, dokładnym zapisie roku z życia kilkunastu rodzin starających się ograniczyć zakupy do minimum, pisze, że żadnej nie udało się poradzić sobie bez odpłatnej medycyny.

Mieszkań państwo też im zapewnić nie mogło. Wręcz czuli się wyróżnieni, słysząc, że mają „zdolność kredytową”, bo to znaczyło, że im się udało.

Tak jak prywatne przedszkola i służba zdrowia – tak powstały tysiące oddziałów i oddzialików firm doradztwa inwestycyjnego i banków. W latach 2004–08 peany na rzecz franka wisiały w każdej witrynie. Ta dziwna, trochę odrealniona waluta, w której nie było aż tak strach się zadłużać, zachwalana była jako najstabilniejsza na świecie. W 20 lat tylko 20 proc. ruchu kursowego. Oświadczenia o świadomości ryzyka kursowego podpisywali, jak palacze akceptują te o raku na paczce papierosów. W tle premier Kazimierz Marcinkiewicz rugał duże banki, żeby nie ograniczały Polakom możliwości zaciągania kredytów we frankach, bo przecież w ten sposób w ogóle odetną ludzi od mieszkań. Oraz że małe banki też muszą zarobić, bo to napędza koniunkturę. W małych bankach kilkadziesiąt tysięcy trybików też robiło kariery i musiało wykazać się skutecznością w produkowaniu zysku.

Teraz piszą o nich, że kupili za duże i za drogie. Jednak średnio kredytu wystarczało im na 30–45 m kw. w dużym mieście. Mówią im, że cwaniaczyli. Być może to cwaniactwo – obliczyć, że za luksus pożyczenia od banku we frankach za każde 100 tys. zł można oddać „zaledwie” 65–70 tys. zł dodatkowo, a nie jeszcze więcej, jak w złotych. W dodatku im dłużej zwlekali, tym kupowali drożej, bo rozbujane kredyty ciągnęły w górę ceny mieszkań. W Warszawie, gdzie kredytów hipotecznych jest najwięcej – nim banki finalnie w 2010 r. przestały ich udzielać – w ciągu sześciu lat wzrosły trzykrotnie.

Odpowiedzialni

Połowa zadłużonych we frankach mieszka z dwójką, co trzecia rodzina z jednym dzieckiem (POLITYKA INSIGHT). Choć też – nie mają tych dzieci tak wiele. Jedna trzecia kobiet z tej grupy wiekowej w ogóle nie urodziła dziecka. Z wielu badań wynika, że zapracowane panny z klasy aspirującej nie związały się odpowiednio trwale z długo pracującymi kawalerami, w weekendy zapijającymi się do nieprzytomności, względnie jadącymi na kokainie – by zdążyć odreagować kariery. Spłodzili też mniej, niż chcieli. Połowa kobiet z tej grupy, które zostały matkami, deklaruje, że chciałyby choć jedno więcej, ale bały się, że nie dadzą rady. I to też jest koszt kredytów branych w tym pokoleniu.

A polski kapitalizm się rozkręcał. Jeszcze nim wybuchł międzynarodowy kryzys finansowy, korporacje zaczęły przysyłać restrukturyzatorów, którzy obliczali, że potencjalne Zyski pożerane są przez Koszta Osobowe. Trzeba było ciąć – po ludziach. Po kryzysie zrobiło się jeszcze chybotliwiej. Jeszcze mocniej trzeba było walczyć o utrzymanie pracy. Leciały branże: farmaceutyczna, budowlana. W bankowej – rzeź. To te odsyłane teraz w niebyt trybiki, które wmydlały innym trybikom kredyty na potęgę. W tym nowym kapitalizmie w wariancie polskim zysk robiło się poprzez ilość, przemiał. W mediach, też porżniętych przez kryzys, zaroiło się od opisów świństw i niegodziwości, także w autodonosach. Pisali zdesperowani – że zabrnęli.

A poza tym: te dzieci, które się nie urodziły, nie zasiliły prywatnych uczelni – a więc te pomniejsze zaczęto restrukturyzować, likwidować, kosztem zatrudnionych tam pracowników. Uwolnienie zawodów prawniczych z dnia na dzień pozbawiło adwokatów i radców statusu bezpiecznego zawodu. Choć formalnie Polska pozostała wciąż zieloną wyspą, dla pokolenia hipotecznych średniaków była raczej szalupą na rozhuśtanym morzu.

Tymczasem pod koniec pierwszej dekady lat 2000. stało się już jasne, że to pokolenie obejdzie się również bez emerytur. I nie tylko dlatego, że działała kreatywna księgowość, czyli odprowadzanie składek jedynie od ułamka dochodów; że umowy śmieciowe, że uelastyczniające gospodarkę samozatrudnienie itd. – po prostu problem jest strukturalny, tak się układają proporcje demograficzne. Ci, co wyszli spod noża, wciąż mieli jednak atut, przynajmniej w swoim mniemaniu. Ową aktywną zdolność kredytową. Odwiedzani po domach przez tak zwanych brokerów z logo szacownych instytucji finansowych na wizytówkach – brnęli jeszcze dalej. Na przykład brali pożyczki, by zainwestować na giełdzie, lub kupowali za kredyty kawalerki na wynajem, wedle filozofii, że kredyty spłacą im wynajmujący, a po 30 latach będzie emerytura jak znalazł. Imali się przeróżnych Amber Goldów, poliso-lokat. Wszystkich tych oszustw, które wymyślał dla nich rynek.

Zajechani

Tymczasem frank okazał się problemem ogólnoeuropejskim. Jego cena z 2 zł wzrosła do ponad 3 zł, a na Węgrzech prawicowy premier przewalutował kredyty ustawowo. W Polsce na forach gotowało się od apeli frankowiczów, by im tego nie robić. Nominalne zadłużenie, po latach spłacania, wzrosłoby im o jedną trzecią – już nieodwracalnie, a do tego doszłoby wyższe oprocentowanie.

Państwo nie zamierzało się wtrącać. Spłacalność w Polsce, przekonywali w mediach finansiści z szacownych instytucji jak KNF czy ZBP, pozostała wzorowa. Ingerowanie uderzyłoby w wiarygodność rynkową państwa polskiego. Inwestorzy straciliby pewność, że o ile poruszać będą się w granicach prawa – mogą robić zyski, jakie tylko chcą. I kapitał odpłynąłby z Polski.

Ale po cichu, bez owacji, ruszyły pierwsze podtopienia. Pani A., właścicielka mieszkania kupionego za 300 tys. zł, lecz we frankach, za które rata kredytu wynosiła w 2013 r. już 2,5 tys. zamiast początkowych 1,5 tys., postanowiła ratunkowo przeprowadzić się do mniejszego. Z etatu w dużej korporacji sama odeszła – żeby nie stracić resztek szacunku do siebie. Jej praca, mówi, polegała na wciskaniu ludziom niepotrzebnych im rzeczy.

Od myśli o sprzedaży mieszkania odwiodła ją aktualna suma zadłużenia, równa już prawie wartości mieszkania, i taki drobiazg jak podatek. Państwa nie interesuje, że wszystko wziąłby bank – zgodnie z prawem 20 proc. od sumy sprzedaży trzeba fiskusowi zapłacić. Lecz gdy to swoje mieszkanie wynajęła, zrobiło się jeszcze goręcej. Najemcy nie płacili – a kredyt spłacać musiała, pod groźbą kompletnego, nieodwracalnego bankructwa. Prawnik był konkretny: powinna była najpierw zapoznać się z prawem, nim podpisała roczną umowę wynajmu. Bo prawo polskie chroni najmującego. Dopiero gdy będzie on zalegać z trzecim czynszem, właścicielka może pójść do sądu i poprosić o nakaz jego eksmisji. I lepiej niech nie próbuje wchodzić do własnego mieszkania – to byłoby włamanie. Dogadała się w końcu z wynajmującymi – też mieli problemy finansowe. Jedynie zdrowie jej się posypało. Bez możliwości wzięcia chorobowego.

Wystraszeni

Lecz 15 stycznia 2014 r., w czarny czwartek, w szpitalu psychiatrycznym na oddziale dziennym (na którym aktualnie pracuje, mając z tej pracy satysfakcję) A. poczuła, że powinna była znaleźć się raczej po stronie leczonych, a nie leczących. Było tak: wszedł kolega z innego piętra na ich oddział i powiedział: frank jest po pięć. Zbladła.

Wśród 20 pacjentów głównie kredytobiorcy. Głównie frankowi. Typowy model reakcji na stres – lękowy. Choć to i tak szczęściarze mający etat, a więc i ubezpieczenie, i mogący pójść na kilkumiesięczne zwolnienie płatne (choć raczej bez możliwości powrotu). Jak ona – łatali dodatkowymi zleceniami, pracując po 10 godzin na dobę. W domach ćwiczyli typowe scenariusze: ona pytała jego, dlaczego był tak głupi, że ich takim kredytem uwiązał? Nie rozmawiali ze sobą tygodniami. On miał już kogoś innego, ale nie może się rozwieść, bo kredyt mają wspólny. Ona wchodziła do mieszkania kupionego na kredyt i czuła, że zaczyna się dusić – to, co miało być jej osiągnięciem życiowym, coś jak trzecim dzieckiem, coś o co zadbała w każdym detalu i co miała zostawić w spadku własnym dzieciom, okazało się klatką. Niezbywalną. Cyrografem na zarabianie. (Z analiz m.in. POLITYKI INSIGHT wynika, że tylko połowa frankowiczów ma kłopoty z wiązaniem końca z końcem. Tylko lub aż, jeśli zważymy, że chodzi o przedstawicieli grupy zarabiającej całkiem nieźle).

Prof. Bartosz Łoza i prof. Tadeusz Parnowski w książce „Nowa depresja – nowe leczenie” alarmują, że mamy do czynienia z całym pokoleniem osób balansujących na krawędzi równowagi.Generacją w permanentnym kryzysie. „Utrzymują się u nich objawy depresyjne i jednocześnie systematycznie i praktycznie bezterminowo kontynuują leczenie przeciwdepresyjne. Taka specyficzna równowaga stresu i leczenia występuje właśnie u osób przeciążonych pracą. Mieli być głównymi beneficjentami własnej aktywności, a doświadczają niemal wyłącznie przewlekłych form zaburzeń depresyjnych, zwykle też – we współistnieniu z chorobami somatycznymi”.

Paradoksalnie, sam kryzys w życiu człowieka nie jest niczym złym. Świadczy po prostu o istnieniu jakichś konfliktów wewnętrznych. Około czterdziestki przychodzi w tej kwestii moment dość szczególny, oznacza typową dla gatunku potrzebę przewartościowania. Odpowiedzenia sobie na pytanie: kim jestem? Skoro pierwsze pół życia człowiek flaki wypruwał, żeby jakoś zorganizować sobie to życie zewnętrzne, teraz czas na więcej uwagi dla samego siebie. Tyle że wiele spośród tych 800 tys. osób (plus partnerzy) na żadną zmianę pozwolić sobie nie może. Począwszy od rozwiązania posypanych małżeństw po najmniejsze zawahanie, bo może zaciąć się maszynka co miesiąc generująca przychód.

Są zmęczeni, wyeksploatowani, stres i niedoleczone grypy (strach wziąć zwolnienie) zżarł odporność i zdrowie. Zapadalność na choroby krążenia w tej grupie wiekowej rośnie, choć w innych krajach europejskich spada. Są jak kierowcy, którzy demolują samochód, który ich stuknął na światłach – bo uzbierało się. Codziennie jeździ po ulicach kilkaset tysięcy bomb. Jeśli rozwiązanie wewnętrznych konfliktów zbyt długo nie nadchodzi – klasyka gatunku to epizod psychotyczny. Wśród pacjentów szpitali psychiatrycznych, dowożonych w stanie ostrym, zdecydowanie przeważają dziś ci, którzy nie mają chorób psychicznych sensu stricto, a po prostu – jak w medycznym slangu się mówi – odpalili.

Zbuntowani

15 stycznia pękło trochę powszechniej. Po raz pierwszy w tej grupie, i na razie na chwilę. – Już samo wzięcie wysokiego kredytu przewija się przez listy najbardziej stresujących wydarzeń życiowych, obok takich doświadczeń, jak rozwód, ciężka choroba czy utrata pracy – mówi dr Magdalena Kaczmarek, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Dlatego nie jest dużą przesadą porównanie wydarzeń z połowy stycznia do sytuacji traumy, w której zagrożone stają się czyjeś podstawowe zasoby. Zakłócone zostaje poczucie bezpieczeństwa.

Pierwsza fala buntu poszła w internet. Pisali: trudno im ciągle powtarzać, że biorąc kredyt w obcej walucie, postąpili ryzykownie, że mogli przewidzieć. Tak samo mógł przewidzieć, że będzie trudno, ktoś, kto decydował się na pracę w wymierającym zawodzie górnika albo na niskopłatny etat w służbie zdrowia. Dlaczego to oni, ci niby bogatsi, z dużych miast, wiecznie mają do innych dokładać, a jeśli państwo ma ograniczyć wszechmoc banków wobec nich – to nie chce?

Powstało kilka forów poświęconych dogadywaniu się w sprawie pozwów zbiorowych. Jest kilkadziesiąt wyroków w indywidualnych sprawach przeciw bankom o liczne klauzule niedozwolone, powszechnie stosowane w umowach. Kilka kancelarii zaczęło przygotowywać pozwy.

Jednak większość się boi. Bo bank jest jednak silniejszy. Pomimo kilku lat spłacania wysokość ich zadłużenia wzrosła. I co, jeśli nagle bank im kredyt wymówi, bo uzna, że stracili zdolność kredytową. Ci, co jednak chcą pozywać banki, puentują: oczywiście, jest taka możliwość, by dać się jeszcze bardziej zajechać.

Dr Jacek Moskalewicz, socjolog z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, zauważa, że gdy ci, którzy sami system budowali, uznają się za zdradzonych, system może zacząć trzeszczeć. I dodaje, że nawet jeśli nie będzie to bunt zbiorowy, grozi nam antysystemowość na miarę możliwości.

Na przykład korupcja. Przecież ci z klasy średniej są twórczy, mają dużo pomysłów na rozwiązanie problemów. Poczują się moralnie usprawiedliwieni – od jeszcze obrzydliwiej polujących paparazzi po kombinatorów oszukujących na delegacjach. – Frankowi kredytobiorcy to ludzie, od których dużo w gospodarce zależy – dodaje dr Magdalena Kaczmarek. – Nie pójdą pod Sejm palić opon, ale nie wiadomo, na co skrzykną się przez Facebooka. Może nie zagłosują więcej na PO, może w ogóle nie pójdą do wyborów? Choć do tej pory okazywali się szczególnie odporni na wszelkie populizmy.

Państwo mówi tymczasem ustami szefa Komisji Nadzoru Finansowego: żaden bank nie wydaje się zagrożony. Klasa wyższa bezkredytowa może być spokojna o swoje oszczędności. A potem, że państwo zachęci banki, by miały trochę litości. A oni odpowiadają państwu, że w takim razie jest to już wojna pokoleń. Skoro klasie bezkredytowej zależy bardziej na spokoju banków i własnych oszczędności niż na spokoju społecznym, niż na tym, by wesprzeć obywateli swoim autorytetem w negocjacjach z bankami – to proszę bardzo, poprą wszelki populizm.

A jeśli chodzi o banki: to może być największy problem do rozwiązania. Są bowiem i takie, które uprawiały papierową hochsztaplerkę. Pożyczały złotówki, wypłacały złotówki, a maszynkę do zarabiania zrobiły na spreadzie (zawyżonym kursie sprzedaży franków dla swoich klientów) i na zmianie kursu. Kilka tysięcy lajków na Facebooku w jedną noc zebrał prof. Witold Modzelewski, zwracając uwagę, że istotą kredytu jest spłata tego, co człowiekowi pożyczono, plus odsetki; wysokość tych drugich może być zmienna w czasie, wysokość długu – nie. I zadając pytanie, czy mieliśmy do czynienia z kredytami czy też nowym toksycznym instrumentem bankowym – wprowadzonym w błąd klientom sprzedawanym jako kredyt. Spłacają, spłacają, a dług ciągle rośnie.

Jest też trochę takich, co spakowali się, zostawiając długi. Dołączając do rzeszy 1,8 mln ludzi ze swoich roczników, którzy wyjechali jeszcze niezadłużeni. J. od roku są na Wyspach Kanaryjskich. Ukryci przed długami z dwójką dzieci. Kredyt brał on – więc teraz zasiłki na dzieci bierze ona. Żyją dużo spokojniej niż dotąd i mówią, że nareszcie. Urządzają się. Ich dług puchnie w kraju, ale przy odrobinie szczęścia – kiedyś tam, w dalekiej przyszłości – bank będzie mógł sobie ten dług zwindykować z jakichś ich dalekich kuzynów. Którzy może już będą mieli majątek zamiast długów.

Polityka 5.2015 (2994) z dnia 27.01.2015; Temat Tygodnia; s. 10
Oryginalny tytuł tekstu: "Zdradzeni przez system"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną