Projekt parku Dolnej Odry do kosza. Polska przyroda nie ma co liczyć na Nawrockiego
Park miał poparcie prawie wszystkich miejscowych samorządów i doskonałe uzasadnienie naukowe. Obejmowałby tzw. Międzyodrze, obszar bezludny i należący w całości do skarbu państwa. Byłby magnesem dla turystów. Zająłby się odbudową zdegradowanych siedlisk. Po jego powstaniu miejscowe wspólnoty otrzymałyby miliony złotych corocznej subwencji ekologicznej. Zaprojektowano go tak, by chroniony teren nie kolidował z przyszłymi inwestycjami i żeglugą po Odrze. Nawrocki to wszystko wrzucił do kosza.
Czytaj także: Udry o Odrę i nowy park narodowy. Kolizja dwóch podejść do przyrody
Bez niespodzianki
Zaskoczenia nie ma. Otoczenie Nawrockiego rekrutuje się m.in. z pisowskiego zaciągu z województwa zachodniopomorskiego. Jego członkowie byli zdecydowanie przeciwni. Jak Dariusz Matecki, którego świetnie opłacano za zbijanie bąków w Lasach Państwowych. Prezydenckim doradcą jest też Sławomir Mazurek, prawa ręka dawnego ministra środowiska, który swego czasu kombajnami do ścinania drzew zdemolował wbrew prawu Puszczę Białowieską.
Prezydent o parku wiele nie powiedział, ale mówił ich argumentami, często niemającymi wiele wspólnego z rzeczywistością. Opowiadali m.in. o niemieckim sabotażu wymierzonym w polskie porty. Weto jest o tyle naturalne, że powstanie parku byłoby sukcesem rządu z konkurencyjnej opcji partyjnej. Żadną okolicznością łagodzącą nie było, że za parkiem kciuki mocno trzymała rolnicza gmina Widuchowa, gdzie prezydent wyraźnie wygrał w obu turach. Nie pomogło, że patronem widuchowskiej szkoły podstawowej jest prof. Władysław Szafer, pierwszy współtwórca parków narodowych w Polsce.
Ustalenia „Polityki”: Pisowska afera mętnej wody. Co zostało z monitoringu rzek za ćwierć miliarda
Międzyodrze miało być przełomem
Park nad Odrą miał być bardzo mały, zająłby niespełna 4 tys. ha. Są w Polsce znacznie większe rezerwaty przyrody, których powołanie zajmuje znacznie mniej wysiłku. Przede wszystkim dlatego, że nie wymaga zgody samorządów. Ale rezerwat to jednak nie park narodowy. Nie ma osobnej załogi, budżetu, muzeum, to nie ta renoma. Międzyodrze miało być przełomem, który pokaże, że da się w Polsce godzić ochronę przyrody z rozwojem gospodarczym.
Czytaj też: Ja Odra, jak mnie słyszycie? Rzeka miewa humory, wolną wolę, jest osobnym bytem
Pokazało za to, że polska przyroda nie ma co liczyć na Nawrockiego. Najwidoczniej traktuje ją przede wszystkim jak zasób, który trzeba eksploatować. W tej optyce 300 mln lat ewolucji lasów było tylko po to, by dziś produkowały drewno. Rzeki umrą bez regulacji. Liczbę dzikich zwierząt powinien regulować człowiek, a nie dzikie drapieżniki itd. Nawrocki pewnie w nosie ma wędrujące żurawie i to, czy rycyki będą miały gdzie zakładać gniazda.
Pewnie niespecjalnie interesuje go też, jakim powietrzem oddychają Polacy, jaka jest jakość pitej przez nich wody i w ogóle środowiska, w którym żyją. Niezbyt go zapewne interesują ustalenia nauki, które wskazują, że stan polskiej przyrody jest fatalny, bo w znaczniej mierze została zniszczona wiekami intensywnej eksploatacji, a jej resztki potrzebują wsparcia, by przetrzymać globalne ocieplenie i zapaść różnorodności biologicznej. I chyba nieszczególnie interesują go wyniki badań, które wskazują, że lepsza jakość środowiska to dłuższe życie w wyższym komforcie – także wyborców obecnego prezydenta.