Lex Romowicz. PSL i Polska 2050 ustawiają tor przeszkód dla systemu ochrony przyrody
Posłowie Polskiego Stronnictwa Ludowego i Polski 2050 przygotowali tor przeszkód dla systemu ochrony środowiska w Polsce. Wystąpili z propozycją weta rezerwatowego. Chcieliby, aby nowe rezerwaty powstawały jedynie za zgodą rad gmin. W praktyce ułatwi to unicestwianie zasobów przyrodniczych. Nierzadko bezcennych, zagrożonych i zasługujących na najwyższą troskę.
„Wsłuchują się w głos mieszkańców”
Oddajmy głos promotorom projektu. Jego założenia objaśnia Bartosz Romowicz z Polski 2050, stąd proponowana zmiana nazywana jest już „lex Romowicz”. Poseł uważa, że rezerwaty i parki narodowe stanowią taką samą przeszkodę np. dla inwestycji, ale powstają w różny sposób. O ile do powołania parku konieczne jest przyjęcie ustawy oraz obowiązkowo wymagane są zgody samorządów wszystkich szczebli, o tyle rezerwat jednoosobowo powołuje regionalny dyrektor środowiska. Stąd zgłaszana nowelizacja ustawy o ochronie przyrody zakłada uzgodnienie nowego rezerwatu z radą gminy. Jeśli rada nie podejmie decyzji, to w ciągu 30 dni udziela milczącej zgody. A gdy odmówi, to wojewoda będzie mógł taką odmowę uchylić.
Ustawa – zakłada poseł Romowicz – „nie powinna budzić kontrowersji”. Jego klubowy kolega Paweł Śliz twierdzi, że projekt jest jedynie po to, by „zabezpieczyć lokalne społeczności przed autorytarną decyzją”. Dla posła Śliza „trzeba ważyć dobra”. Bo przyroda, owszem, „jest ważna”, ale „ważni są też obywatele”, którzy „muszą wyrazić stanowisko”. Z kolei Stefan Paszyk z PSL diagnozuje, że co do zasady wszelkie próby reformowania zasad ochrony przyrody „generują głosy skrajności”. Dlatego wnioskodawcy wprowadzają „nową jakość” i szukają „dobrych rozwiązań”, które będą „skutecznie” chroniły przyrodę i jednocześnie nie będą „blokowały rozwoju i odbierały głosu lokalnym społecznościom” w dyskusji o tym, jak urządzać ich otoczenie.
Natomiast Urszula Pasławska, też z PSL, przewodnicząca sejmowej komisji ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa, utrzymuje, że pomysłodawcy „wsłuchują się w głos obywateli”. Nowelizacja ma być remedium na sytuację, gdy obywatel czuje się ofiarą ochrony przyrody. Ustawa ma charakter „inkluzywny” i „włączający”, a szczególnie czekają na nią mieszkańcy obszarów wiejskich. Wśród posłów, którzy podpisali się pod projektem, znalazł się m.in. Szymon Hołownia.
Czytaj też: PSL i PZŁ: znajdź różnice. Myśliwi nie chcą zmian w prawie. Do tej pory żadna władza z nimi nie wygrała
Lex Romowicz? Nadaje się do kosza
W te zapewnienia nie wierzą organizacje upominające się o wyższe standardy ochrony. Ich zdaniem nowelizacja wciągnie tworzenie rezerwatów do politycznego magla. Tymczasem proces ten pozostawał dotąd domeną specjalistów i był przedmiotem ich merytorycznych sporów. Rezerwaty nie powstają po uważaniu i z kaprysu. Do ich utworzenia potrzebne są rzetelne analizy, dane zbierane w reżimie naukowym oraz wiedza o siedliskach i rozmieszczeniu gatunków. Mają wartość estetyczną, naukową, dla niektórych duchową. Pozostają rezerwą różnorodnych genów, będąc żywym odpowiednikiem rezerw złota i walut w Narodowym Banku Polskim. Bywają trudne do przebycia, więc są istotne z punktu widzenia obronności.
Stąd stan alarmu. Greenpeace przypomina, że obecna ekipa rządowa wygrała wybory głosami osób, które miały dość niszczenia rodzimej przyrody przez Prawo i Sprawiedliwość. A „zamiast obiecanych przez Donalda Tuska 20 proc. lasów wolnych od wycinek posłowie koalicji rządowej proponują nam dalszą rzeź najcenniejszych przyrodniczo zakątków Polski”. Według Greenpeace’u po przyjęciu nowelizacji „wspólny interes społeczny będzie coraz częściej przegrywał z interesem wąskich, ale wpływowych sił – wielkiego biznesu, leśników czy myśliwych”. Lokalni politycy mogą uznać, że warto zniszczyć kawałek przyrody, by zbudować drogę albo postawić osiedle. Do tego w radach silnie reprezentowane są właśnie kręgi myśliwsko-leśne, które „często patrzą na nowe rezerwaty z uprzedzeniem”.
Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot też odnosi się tego, że „przyroda nie jest własnością samorządów, a wszystkich Polek i Polaków”. Widzi podobieństwo do tzw. weta samorządowego, które blokuje powstawanie nowych parków narodowych. Na tyle skutecznie, że od 2000 r. nie udało się w Polsce powołać ani jednego. Ostatnio było bardzo blisko, ale na Park Narodowy Doliny Dolnej Odry nie zgodził się prezydent Karol Nawrocki, który zignorował zgody wszystkich zainteresowanych samorządów. Posłuchał za to podszeptów zachodniopomorskich współpracowników. Zobaczył też w parku zagrożenie płynące z Niemiec i firmowane przez ideologicznie zaczadzone środowiska polskich przyrodników. Tak przygotowana nowelizacja, sypiąca piach w ochronne tryby, może więc Nawrockiemu przypaść do gustu.
Pracownia przypomina, że gminy z tytułu rezerwatów dostają subwencję ekologiczną. Na przykład Bliżyn, Łączna i Suchedniów, na terenie których leży rezerwat Bliżyńskie Lasy Naturalne (powołany przed rokiem, ma 2,9 tys. ha), otrzymują co roku z subwencji w sumie 2,9 mln zł. Pracownia apeluje do marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, by „skierował projekt Romowicza tam, gdzie jego miejsce, do kosza”.
Czytaj też: Czyhają na granicy parku narodowego. I strzelają. „Miłośnicy ptaków są psychicznie pogruchotani”
Polska przyroda jest w złym stanie
Warto zdawać sobie sprawę, czym rezerwaty przyrody są. W opowieści posłów nowelizatorów to zmora, balast i utrudnienie. Spowalniacz rozwoju i blokada inwestycji. Mało który samorządowiec podniesie rękę za tak przedstawionym rezerwatem, skoro sensem polityki samorządowej, miernikiem odniesionych w niej sukcesów i dorozumianej oceny wyborców są nie rezerwaty czy parki, ale inwestycje. W tym długość ułożonych chodników, wylanych dywaników asfaltowych czy nitek pociągniętych wodociągów. A jeszcze rezerwat w lesie, bo tam powołuje się je najczęściej, odcina drwali od drzew. Co też wygląda jak paraliż działalności gospodarczej i zamach na uświęcony tradycją model zarządzania praktykowany przez Lasy Państwowe. Rezerwaty kojarzą się z obszarem wykluczonym, zamkniętym dla spacerowiczów albo grzybiarzy. Sprawiają też wrażenie zabałaganionych, bo nikt nie sprząta w nich martwych drzew, będących źródłem jakiejś zarazy i zgnilizny.
Tymczasem wiele rezerwatów można udostępnić. Spacery, zbiór grzybów, jagód czy poroży nie pomniejszą ich walorów. Nie w takim stopniu jak bezmyślny wyrąb. W wielu rezerwatach prowadzi się też ochronę czynną, np. coś się wycina, by utworzyć warunki dla organizmów światłolubnych. Oznacza to, że ktoś przy tym pracuje. Tworzenia nowych rezerwatów oczekuje także branża turystyczna. Mimo wszystko miłośników meandrujących rzek czy niebanalnych lasów, także tych ze starymi czy powalonymi drzewami, jest więcej niż koneserów zrębów zupełnych. Co widać w pogodne weekendy w rezerwatach wokół dużych miast. To one, a nie ślady po wyrębie czy wybetonowane koryta rzek, przyciągają więcej odwiedzających. I bardzo dobrze.
Wreszcie nie wolno zapominać, że polska przyroda jest w złym i stale pogarszającym się stanie. Znęca się nad nią antropocen, zanik różnorodności i zmiana klimatu. Tracimy naturalne składniki przyrody i krajobrazy wytworzone przez ludzi. Z ostatniego dużego liczenia bocianów białych wynika, że Polska populacja tych emblematycznych ptaków skurczyła się w dekadę o jedną piątą. Gorsze położenie bocianów to m.in. efekt nowych praktyk rolniczych. Susza stała się nową normalnością.
Czytaj też: Lasy Państwowe jak partyjny bankomat. Dotarliśmy do ustaleń, jak rąbano publiczną kasę
Kampania wyborcza trwa
Propozycja nowelizacji jest też sygnałem, że w najlepsze trwa już kampania wyborcza. Potwierdza także podziały w koalicji na odcinku przyrodniczym. Jedną ze stron reprezentuje myśliwa Urszula Pasławska, której nie po drodze z kampanią powoływania rezerwatów, firmowaną przez minister środowiska Paulinę Hennig-Kloskę (dawniej Polska 2050, dziś klub Centrum) i głównego konserwatora przyrody Mikołaja Dorożałę, który rzucił partyjną legitymacją Polski 2050. Za ich czasów powołano lub poszerzono ponad 150 rezerwatów, obejmujących w sumie kilkanaście tysięcy hektarów.
To oznacza, że od początku 2024 r. założono co dziesiąty istniejący obecnie rezerwat, obecnie licznik zatrzymał się na 1685 obiektach. Poprzednio w takim tempie tworzono rezerwaty w latach 90., co miało być remedium na środowiskową zapaść PRL. Przy czym obecnie rezerwaty to nierzadko obszary typowane do ochrony od kilkudziesięciu lat. Na listach projektowanych obiektów, przygotowanych przez przyrodników, bardzo często specjalistów najwyższej klasy, jest jeszcze ok. 1,5 tys. – najwyraźniej zagrożonych – pozycji.