Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Społeczeństwo

Dlaczego Polki nie chcą rodzić? Kryzys zaufania jest potężny. Nie czas na ślepy pronatalizm

Szpital ginekologiczny we Wrocławiu Szpital ginekologiczny we Wrocławiu Krzysztof Zatycki / Agencja Wyborcza.pl
„Właśnie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Chcę urodzić, ale nie bez waszej prawniczki” – wielokrotnie odbierałyśmy takie telefony w FEDERZE. Każdy z nich to przerażający dowód niekompetencji systemu ochrony zdrowia i kryzysu zaufania.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego są nieubłagane – rodzi się nas coraz mniej. Według wstępnych szacunków współczynnik dzietności w Polsce spadł do poziomu ok. 1,10–1,11, czyli jednego z najniższych na świecie. Politycy, analitycy i eksperci internetowego komentariatu grzmią o rozpadzie polskiej rodziny, winiąc za sytuację „wyemancypowane kobiety”, którym bardziej zależy na karierze niż na rodzicielstwie. Co na to badania?

W raporcie „Rodzina się kurczy. Połowa Polaków nie chce (więcej) dzieci?”, opublikowanym przez Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna pod koniec maja zeszłego roku, czytamy, że ponad połowa Polek i Polaków deklaruje, że nic nie skłoniłoby ich do posiadania dziecka (pierwszego lub kolejnego). Jednak pytani o przyczyny niechęci do posiadania dzieci, w większości wskazują na brak odpowiedniego partnera lub partnerki.

Ktoś mógłby powiedzieć, że wszystko w rękach młodych, jednak to próżne nadzieje. Fundacja Ważne Sprawy w badaniu „Stan Młodych” wskazuje, że wśród osób w wieku 18–29 lat, które nie planują rodzicielstwa, na pierwszym miejscu była odpowiedź „Nie lubię dzieci” (39 proc.), a na drugim „Nie chcę zmieniać stylu życia” (38 proc.). Z kolei trzecią najczęściej wskazywaną przyczyną jest lęk przed zajściem w ciążę w Polsce (27 proc.). I nikt nie powinien się temu dziwić.

Niechlubne rekordy

W komentarzu do wspomnianego raportu Fundacji Ważne Sprawy politolog dr hab. Ryszard Szarfenberg pisze: „Raport wskazuje, że niektórym osobom trudno w pełni korzystać z przysługujących im praw i swobód. Przykładem jest obawa przed ciążą czy restrykcyjnymi przepisami dotyczącymi jej przerwania, co zwłaszcza dla kobiet stanowi dodatkowe ryzyko i potencjalnie ogranicza faktyczny wybór rodzicielstwa. Jeśli część społeczeństwa jest narażona na dyskryminację czy nie ma realnego dostępu do usług medycznych, to mamy do czynienia z naruszeniem zasady równości szans – nawet jeśli formalnie przepisy zapewniają swobodę decyzji”.

Innymi słowy: prawo prawem i rekomendacje rekomendacjami, ale nic z nich nie wynika, jeśli dostępu do lekarzy po prostu nie ma. I choć może się to wydawać absurdalne, to kobiety w Polsce nadal muszą walczyć o dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej.

Już w 2018 r. Naczelna Izba Kontroli alarmowała, że dostęp do opieki ginekologicznej poza dużymi ośrodkami miejskimi jest alarmująco niski. W ponad 60 proc. gmin w województwach lubelskim i mazowieckim nie było ani jednej przychodni ginekologiczno-położniczej. Niechlubny rekord pobiło województwo podlaskie, gdzie wskaźnik ten wyniósł zatrważające 78,8 proc. Autorzy raportu zauważyli, że tam, gdzie dostępność opieki była najniższa, notowano również najwyższe wskaźniki śmiertelności okołoporodowej.
Kontrola wykazała też, że dokumentacja zaledwie 1,94 proc. (!) pacjentek w ciąży poświadczała wykonanie wszystkich zabiegów i badań zalecanych standardami opieki okołoporodowej.

Problemem są też odległości. NIK wskazuje, że już osiem lat temu do najbliższego gabinetu ginekologicznego niektóre kobiety musiały dojeżdżać nawet 50 km. To jeden z powodów, dla których Polska notuje rekordowo wysoki w skali europejskiej odsetek śmiertelności z powodu raka szyjki macicy – bez regularnej cytologii o wczesnym wykrywaniu nowotworu wiele Polek może tylko pomarzyć. Rezygnują z badań z powodu niedostępności świadczeń, a gdy trafiają do oddalonego o dziesiątki kilometrów lekarza, często jest już za późno.

Musimy też pamiętać, że system to nie tylko przychodnie, ale i szpitale. Podczas gdy NIK i organizacje pozarządowe biły na alarm, podejmowano decyzje o zamykaniu kolejnych szpitali powiatowych, a sytuacja się pogarszała. W ciągu ostatnich 15 lat zamknięto co czwartą porodówkę w Polsce. Mapa kraju usiana jest położniczymi białymi plamami. Sceptycy mówią, że chronicznie niedofinansowane oddziały przynoszą straty, bo rodzi się coraz mniej dzieci. Jednak jak ma ich być więcej, jeśli ciąża zaczyna oznaczać realne ryzyko dla zdrowia i życia? Co w sytuacji komplikacji podczas porodu? Co w przypadku odklejenia łożyska czy zakleszczenia płodu w drogach rodnych? Czy kobieta zdąży dojechać do placówki, zanim stanie się najgorsze?

Czytaj też: Znikające porodówki. Całodobowe dyżury położnych kupią tylko czas. To dopiero początek kryzysu

Bariera nie do przeskoczenia

Jeśli kobiecie uda się dostać na wizytę ginekologiczną, musi poradzić sobie z kolejną przeszkodą – systemowym odbieraniem podmiotowości. Ekspertki zajmujące się w Polsce świadczeniami z zakresu planowania rodziny od dawna podkreślają, że mierzymy się z fatalnym dostępem do antykoncepcji i aborcji. W europejskim Atlasie Antykoncepcyjnym nasz kraj przez lata zajmował ostatnie miejsce w Europie. Podkreślmy, że w Europie, a nie „tylko” Unii Europejskiej – w rankingach plasowaliśmy się nawet za Rosją i Białorusią. W najnowszej edycji podskoczyliśmy o kilka oczek w górę – jednak ze względu na pogorszenie sytuacji w innych krajach, a nie poprawę w Polsce.

Tak, prezerwatywy można kupić „nawet na stacji benzynowej”, jednak to nadal zdecydowanie za mało. Badanie European Parliamentary Forum for Sexual and Reproductive Rights (EPF) z 2024 roku wskazuje, że Polacy zabezpieczają się przy współżyciu najrzadziej w UE – robi to zaledwie 51 proc. aktywnych seksualnie młodych dorosłych. Jednocześnie aż co czwarta badana osoba zadeklarowała, że nie używa antykoncepcji, bo środki są dla niej za drogie. Rozwiązaniem stosowanym np. we Francji czy Wielkiej Brytanii jest system refundacji dla osób klasyfikowanych jako „grupy szczególnie wrażliwe” – żyjących poniżej progu ubóstwa oraz młodzieży i młodych dorosłych, którzy dopiero budują swoją stabilność finansową. We Francji osoby poniżej 25. roku życia mogą liczyć na pełną refundację antykoncepcji, a częściowa refundacja przewidziana jest dla wszystkich.

Przywodzi nas to zresztą do kolejnego problemu, czyli dostępu do antykoncepcji dla młodzieży, która dziś może legalnie współżyć po 15. roku życia, ale do osiągnięcia pełnoletniości nie może liczyć na samodzielne wizyty lekarskie ani uzyskanie recepty bez zgody opiekuna prawnego. Co więcej – kobiety, które nie rodziły, nadal walczą w gabinetach lekarskich o założenie spirali, często płacąc setki złotych za świadczenie, które refunduje NFZ i powinno być wykonywane bez dodatkowych opłat w państwowych gabinetach ginekologicznych.

Kolejny problem? Wymóg posiadania recepty na antykoncepcję awaryjną. Tak, receptę można uzyskać online, jednak często wiąże się to z dodatkowymi kosztami, co dla niektórych osób będzie barierą nie do przeskoczenia. A wszystko powyższe to tylko wierzchołek góry lodowej, na którą składają się także brak wiedzy, stygma antykoncepcyjna (24 proc. Polaków badanych przez EPF zadeklarowało, że stosowanie antykoncepcji prowadzi do rozwiązłości), utrudniony dostęp do edukacji seksualnej i wiele innych kwestii.

A przecież nie lepiej jest z dostępem do aborcji. Jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych na kontynencie, połączona z głęboką niechęcią wobec zabiegu w środowisku medycznym i nagonką upolityczniającą doświadczenie milionów osób żyjących w Polsce, zdecydowanie zniechęca do rodzicielstwa. Jeżeli ktoś nie chce mieć dzieci, zrobi wszystko, by ich nie mieć – aborcje i tak się odbywają, pozostając jedynie poza oficjalnymi statystykami. Osoby w ciąży zmuszone są szukać informacji na własną rękę, poruszając się w lukach systemu, który jest wobec nich wrogi, polegając przede wszystkim na organizacjach pomocowych i oddolnym wsparciu innych kobiet. Dla wielu oznacza to duży stres i poczucie odarcia z podmiotowości. Pomijając kwestie zdrowia, bezpieczeństwa, autonomii i praw człowieka – zmuszanie do rodzicielstwa jest formą przemocy systemowej i zwyczajnym okrucieństwem. Zarówno wobec kobiet, jak i niechcianych dzieci.

W FEDERZE widzimy, że po odcięciu dostępu do aborcji z przesłanki wad rozwojowych płodu kobiety nie chcą ryzykować. Niektóre wolą usunąć ciążę na samym początku, niż przez miesiące bać się, czy nie są okłamywane przez lekarzy i czy ciąża na pewno rozwija się prawidłowo.

A te, które przez ekstremalne utrudnienie wyboru, czyjąś złą wolę lub brak informacji donosiły ciężko chorą ciążę wbrew własnej woli? Część, po doświadczeniu trzymania na rękach swojego umierającego dziecka, nigdy nie spróbuje drugi raz. Inne, których dzieci przeżyją z poważną chorobą genetyczną, zostaną pozostawione same sobie przez państwo, które nadal nie wspiera opiekunów osób z niepełnosprawnościami. Świat tych matek może zmienić się w rzeczywistość gabinetów lekarskich, internetowych zbiórek i martwienia się o pieniądze na rehabilitację i sprzęt medyczny. Gdzie w tym miejsce na kolejną ciążę?

Dziura w czaszce, brak mózgu

Te, które skutecznie pokonają ten administracyjno-medyczny bieg przez płotki i zajdą w ciążę, muszą mierzyć się z kolejnym wyzwaniem – przemocą położniczą.

W 2022 r. Fundacja Rodzić Po Ludzku informowała w raporcie „Przemoc położnicza i ginekologiczna”, że „z danych zebranych w latach 2017–19 przez Fundację wynika, że 54,3 proc. rodzących kobiet doświadczyło nadużyć związanych z zachowaniem personelu lub z niedopełnieniem procedur – a z tej liczby 16,9 proc. doświadczyło przemocy”. Garść abstrakcyjnych cyfr oznacza w praktyce, że rodzące w Polsce doświadczały m.in. ignorowania próśb o znieczulenie lub udzielenie informacji o stanie dziecka, badań wykonywanych bez zgody pacjentki, upokorzenia i braku szacunku. Niektóre z badanych zadeklarowały, że w trakcie porodu naruszono ich nietykalność cielesną – np. uderzeniem w głowę lub twarz.

Prawdą jest, że mamy w kraju placówki, które walczą o swoje pacjentki, podnoszą standardy i edukują kadrę. Wspólne wysiłki organizacji eksperckich oraz lekarzy, pielęgniarek i położnych mają ogromne znaczenie – zmiany są widoczne z roku na rok. Ale nadal nie jest dobrze.

Do FEDERY regularnie trafiają kobiety, które przeżyły przemoc ze strony personelu medycznego. Przykłady?

Weronika. W wymarzoną pierwszą ciążę zaszła po czwartej rundzie in vitro. Oszczędzała się, leżała, dużo spała. Któregoś wieczoru obudziła się na kanapie, czując, że zaczęła krwawić. Nie pamiętała, co dokładnie działo się potem – był samochód, szpital, kolejka na SOR-ze. Zostały z nią za to słowa lekarza, który potwierdził poronienie: „No i czego się pani maże, żadna sztuka, zrobi sobie pani następne”.

Asia. Zadzwoniła i od razu wyrecytowała nazwę rzadkiej, śmiertelnej mutacji genetycznej. Po chwili rozmowy powiedziała, że z mężem chcieli spróbować mieć zdrowe dziecko. „Siedmiolatek już jest w hospicjum, młodsza córka pewnie niedługo też zostanie przeniesiona. Chcieliśmy spróbować, ale nie wyszło. Nie dam rady pochować trójki dzieci. W gabinecie powiedziałam, że chcę przerwać ciążę, a lekarka zwyzywała nas od morderców”.

Klaudia. Lekarz prowadzący jej ciążę zachorował, więc na USG II trymestru poszła do innego gabinetu. Pamiętała, że rozmawiały o ulubionych syropach do kawy, kiedy lekarka wykonująca USG nagle zamarła. Okazało się, że „zdrowa ciąża” tak naprawdę nie ma szans na przeżycie: dziura w czaszce, brak części mózgu, zerowe szanse na przeżycie. Lekarz prowadzący, przyparty do muru, przyznał, że nic nie mówił, bo „nie chciał, żeby usunęła”.

Kobiet takich jak Weronika, Asia i Klaudia są w Polsce tysiące. Zazwyczaj nie składają skarg, nie mają na to siły. Skupiają się najpierw na ugaszeniu pożaru, a potem na leczeniu się z traumy po starciu z systemem. Sprawy w sądach mogą ciągnąć się latami, kobiety obawiają się też upublicznienia ich wizerunku i przeżycia medialnej nagonki.

„Właśnie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Chcę urodzić, ale nie bez waszej prawniczki” – wielokrotnie odbierałyśmy takie telefony w FEDERZE. Każdy z nich to przerażający dowód niekompetencji systemu ochrony zdrowia i kryzysu zaufania wobec niego.

Być może nigdy

Dla tych, którzy chcą mieć dzieci, decyzja o rodzicielstwie w Polsce coraz częściej przypomina grę w ruletkę. Czy będzie nas stać na wychowanie dziecka, gdy rata kredytu rośnie szybciej niż pensja? Czy damy radę, jeśli pracodawca zlikwiduje nasz dział? Czy lekarz, który poprowadzi ciążę, podejdzie do nas z szacunkiem? Czy na porodówce ktoś powie „jest pani bezpieczna”, a nie „sama pani tego chciała”?

To pytania, które realnie zadają sobie ludzie w całym kraju – szczególnie ci mieszkający poza dużymi ośrodkami miejskimi, w niestabilnych warunkach zawodowych lub finansowych. W teorii każda z nas ma prawo do bezpiecznej ciąży, porodu i badań profilaktycznych. W praktyce jednak wiele z tych praw pozostaje pustymi zapisami. Co z tego, że cytologia jest „darmowa”, skoro do najbliższego gabinetu trzeba jechać 40 kilometrów, a dzień wolny to luksus, na który nie stać samotnej matki pracującej na śmieciówce? Co z tego, że istnieją standardy opieki okołoporodowej, jeśli szpital w powiecie został zamknięty, a w kolejnym kobieta usłyszy, że „poród boli, bo ma boleć”?

„Dlaczego Polki nie chcą rodzić?” – pytają politycy i eksperci w studiach telewizyjnych, jakby szukali winnych, a nie rozwiązań. Może warto odwrócić to pytanie: „Dlaczego Polska nie chce, żeby kobiety czuły się bezpiecznie w decyzji o rodzicielstwie?”. Bo jeśli ciąża i poród oznaczają narażenie zdrowia, karierę na pauzie i samotność w starciu z urzędami i lekarzami, to trudno się dziwić, że wiele osób mówi: „Nie teraz. Może nigdy”.

***

Fundacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny FEDERA to najstarsza w Polsce organizacja zajmująca się edukacją seksualną, antykoncepcją i aborcją. Od ponad 30 lat wspiera kobiety z całego kraju, monitoruje działania kolejnych rządów, prowadzi badania społeczne i działa na rzecz zmiany przepisów aborcyjnych. Od niedawna prowadzi też własną placówkę zdrowotną.

Potrzebujesz dostępu do antykoncepcji? Chcesz przerwać ciążę? Zadzwoń do FEDERY: +22 635 93 95 (pon.-pt. w godz. 10–17).

Chcesz umówić się na wizytę ginekologiczną? Zaszczepić się przeciwko HPV? Wykonać darmowy test na HIV? Wejdź na centrumzdrowia.federa.pl.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Alergia na wiosnę. Cierpi aż 12 mln Polaków. Leczą się u naturopatów, problem jest gigantyczny

Już 12 mln Polaków zmaga się z wiosennymi alergiami. Gdy konwencjonalna medycyna oferuje lata leczenia, gabinety naturopatów obiecują odczulenie bez igieł i bólu. Dlaczego łatwiej uwierzyć w magię niż w naukę?

Paweł Walewski
31.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną