Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Sport

Po igrzyskach. Polacy byli we Włoszech raczej statystami. Zapamiętamy sukcesy i dramaty

Polskie bobsleistki we Włoszech Polskie bobsleistki we Włoszech PKOl / Facebook
Na osiągnięciach Kacpra Tomasiaka budujemy opinię o całkiem przyzwoitym występie Polek i Polaków. Wiadomo jednak, że poza wyjątkami byliśmy statystami na olimpijskich arenach. Licznymi, bo reprezentacja liczyła 60 osób.

W 101. sekundzie dogrywki hokeiści z USA strzelili Kanadyjczykom gola decydującego o mistrzostwie olimpijskim i w ten sposób w niedzielne popołudnie skończyły się wielkie emocje towarzyszące igrzyskom w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo 2026.

Ale to nie Amerykanie, a Norwegowie są znów największym mocarstwem w sportach zimowych. Aż 18 złotych i 41 medali w ogóle. Druga reprezentacja – Stanów Zjednoczonych – 12 złotych i 33 ogółem. Po nich Włosi – 10 (30) i Holendrzy – 10 (20).

Tomasiak, Siemirunnij i nikt więcej

Polskie trzy srebra i jeden brąz uplasowały nas na skromnym 21. miejscu. I raczej nie powinniśmy narzekać na los. Gdyby nie talent i nadzwyczajna, jak na 19-latka, dojrzałość Kacpra Tomasiaka, nastroje byłyby więcej niż ponure. Chłopak z Bystrej stał się narodowym bohaterem w ciągu kilkunastu dni. Wygląda na to, że syndrom Wojciecha Fortuny nie ma szans go dopaść. Mało tego, być może już wkrótce do starszego brata dołączy młodszy o dwa lata Konrad. Na razie jadą razem na mistrzostwa świata juniorów.

I jeszcze słowo o Kamilu Stochu. Było coś symbolicznego w widoku 38-letniego wielkiego mistrza obserwującego z dołu skoczni występy lepszych teraz od niego Kacpra Tomasiaka i Pawła Wąska w konkursie duetów.

Lider naszej kadry najpierw stanął na drugim stopniu podium w konkursie na skoczni normalnej, później był trzeci na dużym obiekcie i razem z 26-letnim Wąskiem po dramatycznych zawodach duetów dołożył jeszcze kolejne srebro.

Dzięki Władymirowi Siemirunnijemu cieszyliśmy się z wicemistrzostwa na torze lodowym w biegu na morderczym dystansie 10 km. Rosjanin z polskim paszportem stał się z miejsca faworytem (dla polskich kibiców) w kilku innych konkurencjach, ale skończyło się na chciejstwie. Do medalowej sakiewki nie dorzucili się inni panczeniści, na których można było liczyć: Damian Żurek i Kaja Ziomek-Nogal. Zabrakło niewiele, ale zabrakło. W sumie sporo poniżej (może zbyt optymistycznych) oczekiwań. Nie doczekaliśmy się też specjalnych osiągnięć w short tracku. Cztery lata temu w Pekinie Natalia Maliszewska pewnie byłaby medalistką, gdyby nie covid, który ją wykluczył. Teraz forma już nie ta.

Czytaj też: Wzloty i upadki olimpijskie. Polacy piszą piękne scenariusze. Ale całkiem różowo nie jest

Polki i Polacy w Mediolanie: raczej statyści

Do plusów trzeba zaliczyć szóstą lokatę saneczkowej dwójki – Nikoli Domowicz i Dominiki Piwkowskiej. Choć wrażenie popsuły same zawodniczki bezsensownymi wypowiedziami. Zawrót głowy od sukcesu? Czas ochłonąć i potwierdzać ten wynik w kolejnych startach.

Na pewno nie zawiodła Maryna Gąsienica-Daniel w slalomie gigancie. W tym roku była w wyjątkowej formie i dlatego widzieliśmy ją na podium, chociaż nigdy wcześniej nie stawała na nim nawet w Pucharze Świata. Kilkanaście setnych sekundy i siódma lokata to jednak coś, czym Maryna może się szczycić.

Zawiedli narciarscy biegacze, choć czy na pewno? Czy byli gotowi na coś więcej? Pewnie nie, bo niektórzy z nich po przekroczeniu linii mety kolejnych wyścigów byli całkiem z siebie zadowoleni, choć zajmowali, oględnie mówiąc, odległe miejsca. Jest jeden wyjątek – Dominik Bury w 50-kilometrowym maratonie. Dobiegł dwunasty, ale należy wątpić, czy od teraz w męskim narciarstwie klasycznym zacznie się marsz ku czołówce.

Polskie biegaczki też nie oszałamiały formą – z jednym, bardzo spektakularnym wyjątkiem Elizy Ruckiej-Michałek. Kto miał szczęście w niedzielne południe kibicować Polce na po raz pierwszy rozgrywanym biegu na 50 km techniką dowolną, ten na pewno się zgodzi.

Dziewczyna z Istebnej była ósma. Już samo to robi wrażenie, jeśli zna się realia tego sportu w naszym kraju. Po zakończeniu kariery przez Justynę Kowalczyk nie mieliśmy takich wyników, a nawet zbliżonych. Do tego 25-letnia Eliza potrafiła dogonić czołówkę w samotnym pościgu i prawie do ostatnich kilometrów mieć nadzieję na trzecie miejsce. To wielki sukces, tym bardziej że po czteroletniej przerwie zaczęła trenować wiosną ubiegłego roku. Przerwa wzięła się z dość tajemniczej słabości – powtarzających się omdleń podczas treningów. Dzięki finansowej pomocy pod trenerską opieką męża, a także Aleksandra Wieretielnego i Justyny Kowalczyk, stała się dziś jedyną realną nadzieją na nawiązanie do wyników jej zasłużonej mentorki. Być może za dużo miejsca poświęcamy „zaledwie” ósmej lokacie, ale jej niedzielny bieg naprawdę zrobił duże wrażenie.

Więcej można się było spodziewać po występach biathlonowych. Tymczasem mężczyźni zawiedli, kobiety zaś zdaniem fachowców są na ścieżce wznoszącej. Szóste miejsce w sztafecie i ósme indywidualnie w sprincie Kamili Żuk to oznaka trochę lepszej koniunktury.

Na osiągnięciach Kacpra Tomasiaka budujemy opinię o całkiem przyzwoitym występie Polek i Polaków. Wiadomo jednak, że poza wyjątkami byliśmy statystami na olimpijskich arenach. Licznymi statystami, bo reprezentacja liczyła 60 osób.

Czytaj też: Republiki dolinne. Tu odbywały się igrzyska. Budzące zazdrość turystyczne eldorado

Wielkie dramaty i zwycięstwa

Największe uniesienia nie były naszym udziałem. Taki np. Norweg Johannes Klaebo sześć razy wskakiwał na najwyższe podium. Od sprintu do maratonu w biegach narciarskich – nie miał sobie równych. Albo Franjo von Allmen z trzema tytułami mistrzowskimi. Tym samym dołączył do takich legend jak Toni Sailer i Jean-Claude Killy. Fantastycznie sprostała roli wielkiej faworytki Mikaela Shiffrin w slalomie specjalnym. Jej włoska koleżanka Federica Brignone po ciężkiej kontuzji nie tylko zaczęła swobodnie chodzić (o co się obawiano), ale jak gdyby nigdy nic nie miała sobie równych w alpejskim gigancie i supergigancie.

Historia Włoszki skończyła się happy endem, i to podwójnym. To się nie udało innej wielkiej narciarce Lindsey Vonn. Jedna z największych sław tego sportu w historii po szeregu poważnych kontuzji, zabiegach, rehabilitacji jeszcze raz wróciła na trasy, żeby udowodnić… No właśnie, co? 41-letnia Amerykanka po kilkunastu sekundach od startu w biegu zjazdowym zahaczyła o bramkę i złamała w koszmarny sposób nogę.

Nieodłącznie wielkim sukcesom towarzyszą wielkie dramaty. Kto wie, czy niektórych z nich nie zapamiętamy lepiej niż zwycięstw. Tak będzie na pewno z rozdzierającym krzykiem Lindsey Vonn.

Na szczęście tych pięknych chwil podczas XXV Igrzysk Olimpijskich Mediolan – Cortina d’Ampezzo nie brakowało, szczególnie dla tych polskich kibiców, którzy potrafili zachwycać się występami reprezentantów innych nacji.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Tragedia na torach. Takiego wypadku nie było w Polsce od lat, robi się groźnie. Kto zawinił?

Takiego wypadku nie było w Polsce od lat. Niedawno na przejeździe kolejowo-drogowym w Ziębicach zginęło młode małżeństwo. Nie zadziałały nie tylko rogatki, ale doszło też do awarii sygnalizacji świetlnej. Iwona i Krystian osierocili dwuletnią córeczkę. Czy przejazdy kolejowe w Polsce to przejazdy śmierci?

Katarzyna Kaczorowska
10.02.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną