Porażka nie zagraża trzeciemu miejscu Igi Świątek w rankingu WTA, ale istotne jest to, że poziom jej gry jest niższy niż miejsce w zestawieniach najlepszych.
Początek był całkiem obiecujący. Serwowała Marta Kostiuk i trzeba było rozegrania aż 14 piłek, żeby wygrać tego gema. Polka wydawała się pewna swego, czekała na potknięcia rywalki, która jest co prawda w życiowej formie, ale to wcale nie oznaczało, że Świątek nie ma więcej tenisowych argumentów.
Iga Świątek wywiesiła białą flagę
W siódmym gemie doszło do pierwszego przełamania i dokonała tego zawodniczka Francisco Roiga. W tym momencie wydawało się, że wystarczy pilnować własnego podania do spokojnej wygranej w secie. Tymczasem podopieczna polskiej trenerki Sandry Zaniewskiej natychmiast wróciła do równowagi, odbierając podanie przeciwniczce. Po kolejnych przełamaniach faworytka musiała uznać wyższość 15. tenisistki WTA.
Wydaje się, że bardziej niż Kostiuk wygrała tego seta, Świątek go przegrała. Proste niewymuszone błędy, kłopoty z serwisem to podstawowy powód porażki. Co z tego, że Iga zachowywała spokój, jeśli punkty uciekały jeden za drugim?
W przerwie reprezentantka Polski pobiegła do szatni, a Ukrainka podrygiwała w rytm muzyki w oczekiwaniu na jej powrót. Wydawało się, że średni poziom pozwoli Idze na odrobienie strat. Szybko zostaliśmy wyprowadzeni z błędu. Kostiuk odebrała serwis Świątek w czwartym gemie (i to do zera) i zrobiło się 1:3. W tym momencie można było zwątpić w jej końcowy sukces.
Znowu niewymuszone błędy z jednej strony i coraz większa swoboda z drugiej prowadziły do nieuchronnej sromotnej porażki aż 1:6. Tak naprawdę w ostatnich gemach Polka wywiesiła białą flagę. Gdzie te czasy, gdy nie poddawała się do ostatniej piłki i potrafiła odwrócić losy meczu w bardzo trudnych sytuacjach?
U Świątek nerwowo, Chwalińska z szansami
Cóż, trzeba przełknąć gorzką pigułkę, stratę wielu punktów, bo w ubiegłym roku był przecież półfinał, z którego nie byliśmy specjalnie zadowoleni. Ten obraz bardzo się zmienił przez 12 miesięcy. Dzisiaj trzeba się obawiać nie tylko przeciwniczek z absolutnego topu. Czterokrotna mistrzyni Rolanda Garrosa jest bardzo daleko od wzbogacenia tego dorobku.
Można odnieść wrażenie, że wszyscy bardzo chcieliśmy odmiany w postawie naszej najlepszej tenisistki, że ponad miarę chwaliliśmy zmiany, które zaszły w tenisie Igi po objęciu rządów przez uśmiechniętego Francisco Roiga. Wierzyliśmy w magic touch Rafy Nadala w jego akademii na Majorce. Owszem, były zwycięstwa nad Jessiką Pegulą i Naomi Osaką i był pierwszy półfinał w tym roku w Rzymie. To jednak nie był początek wielkiej formy na mączce, tylko jej szczyt.
Z dużymi obawami trzeba czekać na kolejną część sezonu, tym razem na korty trawiaste. Tym bardziej że Świątek ma bardzo dużo punktów do obrony.
Kto by pomyślał, że najdłużej w Paryżu będzie grała inna Polka – Maja Chwalińska. Ona jutro ma przecież szanse znaleźć się w ćwierćfinale, jeśli pokona Francuzkę Diane Parry. Oby jeszcze raz jej „balony” zaskoczyły rywalkę. Bez względu na wynik tego meczu jako kwalifikantka osiągnęła na kortach Rolanda Garrosa życiowy sukces. A zarobione pieniądze pozwolą na spokojne planowanie występów w kolejnych miesiącach.