Maja Chwalińska zawalczy o tytuł w finale Rolanda Garrosa. Polskę opanowało szaleństwo
Najniespodziewaniej w świecie Polskę ogarnęło tenisowe szaleństwo na punkcie Mai Chwalińskiej. Wydaje się, że spokój zachowuje tylko sama bohaterka i jej trener Jaroslav Machovsky. Stan podniecenia przewyższa chyba to, co działo się sześć lat temu, gdy Iga Świątek brawurowo sięgała po swój pierwszy tytuł w Paryżu. Przypomnijmy, że Iga startowała wówczas z 54. miejsca w rankingu, Maja ze 114. i trzystopniowych kwalifikacji.
W przypadku Świątek przeczuwaliśmy już co najmniej dużą karierę, w przypadku Chwalińskiej czekaliśmy na to, żeby zadomowiła się w pierwszej setce. Świątek mknęła ku szczytom, Chwalińska z mozołem starała się piąć w hierarchii.
Chwalińska na kortach Rolanda Garrosa
Teraz wszyscy, którzy znają i obserwują Maję nie od trzech paryskich tygodni, powtarzają, że ona grała tak od zawsze. Z powodu średnich warunków fizycznych i predyspozycji grała kombinacyjnie. Skróty, loby, slajsy to nie jest jej wynalazek w ostatnim czasie. A jednak wyników na skalę oczekiwań nie było. Ciułała punkty w zawodach niższej rangi. Niedawna jedna czwarta finału WTA 250 w rumuńskim Cluj odebrana została jako spore osiągnięcie. Notabene gładko przegrała wówczas z Emmą Raducanu, która Paryż opuściła po pierwszej rundzie. Z Raducanu nazwisko Polki łączone jest w tych dniach często (o czym w następnym akapicie). Skoro Maja robiła to samo od początku, to dlaczego robiła to bez choćby przybliżonego efektu? Tylko częściową odpowiedzią na to pytanie są jej kłopoty zdrowotne i mentalne.
Jedną z najczęściej powtarzanych informacji uświadamiających skalę sukcesu jest ta, że po raz pierwszy kwalifikantka dotarła do ostatniego dnia turnieju wielkoszlemowego. Na kortach Rolanda Garrosa. To ważne zastrzeżenie, bo przecież podobną drogę przebyła pięć lat temu w Wimbledonie właśnie Emma Raducanu. 18-latka sięgnęła wówczas po tytuł i... od tej pory nie zbliżyła się nawet do tej miary sukcesu. To swego rodzaju memento, choć można mieć prawie pewność, że Polka będzie umiała uporać się z zagrożeniami wynikającymi z tak nagłej zmiany statusu. Z kogoś, kto musi się martwić o środki na kolejny lot klasą ekonomiczną, na gwiazdę odbieraną z lotniska przez limuzynę organizatorów.
Polki po obu stronach kortu
Po odpadnięciu Igi Świątek w czwartej rundzie i wcześniej pozostałych naszych reprezentantów patrzymy na French Open przez pryzmat jednej tenisistki. Tymczasem zarówno kobiecy, jak i męski turniej jest w tym roku bardzo ciekawy z powodu liczby niespodzianek. Wśród mężczyzn murowany faworyt Jannik Sinner (pod nieobecność Carlitosa Alcaraza) niespodziewanie zupełnie opada z sił. Dość wcześnie staje się jasne, że Novak Djoković nie sięgnie po swój 25. tytuł wielkoszlemowy. W ćwierćfinale spotyka się 104. ze 105. rakietą ATP.
Wśród kobiet szybko odpadają Jelena Rybakina, Coco Gauff i czterokrotna mistrzyni z Polski. Po zwycięstwie Chwalińskiej w ćwierćfinale wielu komentatorów zastanawiało się, jak sobie poradzi z Aryną Sabalenką w kolejnym kroku. Tymczasem Diana Sznajder w trzecim secie rozprawia się z Białorusinką do zera, by następnie… wiadomo, co było kolejnego dnia. Sabalenka znów wyjeżdża znad Sekwany bez trofeum.
W powodzi niespodzianek obecność w finale Mirry Andriejewej zaskoczeniem nie jest. Ma dopiero 19 lat, a w Paryżu była już w pół- i ćwierćfinale. Pod okiem finalistki sprzed lat Conchity Martinez stała się mniej podatna na ataki złości w trudnych momentach. Przed pierwszą rundą była ósma według WTA. Na pewno nie powiedziała ostatniego słowa. Bez względu na ostateczny bilans French Open.
W ostatnich dniach rekordy bije zainteresowanie Mają Chwalińską. Widać to np. w statystykach internetowych wyszukiwarek. To całkowicie zrozumiałe.
Tymczasem nawet jeśli dziś ostatnia piłka na korcie Philippe’a Chatriera wywoła szał radości polskich kibiców, to Świątek ciągle będzie naszą najbardziej utytułowaną mistrzynią. Jest bardzo ciekawe, jak niespodziewany wielki sukces koleżanki, a nawet przyjaciółki wpłynie na, co tu dużo mówić, znajdującą się w trudnym czasie Igę. Oby ich rywalizacja sprzyjała jednej i drugiej. Można mieć nawet takie marzenie, żeby w przyszłym roku, niekoniecznie w Paryżu, ale np. w Melbourne, Londynie czy Nowym Jorku, w decydującej rozgrywce po obu stronach kortu stanęły Polki. Dlaczego nie?