Afryka: krajobraz po piłce

Czarna wdzięczność
Miesiąc piłkarskiej fiesty zmienił RPA, a może i całą Afrykę.
TheGiantVermin/Flickr CC by SA

Ach, co to był za mundial! Ceremonię otwarcia obejrzało pół miliarda ludzi w ponad 200 krajach. Ponad 3 mln widzów przewinęło się przez stadiony podczas rozgrywek. Gdyby jeszcze na inauguracji pojawił się prawie 92-letni Madiba – przydomek Nelsona Mandeli, ojca nowej Afryki Południowej – wszystkim stanęłyby łzy w oczach. To było święto futbolu, ale także celebracja Afryki. „Africa, unite!” – apelowała słowami przeboju Boba Marleya bulwarówka wydawana w Soweto, dzielnicy Johannesburga zamieszkanej przez czarnych.

Sukces RPA Afrykanie uznali za sukces Afryki. Jesteśmy dumni, że jesteśmy Afrykanami, że pokazaliśmy światu, na co nas stać. Viva Africa! To, czego nie dali nam politycy i liderzy, dała nam drużyna Ghany: poczucie jedności.

Ta sama duma zapanowała w kraju goszczącym mistrzostwa. Padały porównania z 1994 r., kiedy upadek apartheidu wywołał podobne uczucie narodowego zjednoczenia wszystkich ras i ludów tworzących Afrykę Południową. Obecny prezydent Jacob Zuma dziękował za pokaz „ducha inkluzywizmu”, ducha wspólnoty, podczas historycznej, pierwszej tego rodzaju imprezy sportowej w RPA. Oby ten skarb nie został roztrwoniony, a obraz Afryki jako kontynentu uległ trwałej zmianie na lepsze – powtarzali niemal zgodnym chórem Afrykanie, niezrażeni faktem, że finały mundialu należały do drużyn z Europy.

Bo przecież jedna Czarna Gwiazda – Czarnymi Gwiazdami przezwano zawodników Ghany, którzy odpadli jako ostatnia z drużyn afrykańskich – jest lepsza niż pięćdziesiąt białych. „W powszechnej euforii sam sport schodzi na dalszy plan”, zwraca uwagę Mario Osava, dziennikarz jednej z gazet w RPA.

Jeszcze dwa lata temu Sepp Blatter, przewodniczący FIFA, Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej, przyznawał – zdarzyło się tak po raz pierwszy w historii organizacji mundiali – że FIFA na wszelki wypadek sporządziła plan B. Gdyby pomysł z RPA okazał się zbyt ryzykowny, karawana piłkarzy i trenerów przeniosłaby się na boiska Australii, USA, Hiszpanii albo Japonii, które mogłyby przygotować turniej od ręki.

Strachy na lachy

Nie wszyscy działacze FIFA byli sercem z Afryką i nie wszyscy uważali, że mundial się jej należał. Chociażby Uli Hoeness, szef klubu Bayern z Monachium, skwitował, że powierzenie turnieju RPA to najgorsza decyzja podjęta w dziejach FIFA. Nietrudno nawiasem mówiąc o paralelę między stanem przygotowań Południowej Afryki sprzed dwóch lat i obecnym Polski i Ukrainy do Euro 2012. Sceptycy czarno widzieli zawody w RPA, straszyli, że będą logistycznym koszmarem, kibice, piłkarze, dziennikarze i oficjele padną ofiarami przestępców, a stadionów nie uda się zbudować na czas. Wątpliwości takie zresztą regularnie towarzyszą przygotowaniu podobnych zawodów organizowanych przez małe lub średnie kraje; pojawiały się przy okazji igrzysk olimpijskich w Atenach, gdzie ostatnie retusze prowadzono już po zapaleniu znicza, podczas mistrzostw Europy w Portugalii w 2004 r. i teraz w wypadku turnieju polsko-ukraińskiego i następnego mundialu rozgrywanego za cztery lata w Brazylii.

Dziś wiemy, że w RPA wszystko udało się niemal perfekcyjnie, ale były momenty, gdy wydawało się, że klapa jest blisko, szczególnie w czasie przygotowań, kiedy zmagano się z niedoborami prądu i brakiem wykwalifikowanych robotników. Ostatecznie obyło się bez większych wpadek, poza nielicznymi napadami, między innymi na dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, kradzieży, w tym przedmiotów i gotówki należących do greckich i angielskich piłkarzy, i chaosem na zatłoczonym lotnisku w Durbanie, skąd kilkuset kibiców nie dotarło na emocjonujący półfinał Niemcy-Hiszpania.

Mundial złamanych obietnic

Po ostatnim gwizdku mistrzostw Sepp Blatter przyznał RPA za organizację mundialu 9 punktów na 10 i życzył powodzenia w ubieganiu się o przyznanie prawa do letnich igrzysk w 2020 lub 2024 r. Gdyby także je udało się zorganizować, można by wykorzystać choć część zbudowanej infrastruktury sportowej. Bo także RPA, gdzie prawie połowa obywateli żyje w biedzie, czyli za mniej niż 2 dol. dziennie, popełniła tradycyjny grzech gospodarzy wielkich turniejów. Tegoroczny kosztował 7,3 mld dol., 6 proc. rocznego budżetu kraju. Ogromnym kosztem 5,3 mld dol. wystawiono 10 wielkich stadionów: pięć zbudowano od podstaw, a pięć zmodernizowano. Tymczasem nie rysują się widoki, by można je było zapełniać wystarczająco często, aby potrafiły zarobić nawet na swoje utrzymanie. I nie chodzi tylko o wielkie obiekty, które urosły już do rangi tego, co angielski określa mianem białych słoni, demonstrację niepotrzebną i kosztowną ponad miarę.

Podobnie rzecz ma się z mniejszymi boiskami treningowymi. Jak w Cape Flats, ubogim przedmieściu Kapsztadu, gdzie mieszkańcy zorganizowali Mistrzostwa Świata Biednych, mające unaocznić, że mundial ignoruje potrzeby większości mieszkańców RPA. Odbyły się one tuż obok stadionu Athlone, odnowionego kosztem 50 mln dol. Miały na nim ćwiczyć drużyny biorące udział w mistrzostwach, ale pojawiły się tam raptem dwukrotnie. Skarg płynie więcej. Począwszy od zwyczajowych narzekań ulicznych handlarzy, które usłyszeć można pod każdą szerokością geograficzną, jakoby nic nie zarobili na sprzedaży szalików i ciepłych czapek (czerwiec w RPA to środek zimy). Choć czasem to prawda, rzeczywiście niektóre interesy nie wypaliły, bo turyści – tylko w czerwcu przyjechało ich blisko 700 tys. – nie dotarli do dzielnic o wątpliwej reputacji.

Marcus Solomon, dziś pracownik opieki społecznej, a w czasach apartheidu przez 10 lat pensjonariusz owianego złą sławą ciężkiego więzienia na Robben Island (przetrzymywano w nim także Mandelę), żalił się agencji Reutera, że rząd wydał zbyt wiele pieniędzy na jeden cel i pieniądze zmarnował. Wątpliwości ma również duchowny Kościoła anglikańskiego Steve Morero, który przed finałami odprawił nabożeństwo dziękczynne za spodziewane dobrodziejstwa mistrzostw, a po nich skarżył się w „New York Timesie”, że zaprzeczyły południowoafrykańskiej idei ubuntu. Nakazuje ona szacunek bliźniego i sprawiedliwy podział wspólnych dóbr. Mistrzostwa nie były w zgodzie z ubuntu, bo fortunę zbiła na nich FIFA (POLITYKA 28) i biznesmeni spoza biednego Soweto, a przecież to właśnie tam znajduje się główna arena zawodów, na której Hiszpanie w dogrywce finału pobili Holendrów. Rozgoryczeni pytają, po co było w ogóle robić tak kosztowną imprezę w Afryce, skoro Afryka nie doszła do decydującej fazy turnieju? Czyżby mundial złamanych obietnic?

„Afryka zmieniła się na zawsze”, odpowiada prezydent Jacob Zuma, „przede wszystkim ze względu na infrastrukturę, która nigdy nie była na takim poziomie. I taka już pozostanie”. Jej zbudowanie było dla RPA wysiłkiem porównywalnym z polskim. Dobre drogi powstały tam wcześniej, za to w powijakach był transport publiczny. Teraz, po blisko dwóch dekadach liczonych od upadku apartheidu, masowo korzystano z kolei, uważanej dotąd za zbyt niebezpieczną.

Przeciwko ksenofobii

Turniej był także wielką reklamą RPA, przez miesiąc świat słyszał coś ponad mantrę o przemocy i AIDS. Niemcy po turnieju sprzed 4 lat przeżyły najazd turystów, podobnie Australia po igrzyskach olimpijskich w 2000 r. Niewykluczone więc, że ci, którzy kibicowali, zachęcą innych do przyjazdu. A w budżecie RPA dochody z turystyki ważą więcej niż z kopalni złota, uważanych za podstawę miejscowego dobrobytu, największego na kontynencie.

Prezydent Zuma twierdzi także, że na czas mundialu udało się zrealizować dawne marzenie Mandeli o zjednoczeniu kraju. Afryka Południowa właśnie kończy 16 lat nowej egzystencji jako państwo rządzone przez czarną większość. Wchodzi w życie dorosłe. Czy po mundialu ulice znów zaroją się od przestępców? Czy kibice, którzy byli tak wspaniale solidarni z zawodnikami Ghany czy Kamerunu, znów zaczną być ksenofobami?

Problem ksenofobii w RPA to dla wielu Afrykanów papierek lakmusowy. Za czasów apartheidu działacze Afrykańskiego Kongresu Narodowego, ANC, który już czwartą kadencję rządzi krajem, znajdowali schronienie i pomoc w państwach już rządzonych przez czarnych. Teraz mieszkańcy Zimbabwe, Malawi, Mozambiku oczekują od RPA, że pozwoli im szukać lepszego życia u siebie. Przywódcy państwa to obiecują, lecz obywatele bywają innego zdania. Zwłaszcza ci biedniejsi. Imigranci z sąsiedztwa nie są mile widziani. Pod te antyimigranckie nastroje podszywają się nawet lokalni działacze ANC lub populiści spragnieni poklasku.

Im bliżej było do końca mundialu, tym szerzej krążyły pogłoski, że po mistrzostwach, kiedy uwaga światowych mediów odwróci się od RPA, imigranci zostaną przegnani z kraju, który ma dość problemów z wykarmieniem, leczeniem i wykształceniem własnych ubogich obywateli. Do antyimigranckich rozruchów jak dotąd nie doszło, ale tuż przed finałem mundialu zaobserwowano wzmożony ruch przybyszy do ich krajów rodzinnych lub na południe RPA, gdzie niechęć do imigrantów jest mniejsza. Szacowano, że przed zakończeniem mistrzostw co najmniej 10 tys. imigrantów opuściło RPA w obawie przed atakami. Wciąż żywa jest pamięć o zamieszkach w 2008 r., w których zginęło ponad 60 osób, a 100 tys. zostało przegnanych w inne miejsca pobytu. Policja, fundacja Mandeli i kierownictwo ANC zapewniają, że są przeciwko ksenofobii. Słusznie, bo do rozwoju RPA potrzebuje także imigrantów.

Kto zabił ducha?

RPA potrzebuje też jasnej wizji tego rozwoju. To numer jeden wśród państw Czarnego Lądu. Ma wielkie dokonania, jeszcze większy potencjał. Lecz konflikty w nowej elicie władzy, złożonej z liderów ANC, ogrom zadań do wykonania i złe nastroje społeczne prowokują do pytań o przyszłość. Już przed laty czarnoskórzy intelektualiści ukuli jako ostrzeżenie pojęcie syndromu Nongqawase. Nazwa pochodzi od imienia młodziutkiej dziewczyny z ludu Xhosa (Khosa). W połowie XIX w. walczył on o przetrwanie z białymi kolonizatorami brytyjskimi. Nongqawase miała widzenie, że przodkowie każą wybić plemieniu całe bydło, podstawowe źródło zbiorowej egzystencji. Wtedy umarli wojownicy wstaną z martwych i przepędzą białych najeźdźców. Xhosa usłuchali wizjonerki. Wybili bydło, zniszczyli wszelkie zapasy, przestali siać. Dziesiątki tysięcy Xhosa zmarło z głodu i wycieńczenia, drugie tylko rozproszyło się po kraju w poszukiwaniu pożywienia. Dziś powiedzielibyśmy, że Xhosa popełnili na samych sobie ludobójstwo, na szczęście niecałkowite.

Teraz, ostrzegają niektórzy w RPA, sytuacja może się powtórzyć w sensie politycznym. Waśnie wśród przywódców ANC osłabiają reformatorską siłę tej partii, na czym zyskują populiści, radykałowie i fanatycy. Chaos polityki i konflikty kulturowe grożą unicestwieniem dorobku epoki po apartheidzie. Na dodatek nie widać nikogo, kto zdolny byłby odegrać rolę Nelsona Mandeli.

Na ten zasadniczy problem w szokujący sposób zwrócił uwagę młody artysta Yiull Damaso. Kopiując słynny obraz Rembrandta „Lekcja anatomii doktora Tulpa”, namalował martwego Nelsona Mandelę, tylko w opasce biodrowej, w otoczeniu głównych żyjących polityków i jednego nieżyjącego już młodego działacza walki z plagą HIV/AIDS. Dzieło zdobyło ogromny rozgłos w czasie finału mundialu. ANC pracę potępił, przypominając, że w kulturze afrykańskiej przedstawianie osób żyjących jako martwych może być odebrane jako rzucanie złego uroku. Fundacja Mandeli sprawy nie skomentowała. Tymczasem Damaso, wielbiciel Madiby, chciał w ten sposób zadać dzisiejszej elicie politycznej RPA pytanie: kto zabił ducha, jakim Madiba przepoił życie kraju?

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną