Matką byłam bardzo średnią
Francuska filozofka i feministka Elisabeth Badinter mówi o tym, że kobiecość – to nie tylko macierzyństwo. Jej zdaniem wywierana na kobiety presja, by były idealnymi matkami, sprzyja męskiej dominacji.
quinn.anya/Flickr CC by SA

Elisabeth Badinter z mężem.
Forum

Elisabeth Badinter z mężem.

Artykuł pochodzi z  41. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 11 października.
Polityka

Artykuł pochodzi z 41. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 11 października.

Der Spiegel: Ma pani troje dorosłych dzieci. Czy była pani dobrą matką?

Elisabeth Badinter: Bardzo średnią, jak w gruncie rzeczy większość matek. Zawsze starałam się dać moim dzieciom maksimum, ale z dzisiejszego punktu widzenia wiele rzeczy robiłam źle. Dlatego uważam się za matkę najzupełniej przeciętną.

Jest pani zwolenniczką Simone de Beauvoir, która zdecydowanie odrzucała macierzyństwo. Być feministką i zarazem matką – czy nigdy nie uważała pani tego za sprzeczność?

Nie, ja pragnęłam tych dzieci, i chciałam je mieć szybko jedno po drugim. Byłam wtedy jeszcze na studiach, zdawałam egzaminy. Podczas egzaminów pisemnych byłam z reguły w zaawansowanej ciąży, na ustnym – już nie. Z tego powodu nawet parę razy oblałam. Należę do pokolenia kobiet, które jeszcze rodziły dzieci, nie rozważając wszystkich za i przeciw. Było to dla mnie czymś oczywistym. I wspominam każdą z tych trzech ciąż jako jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Ale jednego nie zrobiłam: nigdy nie zadałam sobie pytania, czy będę dobrą matką, czy sprostam wszystkim wymaganiom – tak, jak to robi dzisiaj wiele młodych kobiet.

W swojej książce „Le conflit, la femme et la mere” (Konflikt: kobieta i matka) pisze pani, że nasila się dziś presja na kobiety, pragnące mieć dzieci. Nie wystarczy już być matką – trzeba być matką perfekcyjną, która długo karmi dziecko wyłącznie piersią, przez długi czas zostaje w domu przy dziecku i stara się zapewnić mu optymalny rozwój.

Przeżywamy obecnie osobliwy okres, powrót do czasów dawno minionych. Po francusku ten fenomen nosi nazwę „l’enfant roi” – dziecko jest królem. Interes matki wyraźnie ustępuje interesom dziecka, jest drugorzędny. A to z kolei rodzi dążenie do posiadania perfekcyjnego dziecka. Skoro już zostaję w domu – tak dziś rozumuje wiele młodych matek – skoro całkowicie poświęcam się dziecku, to niechże będzie ono dzieckiem możliwie jak najbardziej idealnym: optymalnie stymulowanym, inteligentnym, zrównoważonym emocjonalnie, mającym bliski kontakt z przyrodą. Zadaję sobie całkiem poważnie pytanie, co w efekcie na dalszą metę wyrośnie z tych dzieci.

Oponuje pani zwłaszcza przeciwko karmieniu piersią, do którego nakłania się kobiety, stosując łagodną presję.

Jaką łagodną presję? Robi się wszystko, by wzbudzić w kobiecie poczucie winy: „Pani nie chce karmić piersią? - zapyta pielęgniarka, słysząc, że wolałaby pani podać maleństwu mleko z butelki. - Ależ madame, przecież pani na pewno chciałaby dla swego dziecka wszystkiego, co najlepsze…” Wie pani, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł napisania tej książki? Wtedy, gdy ówczesny minister zdrowia Bernard Kouchner w 1998 roku zgodnie z dyrektywą UE zabronił nie tylko reklamowania mleka w proszku dla dzieci, ale nawet wydawania bezpłatnego mleka w proszku na oddziałach położniczych.

Co jest takiego złego w karmieniu piersią?

Ależ nic, tylko uważam, że to decyzja wyjątkowo osobista i intymna. Jeśli jakaś kobieta chce tego, no to cudownie, ale jeśli nie chce – to też dobrze. A politykom nic do tego. Jednak Francja przyjęła zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia, w myśl których należy przez sześć miesięcy karmić dziecko wyłącznie piersią, a w miarę możności jeszcze przez rok dłużej, już z dodatkiem innych pokarmów. Te zalecenia są dobre dla krajów rozwijających się, gdzie poczyniono smutne doświadczenia , gdyż pokarm dla dzieci sporządzano z mleka w proszku z domieszką zakażonej wody. Ale dlaczego, na miłość boską, stosuje się te zalecenia także do mieszkanek Paryża czy Berlina? To nas katapultuje z powrotem w czasy naszych babć.

W pani odczuciu już samo zalecenie, by karmić piersią, stanowi krok wstecz na drodze do emancypacji kobiet?

Powtarzam: sądzę, że to wspaniale, jeśli jakaś kobieta sama podejmuje taką decyzję. Ale to powinno być dobrowolne. z wielką troską obserwuję tutaj we Francji ruch, który głosi hasła powrotu do natury i uważa się za awangardę nowoczesności. Kobiety powinny więc rodzić bez znieczulenia, powinny też zostawać jak najdłużej w domu, bo to sprzyja wytworzeniu więzi między matką a dzieckiem. Powinny też karmić piersią, bo to zapobiega alergiom i astmie u dziecka, a samą matkę chroni przed rakiem piersi. Powinny używać pieluszek nadających się do prania, bo byłoby to z korzyścią dla środowiska. Nasza minister środowiska dwa lata temu całkiem poważnie proponowała, by pieluszki jednorazowe obłożyć podatkiem.

Pani zdaniem było to podyktowane czymś innym, niż potrzebą ochrony środowiska?

Tak, bo wystarczyłoby postarać się o to, by wytwarzano pieluszki, które podlegałyby biodegradacji. Ten ruch ma charakter ideologiczny i prowadzi nas z powrotem do XVIII wieku, do czasów Jana Jakuba Rousseau i jego modelu idealnej matki. To trochę tak, jakby chciano obudzić drzemiące w kobiecie zwierzę z gatunku ssaków – ale przecież my, kobiety ,nie jesteśmy szympansami.

Czy pani troszkę nie przesadza?

To, o czym piszę – to pierwsze, alarmujące oznaki. Jeśli by brać wszystkie te zalecenia poważnie, to co z tego wynika? Kobiety coraz dłużej pozostają w domu. Jak by pani mogła pracować, karmiąc piersią przez sześć miesięcy i dłużej? Co dwie godziny z laktatorem w ręku zamawiać taksówkę? Coraz więcej kobiet, nawet teraz w czasie kryzysu, decyduje się na pozostanie w domu. Jest wśród nich wiele kobiet o wysokich kwalifikacjach, które być chcą już tylko idealnymi matkami.

DZIECI ODEJDĄ, MĄŻ BYĆ MOŻE TAKŻE – CO POTEM?

Nie każda kobieta chce również jako matka walczyć o równouprawnienie kobiet.

Z pewnością, ale są jeszcze co najmniej dwie sprawy, które dotyczą szczególnie kobiet na Zachodzie. Po pierwsze, spośród każdych dwóch par jedna rozpada się już po trzech, albo po siedmiu latach. Wtedy na placu zostaje kobieta, która od lat nie ma już swojego miejsca na rynku pracy – jej przyszłość jest pod względem ekonomicznym bardzo zagrożona. A po drugie, aktywne wychowanie dziecka zajmuje może 19 do 15 lat całego życia, natomiast kobieta dożywa dziś średnio przeszło osiemdziesięciu lat. Czy chciałaby pani więc poświęcić całe swoje życie wychowaniu dzieci? A co potem, kiedy dzieci już wyjdą z domu – a mąż być może także? Co wtedy?

Przedstawia pani swój kraj w bardzo ciemnych barwach. A przecież Francuzki mimo wszystko rodzą niemal najwięcej dzieci w Europie – przypada ich dwoje na kobietę, podczas gdy w Niemczech ten wskaźnik wynosi tylko 1,38. Francuskie matki pracują też często w pełnym wymiarze czasu.

Francuzki maja dzieci, bo we Francji jest po prostu łatwiej być matką i mimo to pracować, a także robić jeszcze inne rzeczy. Może tu pani powierzyć dziecko opiece innych – i nikt, ani teściowa, ani mąż, ani własna matka nie będzie pani miała tego za złe. Oddanie dziecka innym osobom pod opiekę nie uchodzi we Francji za coś z gruntu niewłaściwego. Niepokoi mnie jednak, że obecnie, rzekomo w imię nauki i dla dobra dziecka, zaleca się kobietom inny model. Padają również argumenty przeciw materialistycznemu, egoistycznemu społeczeństwu konsumpcyjnemu. Rzecznicy tego ruchu, występującego w ekologicznych barwach, apelują: wróćmy do korzeni, słuchajmy głosu natury! Karmmy dziecko piersią. Zostańmy z nim w domu. A co dziwne, podoba się to wielu młodym kobietom.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj