Świat

Koniec mitu pucybuta

Rozwarstwienie w USA grozi buntem

Amerykański mit od pucybuta do milionera staje się coraz mniej realny. Aż 42 proc. amerykańskich mężczyzn z najbiedniejszych rodzin pozostaje w tej warstwie przez całe życie. Amerykański mit od pucybuta do milionera staje się coraz mniej realny. Aż 42 proc. amerykańskich mężczyzn z najbiedniejszych rodzin pozostaje w tej warstwie przez całe życie. Bernhard Classen/Vario Images / Forum
W Ameryce, inaczej niż w Europie, różnice majątkowe nie drażniły ludzi. Dziś jednak rozpiętość dochodów w USA bardzo wzrosła i grozi buntem.
Wielkie korporacje mają bez porównania silniejszy wpływ na amerykański rząd i Kongres niż zwykli obywatele.Emmanuel Dunand/AFP/EAST NEWS Wielkie korporacje mają bez porównania silniejszy wpływ na amerykański rząd i Kongres niż zwykli obywatele.
W Ameryce zawsze jest pogoda dla bogaczy. Parasol przydałby się raczej biedniejszym.david_shankbone/Flickr CC by 2.0 W Ameryce zawsze jest pogoda dla bogaczy. Parasol przydałby się raczej biedniejszym.

Biedni czy bogaci: kto powinien ponieść największy ciężar wychodzenia z kryzysu? Wokół tego pytania może się kręcić amerykańska kampania prezydencka. Od pół roku prezydent Obama apeluje o podwyżkę podatków dla bogaczy. Republikanie niezmiennie zarzucają mu wzniecanie walki klas i dzielenie społeczeństwa. Ale rosnące notowania prezydenta wskazują, że ten straszak, choć długo skuteczny, tym razem już nie zadziała. Większości podoba się pomysł uderzenia milionerów po kieszeni – w sondażach 57 proc. Amerykanów uważa, że najzamożniejsi płacą zbyt niskie podatki.

W Ameryce rosną rozpiętości materialne, antagonizmu klasowego nie trzeba wzniecać, bo społeczeństwo jest podzielone jak rzadko kiedy. Dwie trzecie Amerykanów uważa, że w USA istnieją silne konflikty między biednymi a bogatymi – w ciągu ostatnich dwóch lat o 10 proc. wzrósł odsetek wyrażających taką opinię. Nierówności dochodów wzrosły w ostatnich trzech dekadach we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych, ale w USA ten wzrost jest większy niż gdzie indziej, niemal tak jak w Trzecim Świecie. Według niedawnego raportu OECD, rozpiętość między dochodami najzamożniejszych i najuboższych obywateli w Niemczech, Danii i Szwecji wynosi jak 6 do 1, na południu Europy jest nieco większa, ale w USA obrazuje go proporcja 14 do 1.

Klasy i kasty

Od 1985 r. realne dochody szefów wielkich korporacji wzrosły pięcio, dziesięciokrotnie, a dochody średnio zarabiających i najbiedniejszych Amerykanów stoją lub nawet spadły. Ale nie liczby są najważniejsze. Kult dolara i kult sukcesu był tu zawsze. Propozycje redystrybucji dochodów, zabierania bogatym, by oddać biednym, spotykały się zwykle z ripostą: nie można karać za sukces. Astronomiczne premie dla bankierów, którzy wpędzili kraj w kryzys, przyjęto z oburzeniem, ale emocje wzbudziła nie tyle ich wysokość, co bezkarność beneficjentów. Według badań Instytutu Gallupa z końca ubiegłego roku, większość Amerykanów (54 proc.) wciąż jest zdania, że rozpiętości dochodów to „dopuszczalny element naszego systemu ekonomicznego”. 58 proc. uważa bowiem, że ci, którzy chcą awansować, mogą dopiąć swego, jeśli tylko będą ciężko pracować. Fala dobrobytu uniesie wszystkie łodzie – Ameryka to przecież kraj, który stwarza szanse wszystkim. Problem w tym, że fakty temu przeczą.

Pionowa mobilność społeczna – od pucybuta do milionera – czym Ameryka się niegdyś szczyciła, jest obecnie mniejsza niż w wielu innych krajach wysoko rozwiniętych. Szanse awansu są lepsze w większości krajów Europy Zachodniej. Aż 42 proc. amerykańskich mężczyzn z najbiedniejszych rodzin pozostaje w tej warstwie przez całe życie. Tylko 8 proc. Amerykanów z nizin naprawdę awansuje. – W porównaniu z innymi krajami wysoko uprzemysłowionymi biednym w USA trudniej jest wydobyć się z dołu ubóstwa – ocenia Scott Winship, analityk z waszyngtońskiego Brookings Institution.

W Ameryce, niegdyś stawianej Europie za wzór społeczeństwa, w którym każdy ma równy start, wyrosły wysokie schody. Autor „Końca historii” Francis Fukuyama, daleki od lewicowości, ostrzegł, że Ameryce – jak zresztą i całemu Zachodowi – grozi stopniowy zanik klasy średniej. Politolog i były minister spraw zagranicznych Meksyku Jorge G. Castańeda stawia pytanie, czy Stany Zjednoczone rzeczywiście chcą wyglądać jak kiedyś Ameryka Łacińska. Tam w wielu krajach postępuje dziś proces odwrotny: klasa średnia rośnie. George Packer z „New Yorkera” widzi w pogłębiających się nierównościach objaw choroby rokującej zmierzch Ameryki.

 

 

Znamienny dla tych niepokojów jest rozgłos, jakim cieszy się nowa książka Charlesa Murraya „Coming Apart: The State of White America, 1960–2010” (w wolnym tłumaczeniu: Drogi się rozchodzą. Stan białej Ameryki 1960–2010). Autor to jeden z czołowych ultrakonserwatywnych badaczy społecznych – w latach 90. zasłynął pracą „The Bell Curve”, w której dowodził, że Murzyni żyją w biedzie, gdyż są mniej inteligentni. Prawica w USA powiela zwykle ideologię bezklasowości amerykańskiego społeczeństwa, a tymczasem Murray w swej najnowszej książce przedstawia wizję Ameryki podzielonej już nie tylko na klasy, lecz coś w rodzaju kast.

Opisuje z jednej strony zamkniętą elitę zamożnych, którą nazywa Belmont, gdzie bogactwo i pozycja coraz częściej przechodzą z pokolenia na pokolenie, a z drugiej – niziny podklasy, czyli wyimaginowane Fishtown, świat amerykańskich White Trash, białych śmieci, bez wykształcenia i perspektyw na awans (dla zabezpieczenia się przed zarzutem rasizmu wyklucza z analizy Afroamerykanów). „Nasz kraj pęka w szwach – już nie etnicznych, lecz klasowych” – pisze.

Zdaniem Murraya, obie nieprzenikalne wzajemnie grupy oddziela dziś nie tylko przepaść statusu materialnego, lecz także skrajnie odmienne wzory zachowań: mieszkańcy Belmont dbają o trwałość rodziny, mają więcej dzieci i chodzą do kościoła, podczas gdy klasy pracujące przedstawiają sobą obraz moralnej degrengolady: częściej się rozwodzą, płodzą nieślubne dzieci i nie są wcale religijni. Autor w swojej diagnozie powołuje się na badania, z których wynika, że dawna „milcząca mniejszość” zaraziła się, tylko z opóźnieniem, wyziewami zgubnej rewolucji kulturalnej lat 60. A zastyganie obu klas w sztywne kasty wyjaśnia następująco: „Belmont to kariera dzięki wiedzy, zbiorowisko osób najbardziej pracowitych i o najwyższym IQ, którzy kończą najlepsze uniwersytety, żenią się między sobą i przekazują doskonałe geny potomkom. W Fishtown jest odwrotnie. Do najwyższej klasy ma tylko pretensję, że żyje pod swego rodzaju kloszem i nie chce być elitą wzorotwórczą, co dodatkowo pogłębia stan fatalnego podziału”.

Wsparcie z portfela

Książka Murraya o dwóch Amerykach, które przestały się przenikać, doczekała się entuzjastycznej recenzji nawet tak umiarkowanego konserwatysty jak zafascynowany Obamą David Brooks. Jako były neokon, współautor manifestu hegemonii Ameryki w latach 90., jest on jednak apologetą amerykańskiej wyjątkowości, więc można zrozumieć, dlaczego tak trudno mu się rozstać z mitem bezklasowości amerykańskiego społeczeństwa i z tradycyjnymi wyjaśnieniami klasowych podziałów, sprowadzającymi się głównie do tezy, że biedni sami są sobie winni. Inni badacze podsuwają bardziej przekonujące wytłumaczenia słabnącej mobilności społecznej.

Niemal wszyscy się zgadzają, że społeczeństwo najbardziej dzieli dostęp do edukacji. Wcześniej dostrzegano głównie różnice wyników w nauce białych i czarnoskórych uczniów. Ale ostatnio dowiedziono, że decyduje nie kolor skóry, a zamożność rodziców. – W USA, w większym stopniu niż w innych porównywalnych krajach, bogaci rodzice mają olbrzymie możliwości wspierania awansu swoich dzieci – mówi prof. Miles Corak z Uniwersytetu w Ottawie.

Zaczyna się od szkół finansowanych głównie z lokalnych podatków od nieruchomości, co przy niewielkich subsydiach federalnych prowadzi do niedoinwestowania szkół w ubogich dzielnicach; bogatsi rodzice często też posyłają dzieci do zazwyczaj lepiej kształcących szkół prywatnych. Niedouczona młodzież z gett nędzy i patologii społecznej ma minimalne szanse na studia na dobrych uniwersytetach, a ci, którym uda się tam dostać, mają zazwyczaj kłopoty z kilkakrotnie wyższymi niż w Europie i stale rosnącymi opłatami za naukę. Tę przeszkodę tylko częściowo niwelują stypendia i pożyczki, bo i spłata też nie jest prosta.

 

 

Do powiększania się nierówności – przypomina Scott Winship – przyczynia się słabsza niż w krajach europejskich siatka osłony socjalnej, co utrudnia biednym wydostanie się z zaklętego kręgu ubóstwa i patologii społecznej, oraz skomercjalizowany system ochrony zdrowia, faworyzujący zamożniejszych obywateli. Ma to podłoże kulturowe – libertariański indywidualizm Amerykanów nakazuje poleganie na sobie, zamiast na pomocy państwa. Ale nie tylko.

Cały system, mechanizmy władzy, szczególnie od końca lat 70. (rewolucja technologiczna, deregulacja i ideologia małego rządu), stawiają bogaczy na uprzywilejowanej pozycji, ułatwiając im dalsze bogacenie się i przekazywanie majątku dzieciom. Wielkie korporacje, zwłaszcza z sektora finansowego, zbrojeniowego i energetycznego, potężne stowarzyszenia profesjonalne (prawnicy, lekarze) i inne grupy nacisku mają bez porównania silniejszy wpływ na rząd i Kongres niż zwykli obywatele. Biznes wzmocnił się kosztem słabnących od ponad 40 lat związków zawodowych.

Reguły gry w amerykańskim kasynie jego szefowie naginają do potrzeb swych najlepszych klientów. Pisało o tym wielu publicystów, m.in. śledczy reporter „New York Timesa” David C. Johnston w książce „Free Lunch”, która pokazuje, jak bogacze manipulują politykami, kupując ich względy, aby uzyskać potem wielokrotny zwrot z tej inwestycji. Umocniła ten mechanizm dwa lata temu decyzja Sądu Najwyższego, znosząca ograniczenia w sponsorowaniu kampanii wyborczych przez korporacje. Wszystko to potwierdza prawidłowość, że im większe rozpiętości dochodów, tym trwalsze stają się podziały klasowe.

Podatkiem w milionera

W centrum debaty publicznej w USA znalazł się teraz system podatkowy, obwiniany przez rzeczników sprawiedliwości społecznej o umocnienie tych podziałów. Obama nie ukrywa, że taki właśnie cel mu przyświeca, kiedy proponuje regułę Buffetta, czyli podwyżkę podatków od dywidend i zysków kapitałowych z obecnych 15 proc. do minimum 30 proc., ściąganych od osób zarabiających powyżej miliona dolarów rocznie, jak Mitt Romney. Za Reagana podatki te wynosiły 28 proc. i gospodarka kwitła.

Konserwatyści jednak protestują, twierdząc, że dochody państwa z takich podatków spadają w miarę wzrostu stawek (bo wielu przestaje inwestować w USA), i przypominają, że bogacze kapitaliści są już podwójnie opodatkowani, bo podatki od korporacji, w wysokości 35 proc., przekładają się na ich dochody osobiste. Podnoszą też alarm, że wysokie podatki hamują wzrost, ale nie wspominają, że 50–60 lat temu były znacznie wyższe niż obecnie i gospodarka miała się doskonale.

35-proc. podatki w USA są w teorii najwyższymi podatkami od korporacji w całym świecie wysoko uprzemysłowionym, z wyjątkiem Japonii, co ma podcinać biznesowi skrzydła. Jednak amerykańskie koncerny kombinują, jak mogą, by je sobie obniżyć, i z pomocą prawników wykorzystują wszelkie możliwe luki podatkowe – upusty, ulgi, odpisy itd. – w praktyce płacąc niewiele. Sytuację tę coraz częściej uważa się za niezdrową, ale w USA nie ma części europejskich obciążeń, np. wysokich podatków od benzyny, które częściowo finansują państwo opiekuńcze. Braki w budżecie trzeba rekompensować inaczej. Obama zaproponował pewne zmiany, ale trudno cokolwiek zmienić w sytuacji politycznego klinczu w Waszyngtonie. Pokazuje to w każdym razie, że podatki są tu ograniczonym remedium na rażąco nierówny podział bogactwa.

Obama powiedział w grudniu, że nierówności dochodów to nie kolejny polityczny temat, tylko podstawowy problem naszych czasów. Zmiana kursu prezydenta, który na jesieni ubiegłego roku zaprzestał ustępstw wobec republikanów, zbiegła się z narodzinami ruchu Occupy Wall Street. Mimo usunięcia obozowisk z placów w miastach, ruch kontynuuje protesty w czasie prawyborów republikańskich. Nawrócony z neoliberalnej wiary ekonomista Jeffrey D. Sachs widzi w nim awangardę nowej ery w amerykańskiej polityce, kontynuację New Dealu Roosevelta.

Jednak Occupy Wall Street, choć jest naturalnym sojusznikiem demokratów w konfrontacji z republikanami, zachowuje się zupełnie inaczej niż Tea Party – nie formułuje wyraźnych programów, nie popiera bezpośrednio demokratycznych kandydatów i dystansuje się od Białego Domu. Kontestuje bowiem cały układ polityczny, dwupartyjny system, w którym oba stronnictwa korzystają z lobbystów, a ich kandydaci z funduszy potężnych lobbies – Obama nie zrzeka się wsparcia super-PACs, komitetów zrzeszających najhojniejszych sponsorów. Protestujący nawołują do wyeliminowania prywatnych pieniędzy z kampanii politycznych, co jest postulatem utopijnym.

Jeżeli więc ruch protestu miałby się przerodzić w realną siłę polityczną, zacząć „okupować większość” – jak to określił lewicujący publicysta „Washington Post” E.J. Dionne – raczej nie nastąpi to prędko.

 

Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.

Polityka 08.2012 (2847) z dnia 22.02.2012; Świat; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Koniec mitu pucybuta"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Skąd się biorą pioruny? Odpowiedź może zaskoczyć

Piorun pojawia się nagle, znika błyskawicznie i nie pozwala się łatwo zbadać. Skąd to budzące zachwyt i grozę zjawisko bierze energię oraz jak ją uwalnia? Odpowiedź może zaskoczyć.

Andrzej Hołdys
07.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną