Świat

Władza ludu, władza ludzi

Demokracja, a co potem?

XIX-wieczna rekonstrukcja ateńskiej Agory. XIX-wieczna rekonstrukcja ateńskiej Agory. BEW
Wiele wskazuje, że demokracja w dobrze nam znanym kształcie nie potrwa długo. Co ją zastąpi?
Pierwsze posiedzenie Kortezów, rycina z XV w.AN Pierwsze posiedzenie Kortezów, rycina z XV w.
„Zostań i dokończ robotę!”, plakat wyborczy Franklina D. Roosevelta z 1944 r.Library of Congrass/East News „Zostań i dokończ robotę!”, plakat wyborczy Franklina D. Roosevelta z 1944 r.

Demokracje nie są wieczne. W 1941 r. na świecie było zaledwie 11 państw rządzonych demokratycznie; w Europie cztery – Szwajcaria, Wielka Brytania, Szwecja, Irlandia. Ale już pół wieku później – w wyniku demokratycznej rewolucji 1989 r. – tylko kilka państw bałkańskich było w Europie rządzonych autorytarnie.

Trudno przewidzieć stan rzeczy za 50 lat. Zapewne przyszły ustrój niezbyt będzie przypominać tę demokrację, która w zimnej wojnie zwyciężyła z radzieckim totalitaryzmem. Australijski politolog John Keane w pasjonującej pracy „Życie i śmierć demokracji” pokazuje zresztą, że wiele naszych potocznych wyobrażeń o dziejach demokracji nie jest wartych funta kłaków. Nie jest na przykład prawdą, że jej starożytnych początków trzeba szukać w Atenach, a nowożytnych w Wielkiej Brytanii. To tylko europocentryczny mit.

Po odczytaniu pisma linearnego B okazało się, że pojęcia damosdamokoi znano już tysiąc lat przed Atenami w kulturze mykeńskiej. A duński archeolog Thorkild Jacobsen znalazł dowody na jeszcze wcześniejsze zgromadzenia ludowe na terenie dzisiejszej Syrii, Iraku i Iranu. Nie jest więc prawdą, że demokracja bezpośrednia jest wynalazkiem Zachodu. „Demokracja ateńska była darem Orientu” – twierdzi Keane. Nie tylko w Mezopotamii głosowano kwestie wojny i pokoju, karania przestępców i ustalania podatków poprzez wrzucanie kamyków do glinianych naczyń. Również w zachodnich rejonach Indii. To Fenicjanie przenieśli tę formę demokracji bezpośredniej w rejony Morza Śródziemnego.

Od renesansu Europejczycy są wpatrzeni w linearny rozwój swych państwowości. Od greckich państw-miast, poprzez rzymską republikę, potem Imperium Romanum, a następnie – chrześcijańskie królestwa i republiki miejskie, po państwa narodowe i demokracje przedstawicielskie XIX i XX w. Według Australijczyka to wszystko furda, ponieważ również w Afryce znano elementy demokracji bezpośredniej. A pierwszy przejaw nowożytnej demokracji przedstawicielskiej pojawia się w Europie wcale nie wraz z angielską Wielką Kartą z 1215 r., lecz w hiszpańskim mieście León w 1188 r. Kortezy – przedstawicielstwo szlachty, kleru i patrycjatu miejskiego, zwołane przez Alfonsa IX w celu uchwalenia wojny z muzułmanami – były naśladownictwem podobnych instytucji muzułmańskich.

Wbrew naszym dzisiejszym opiniom o niezdolności muzułmanów do demokracji, meczet był nie tylko miejscem modlitwy, ale także politycznych dysput. W pierwszych czterech wiekach islamu muzułmanie stworzyli formy życia obywatelskiego, z którego mogą być dumni. Na dzieje demokracji składa się także germański thing, słowiańskie gminowładztwo, polsko-litewska demokracja szlachecka, holenderskie stany, ale również samorząd w Urugwaju w XIX w. Czas odwrócić perspektywę – powtarza z naciskiem Keane. Demokracja nie jest zachodnim wynalazkiem. Zamachy wojskowe w Ameryce Łacińskiej nie były dowodem, że Latynosi nie potrafili zbudować tego, co funkcjonowało w Europie. To raczej obalanie latynoskich demokracji przez kolejnych caudillos wskazywało drogę Mussoliniemu, Stalinowi czy Hitlerowi.

Od końca XVIII w. demokracja przedstawicielska uchodzi za bardziej dojrzałą niż demokracja bezpośrednia. Jakkolwiek zarówno w czasie rewolucji amerykańskiej, jak i francuskiej sięgano do niej choćby poprzez referenda konstytucyjne. Parlamenty, zgromadzenia ustawodawcze, wolność słowa, bezpieczeństwo prawne – te wszystkie elementy pojawiały się w różnych częściach świata na długo przed czasami nowożytnymi, nie tworzyły jeszcze demokracji, ale były ważnym doświadczeniem w dziejach jej powstawania.

Historia jednak – wbrew tezom Marksa czy Fukuyamy – nie rozwija się linearnie, zgodnie z zasadami postępu. Dzieje nie znają żadnej teleologii. Nie ma świeckiego planu zbawienia poprzez stworzenie naukowego socjalizmu czy globalne zwycięstwo liberalizmu. Wzloty i upadki demokracji to proces chaotyczny, niezaplanowany. Demokracje umierają, ale też odradzają się w nowej formie.

 

 

Obecnie – twierdzi Keane – jesteśmy świadkami zamierania klasycznej demokracji przedstawicielskiej. Obok parlamentów i innych ciał konstytucyjnych w ciągu ostatniego półwiecza samorzutnie powstały kompletnie nowe instytucje, nadzorujące demokratycznie wybrane ciała przedstawicielskie. Odwołują się do praw człowieka i obywatela, domagają się udziału w kształtowaniu woli politycznej i podejmowaniu decyzji. Te instytucje to fora obywatelskie, okrągłe stoły, najróżniejsze spotkania na szczycie, komisje integracyjne, komisje prawdy i pojednania, obywatelska partycypacja przy przygotowywaniu budżetu.

Te wszystkie elementy – niesłychanie wzmocnione przez Internet – sprawiają, że wchodzimy, i to nie tylko w Europie czy Stanach Zjednoczonych, w fazę demokracji kontrolowanej (monitory democracy). Tyle że nie – jak w Rosji Putina – przez autorytarne ograniczanie i represjonowanie instytucji społeczeństwa obywatelskiego, lecz przez włączanie ich funkcji kontrolnej równolegle do struktur demokracji przedstawicielskiej: partii politycznych, parlamentów i urzędów państwowych. Celem tych nowych instytucji nie jest zastąpienie władzy przedstawicielskiej, lecz jej kontrolowanie.

W Brazylii istnieje instytucja obywatelskiego planowania budżetu. W Indiach, w oparciu o głoszoną przez Mahatmę Gandhiego zasadę niestosowania przemocy, działają lok adalats, lokalne sądy doraźnie i polubownie rozwiązujące spory religijne, a nawet majątkowe. Można amerykańską Partię Herbacianą, naszych fundamentalistów pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, berlińską Partię Piratów nazwać demokratycznym folklorem. Ale czy jest nim ruch Oburzonych w Grecji i Madrycie, czy jest nim Attac (Obywatelska Inicjatywa Opodatkowania Obrotu Kapitałowego), a u nas Ruch Palikota? W końcu to nie parlamenty i partie, a oddolny ruch protestu dał impuls do zablokowania ACTA.

Kto kontroluje kontrolerów?

Kończy się era demokracji przedstawicielskiej w terytorialnym państwie narodowym, twierdzi Keane. Wchodzimy w erę demokracji postparlamentarnej i postpaństwowej – demokracji hybrydowej. Już teraz często nie opozycja, lecz organizacje pozarządowe ujawniają przekręty. W Niemczech ruchy obywatelskie, pacyfistyczne i antyatomowe, ruchy feministyczne i ekologiczne nie tylko utorowały drogę partii Zielonych do parlamentów, ale także spowodowały zasadniczą zmianę nastrojów społecznych. Innym przykładem takiego pospolitego ruszenia przeciwko skostniałym strukturom jest polska Solidarność. Australijczyk wie, o czym mówi. W latach 80. pisywał do solidarnościowych periodyków. Jest też autorem biografii Vaclava Havla. Solidarność, co prawda, powstała w systemie monopartyjnej „demokracji ludowej”. Ale to właśnie solidarycą posługuje się dziś na Węgrzech opozycja antyorbanowska.

Pytanie, kto kontroluje samozwańczych kontrolerów demokracji przedstawicielskiej? Czy z amorficznych ruchów obywatelskich nie może powstać populistyczny ruch o autorytarnych tęsknotach do nowego Haidera, Orbána, Berlusconiego, a u nas choćby ONR? Keane odpowiada, że może dochodzić do nadużyć i zakłóceń procedur demokratycznych. Jednak ponadnarodowe instytucje, w rodzaju kryteriów kopenhaskich UE, są pewnym bezpiecznikiem.

Poważniejszą wątpliwością może być, czy hybrydowe połączenie demokracji przedstawicielskiej i kontrolowanej przez amorficzne organizacje, nieponoszące w końcu żadnej odpowiedzialności, nie doprowadzi do wzajemnej blokady, a nawet anarchii, znanej choćby z historii Rzeczpospolitej XVII i XVIII w.

 

 

I wreszcie – czy lawinowy rozwój elektronicznych środków przekazu, a zwłaszcza Internetu, przybliża ludzkość do cybernetycznego totalitaryzmu Wielkiego Brata, który o każdym z nas może zebrać wszelkie dane? Czy raczej jesteśmy na progu cyberdemokracji, która tak dalece umożliwi każdemu obywatelowi rzeczywisty współudział w rządzeniu, że demokracja przedstawicielska i bezpośrednia stopią się ze sobą w skutecznie działające procedury?

To pieśń przyszłości. Na razie rzeczywista demokracja skrzeczy. Globalizacja, wejście Chin i upadek ZSRR oraz radykalna deregulacja rynków finansowych rozsadziła ramy tradycyjnej demokracji parlamentarnej. Regulacje prawne w państwach narodowych muszą uwzględniać wymogi instytucji ponadnarodowych, jak WTO, MFW czy UE, a także liczyć się z interesami międzynarodowych korporacji.

Silne państwo to nie to, które ma silną armię i policję oraz administrację, lecz to, które chroni prawa obywatelskie. W którym jest niski wskaźnik korupcji, niski deficyt budżetowy, wysoka ściągalność podatków, niewielka zależność od importu żywności, energii, dóbr przemysłowych. Słabe państwo ma niezrównoważoną strukturę gospodarczą, wysokie bezrobocie i wskaźnik biedy. Musi ograniczać służbę publiczną i świadczenia socjalne. Nie jest w stanie chronić środowiska. Nie potrafi zapobiec dyskryminacji mniejszości, jest wystawione na silne wpływy zewnętrzne i nie ma możliwości uregulowania własnej gospodarki.

W słabych państwach szybko ujawniają się słabości demokracji. Parlament traci na znaczeniu w stosunku do ciał wykonawczych. Spada aktywność obywatelska i zaufanie do partii politycznych i ciał przedstawicielskich. Niezadowoleni z cięć budżetowych i niezaspokojonych oczekiwań szukają politycznych kozłów ofiarnych, odsuwają zawodowych polityków od władzy i uciekają się do charyzmatycznych populistów.

Demokracja przedstawicielska okazuje się coraz bardziej ociężała. Wraz z rozmywaniem się XIX-wiecznych ideologii w polityce coraz większą rolę odgrywają polityczni wizażyści i marketing, traktując polityków jak towar rynkowy. Polityczna walka o władzę jest nie tyle konfrontacją idei i programów, ile metod zdobycia środków finansowych na kampanię. Między innymi dlatego zanika zaufanie do polityków. W 2006 r., według badań Gallupa, sześć osób na dziesięć nie wierzyło w ich uczciwość.

Głosowanie przez telefon

Aby zrównoważyć deficyt zaufania, politycy sięgają do sondaży, co demokrację przedstawicielską zmienia w demokrację nastrojów. Bardziej subtelną metodą jest sondażowy televoting, praktykowany od lat 70. w USA. Wybrani losowo televotersi – odpowiadający demograficznej strukturze społecznej – otrzymują przed ważnym głosowaniem pakiet informacji na temat rozważanej kwestii, po czym głosują przez telefon. W sprawach komunalnych organizuje się elektroniczne miejskie fora (ETM). I wreszcie dopuszczono prawnie głosowanie internetowe, które znacznie podnosi frekwencję, a przed wyborami pobudza dyskusje.

Andrzej Kaczmarczyk z warszawskiego Instytutu Maszyn Matematycznych, autor książki „Demokracja cybernetyczna. Zmiana paradygmatu demokratycznego w XXI wieku”, uważa, że nie ma wprawdzie żadnej gwarancji, że demokracja się utrzyma, jeśli jednak ma być zachowana, to musi się dostosować do społeczeństwa informacyjnego i włączać więcej elementów demokracji bezpośredniej.

Przeciwnicy cybernetycznej demokracji bezpośredniej nadal wysuwają zasadnicze zastrzeżenia: politykę trzeba pozostawić wybranym przedstawicielom i ekspertom, ponieważ zwykli ludzie nie są w stanie prawidłowo ocenić skomplikowanych współzależności. Nie można więc od widzimisię ignorantów uzależniać niezbędnych decyzji. Kontrargumentem są tysiące pomyślnie przeprowadzonych referendów w sprawach lokalnych, a także pomocnicza rola społecznych forów planowania czy televoting.

Wniosek: cyberdemokracja, podobnie jak to było w średniowieczu, będzie zacierać granice między władzą prawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Państwo narodowe będzie traciło na znaczeniu, ponieważ naród będzie przede wszystkim wspólnotą kulturową ponad granicami. Matecznikami cyberdemokracji będą wielkie aglomeracje miejskie, pełne nowych koczowników, a jej cechą zasadniczą będzie dążenie do radykalnej przejrzystości życia publicznego i skomplikowane systemy głosowania. Również w sprawach fiskalnych i obrony będą włączane elementy demokracji bezpośredniej.

Nim jednak dojdziemy do demokracji hybrydowej, trzeba się przyzwyczaić do ciągłych tarć między słabnącymi instytucjami demokracji przedstawicielskiej i amorficznymi ruchami oddolnymi, które jednak nie przypominają dawnych zawodowych rewolucjonistów, chcących siłą obalić władzę. Ruchy monitory – jak je nazywa Keane – to pospolite ruszenie w celu obywatelskiej kontroli, a nie przejęcia władzy. Będą zmieniać ancien régime stopniowo, ewolucyjnie, a nie rewolucyjnie przez szturm na Bastylię. Raczej jak Solidarność niż jak jakobini.

Polityka 32-33.2012 (2870) z dnia 08.08.2012; Polityka; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Władza ludu, władza ludzi"
Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Seks bez zobowiązań: tylko dla dorosłych. Czy skłonność do „znajomości na raz” będzie rosnąć?

Do Polek i Polaków dociera, że można chodzić ze sobą do łóżka bez zobowiązań, bez stresu, dla chwili przyjemności. Zdaniem specjalistów takie podejście bywa niezwykle korzystne. Pod warunkiem że jest autentyczne (i pod kilkoma innymi).

Joanna Cieśla
19.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną