Ujawniony oficjalnie, po 12 latach utajnienia, współczynnik Giniego: 0,47 według chińskiego GUS i nawet 0,61 według ośrodka badań budżetów domowych (przy Banku Centralnym), sytuowałby Chiny blisko RPA, najbardziej rozwarstwionego społeczeństwa na świecie. „Przepaść między bogatymi i biednymi jest alarmująca” – ostrzega oficjalny „Global Times”. Ten alarm został usłyszany. Jeszcze na listopadowym zjeździe partii obiecano Chińczykom podwojenie dochodów osobistych w 10 lat, co najbardziej ma przemawiać do wyobraźni najuboższym. Teraz ogłoszono, że w ciągu dwóch lat grupa poniżej granicy ubóstwa (2300 juanów, czyli ok. 1150 zł rocznego dochodu na osobę) ma stopnieć o 80 mln. Obywatele mają zacząć zarabiać na lokatach i odsetkach od oszczędności, a przywileje socjalne objąć miliony robotników napływowych, prawdziwych sprawców chińskiego cudu, dotychczas pozbawianych miejskiego meldunku. Większe podatki zapłaci potężny i nadmiernie hołubiony sektor państwowy, więcej, na rozmaite sposoby, zapłacą bogaci – poprzez podatek od luksusu, od konsumpcji i wprowadzany eksperymentalnie podatek od nieruchomości. Władze obiecują dobrać się do ukrytych dochodów.
Oto niejaki Zhao Haibin, wysoki działacz partyjny od bezpieczeństwa z miasta Lufeng, okazał się właścicielem 192 nieruchomości zakupionych na fałszywe karty meldunkowe i rodzinę. Takich poukrywanych dóbr musi być bardzo wiele. Ma więc powstać system deklaracji majątkowych, obejmujący działaczy wszystkich szczebli, ale to pieśń przyszłości. Na razie wyszedł zakaz reklamy luksusowych zegarków, biżuterii i drogich alkoholi w radiu i telewizji, oficjalny okólnik zaleca wstrzemięźliwość w prezentach noworocznych, tradycyjnie sutych i podkreślających polityczne i biznesowe więzi, a menu uroczystych bankietów radzi się ograniczyć do formuły „cztery dania i jedna zupa”. Wygląda to na wielkie wyrzeczenie.