Zapomniany dżihad

Na głębokie południe Tajlandii turyści docierają rzadko, dlatego o tamtejszym krwawym konflikcie wiemy niewiele. Trwa od dekady i pochłonął już ponad 5 tys. ofiar. Muzułmańscy rebelianci atakują rząd, który nie jest w stanie ani całkowicie stłumić powstania, ani zacząć z rebeliantami poważnych rokowań pokojowych na temat rozwiązania lub przynajmniej złagodzenia konfliktu. Ale separatystyczne hasła powstańcze nawet buddystów z Bangkoku do poważnych rozmów nie zachęcają, choć właśnie pod koniec marca władze tajskie podjęły kolejną próbę negocjacji na terenie Malezji, gdzie część powstańców ma bazy wypadowe. Nie wszyscy rebelianci są dżihadystami, walczącymi o niezależny islamski emirat. Niektórzy poprzestaliby na znacznie większej autonomii, wycofaniu wojsk rządowych, wypuszczeniu ich bojowników z więzień. Ale odłam umiarkowany traci kontrolę nad młodszym, bardziej zdeterminowanym pokoleniem, a to stawia pod wielkim znakiem zapytania warunek wstępny ugody, czyli zaprzestanie przelewu krwi, zwłaszcza ludności cywilnej. Problem z muzułmanami ma też sąsiadująca z Tajlandią Birma. Kraj się demokratycznie reformuje, ale znów dochodzi w nim do przemocy – często z podtekstem etnicznym – wymierzonej w wyznawców islamu. 20 marca do wybuchu zamieszek wystarczyła sprzeczka pary buddystów z muzułmańskim jubilerem. Okazuje się, że w realu buddyści bywają bardziej agresywni niż wyznawcy religii, która zrodziła dżihad.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną