Więcej wojsk NATO w pobliżu Polski
NATO wyśle dodatkowe jednostki na wschód, między innymi na wniosek Polski. Zaraz pewnie podniosą się głosy, że to niepotrzebne potrząsanie szabelką. Czyżby?
NATO

Kto tak uważa, powinien prześledzić wydarzenia z ostatnich tygodni. Najpierw jednak wyjaśnijmy, że – jak ogłosił sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen – sojusznicze okręty wpłyną na Bałtyk i wschodnią część Morza Śródziemnego, a samoloty wzmocnią natowską misję patrolowania przestrzeni powietrznej krajów bałtyckich (od maja będą w niej uczestniczyć również polskie Migi 29). Rozmieszczenie wojsk lądowych nie jest jeszcze znane.

NATO zdecydowało się na taki krok w związku z coraz bardziej ofensywną, żeby nie powiedzieć agresywną postawą Rosji. I nie tylko wobec Ukrainy, ale również w stosunku do krajów natowskich. Pod koniec lutego pięć samolotów rosyjskich sił powietrznych przeleciało dokładnie wzdłuż morskiej granicy Łotwy. Jeden po drugim, jak na defiladzie. Kontakt z nimi próbowali nawiązać piloci amerykańskich F-15, które wówczas pełniły dyżur w ramach natowskiej misji Baltic Air Policing. Rosjanie nie odpowiedzieli. Na początku marca podobne wydarzenie miało miejsce u wybrzeży Turcji. Tym razem prowokator był jeden.

Najpoważniejsze incydenty wydarzyły się w ostatnich dniach. Na Bałtyku dwa rosyjskie okręty „zapędziły się” do litewskiej morskiej strefy ekonomicznej niedaleko Kłajpedy. „Gapiostwo” doprowadziło do czasowego zablokowania szlaku wodnego i zmusiło statki płynące w kierunku Kłajpedy do zmiany kursu. Interweniowała litewska marynarka wojenna, Rosjanie więc odpuścili.

W tym samym mniej więcej czasie rosyjski szturmowiec Su-24 przez półtorej godziny krążył na niskiej wysokości nad ćwiczącym na Morzu Czarnym amerykańskim niszczycielem, co na morzu uznawane jest niemal jako wstęp do ataku. Od zakończenia zimnej wojny takie zachowanie w amerykańsko-rosyjskich relacjach w tym rejonie świata nie było notowane.

Ktoś powie, że Polski to nie dotyczy, na nas Rosjanie się nie zapędzają. To prawda, ostatnio nieznane są takie przypadki. Jednak kilka lat temu polscy przeciwlotnicy namierzyli rosyjski samolot, który próbował śledzić ćwiczenia naszej armii w pobliżu Bałtyku. Dlaczego historia miałaby się nie powtórzyć?

Ale bardziej obawiałbym się spełnienia innego scenariusza. Polska obrona przeciwlotnicza pewnie bez większego trudu poradziłaby sobie ze skrzydlatymi gośćmi zza wschodniej granicy. Ale czy polska marynarka dałaby radę kilku rosyjskim niszczycielom, które zaparkowałyby na torach wodnych prowadzących do Gdyni i Gdańska? W tym przypadku mam większe wątpliwości.

Ktoś zapyta: czy natowskie okręty miałyby więcej możliwości, by odholować je bez użycia siły? Oczywiście nie. Ale polska marynarka wzmocniona przez okręty NATO ma większe szanse w porę dostrzec zagrożenie i nie dopuścić, by kolejny rosyjski kapitan się „zagapił”, tym razem przy naszej granicy.

Oczywiście to nie wystarczy. O wiele ważniejsze jest, by Sojusz zrobił wreszcie to, co Rasmussen zdawkowo zapowiedział, a czego Polska domaga się od dawna, czyli zrewidował plany obrony swoich członków. Dlatego decyzję NATO o przesunięciu wojsk na wschód trzeba przyjąć przynajmniej z ostrożną aprobatą.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną