Świat

Magnaci drukują

Greccy oligarchowie trzymający media

W rankingach wolności mediów Grecja mocno dołuje. W rankingach wolności mediów Grecja mocno dołuje. Pascal Rossignol/Reuters / Forum
Greckie media są własnością kilku rodzin, które przez lata trzęsły też polityką. Teraz rząd Syrizy wypowiedział im wojnę. Tylko że Grecy mogą o tym nie przeczytać.
George Bobolas, miliarder i współwłaściciel prywatnej telewizji MEGAANA-MPA/PAP George Bobolas, miliarder i współwłaściciel prywatnej telewizji MEGA
Stavros Psicharis, szef koncernu medialnego DOLAN Stavros Psicharis, szef koncernu medialnego DOL
Evangelis Marinakis, miliarder, armator i właściciel klubu Olimpiakos PireusReuters/Forum Evangelis Marinakis, miliarder, armator i właściciel klubu Olimpiakos Pireus

Ateny, koniec marca, parlament. Obecny premier Aleksis Tsipras do byłego premiera Antonisa Samarasa: – Przez cztery lata w rządzie utrwalał pan system bezpiecznego azylu dla oligarchii. Zostawił pan bogaczy w spokoju i w ten sposób zapewnił sobie poparcie prywatnych mediów. To była jedyna siła pana rządu. Chcę wiedzieć, czy poprze pan nasze pomysły na rozmontowanie tego systemu?

Debata dobiega końca, Samaras nie odpowiada. Ale jako szef największej partii opozycyjnej będzie musiał zająć stanowisko, bo dla rządzącej Syrizy rozprawa z oligarchią, która od lat skutecznie zawiaduje greckimi mediami i polityką, to jeden z priorytetów.

Znani są jako „alfonsi” (davatzides) lub „uwikłani” (diaplekomenoi). Chodzi o kilka najzamożniejszych rodzin – w sumie kilkadziesiąt osób – które kontrolują całe sektory gospodarki. Bywa, że bezkarnie korumpują polityków, swobodnie zmieniają niekorzystne przepisy i do tego niemal nie płacą podatków. Dlatego Syriza chce odebrać im media.

Zrób sobie dziennik

W rankingach wolności mediów Grecja mocno dołuje. Freedom House i Reporterzy bez Granic zwracają uwagę na coraz częstsze przypadki zastraszania dziennikarzy oraz na brak rzetelności w informowaniu o korupcyjnych skandalach z udziałem polityków lub bogatych przedsiębiorców. Wielu dziennikarzy łączy pracę w redakcji z zaangażowaniem politycznym, jako spece od komunikacji i PR w państwowych spółkach lub firmach prywatnych – te posady to nagrody lub zachęty od rządzących.

Apokalipsą dla środowiska miała być bezprecedensowa decyzja poprzedniego rządu o rozwiązaniu ERT – publicznego nadawcy radia i telewizji (odpowiednika TVP i Polskiego Radia). Mocą dekretu premiera Samarasa w czerwcu 2013 r. 2700 osób trafiło na bruk. Syriza, wówczas w opozycji, nazwała likwidację ERT zamachem na demokrację. Tsipras protestował razem ze zwolnionymi dziennikarzami (jako premier przywrócił ich do pracy). Nie twierdził, że w publicznych mediach wszystko jest w porządku, pytał jednak, dlaczego rząd nie robi nic z mediami prywatnymi, których standardy są jeszcze gorsze – do korupcji dochodziło już przy ich powstawaniu.

W drugiej połowie lat 80. w Grecji zniesiono monopol mediów publicznych. W całym kraju nagle zaczęło działać kilkaset nie do końca legalnych rozgłośni radiowych. Szansę na złoty interes zwietrzyli też magnaci prasowi i wielcy bogacze z innych branż, w tym armatorzy. Nikt nie przejmował się licencjami, które obowiązywały jedynie w teorii. To samo stało się z rynkiem telewizyjnym. Dostępne częstotliwości były zwyczajnie zajmowane i w ten sposób powstało kilkanaście nowych ogólnokrajowych kanałów.

„Sytuacja na rynku medialnym w Grecji przypominała anarchię” – pisze w obszernym raporcie Michael Nevradakis z Uniwersytetu w Teksasie i twórca niezależnego internetowego radia „Dialogos”. Brak licencji był wygodnym narzędziem nacisku kolejnych rządów wobec stacji, które pozwalały sobie na niezależną ocenę wydarzeń politycznych. Politycy grozili, że zamkną niewygodne redakcje, a tym, które działały zgodnie z oczekiwaniami, obiecywano, że w niedalekiej przyszłości dostaną niezbędne pozwolenia.

Ale medialny miecz ciął obosiecznie. Zamożni biznesmeni, nie przejmując się prawem zabraniającym posiadania więcej niż jednej stacji radiowej i telewizyjnej, bez trudu monopolizowali rynek i tworzyli potężne koncerny, które stały się narzędziem wpływu na bieżącą politykę, tłumaczy Nevradakis. Medialni magnaci zaczęli wykorzystywać własne media, by grozić kolejnym rządom i wymuszać od nich państwowe kontrakty.

Oligarchowie rozdęli rynek mediów do potężnych rozmiarów – o wiele za dużych, jak na 10-mln społeczeństwo. Jeszcze w 2009 r. w Grecji działało kilkadziesiąt prywatnych stacji radiowych, 11 prywatnych kanałów telewizyjnych, blisko 40 gazet codziennych i 14 tygodników – wszystko to w ramach zaledwie kilku grup medialnych, będących własnością powiązanych ze sobą rodzin.

Większość tych mediów generowała gigantyczne straty jeszcze przed kryzysem – gdy ten nastał, niektóre redakcje padły (m.in. jeden z ważniejszych dzienników „Elefterotypia”), ale pozostałe nadal działają. Jak to możliwe?

Sami swoi

Według poufnych notatek amerykańskiej ambasady w Atenach, ujawnionych przez WikiLeaks, prywatne media w Grecji działają wyłącznie dzięki bogatym oligarchom, właścicielom, którzy część zysków z udanych przedsięwzięć w innych branżach przeznaczają na finansowanie swoich nierentownych kanałów telewizyjnych. Mogliby je sprzedać, ale wolą pompować w nie kolejne miliony, by zachować narzędzie wpływu na politykę. To mała grupa osób, które stworzyły lub odziedziczyły fortuny w branżach stoczniowej, bankowej, telekomunikacyjnej, sportowej, energetycznej, budowlanej czy ubezpieczeniowej – a do swojego portfolio chętnie dodały branżę medialną. Z najważniejszymi politykami łączą ich często więzy rodzinne lub przyjacielskie.

Na początku lat 80. George Bobolas przyjaźnił się z premierem Andreasem Papandreou, wykładał pieniądze na kampanię wyborczą lewicy i dbał o sprzyjającą socjalistom linię w dzienniku „Ethnos”. Trzy dekady później zbliżający się do dziewięćdziesiątki biznesmen nadal jest aktywny, a jego majątek szacowany jest na ponad 2 mld dol. Bobolas jest ważnym udziałowcem w spółce Pegasus Publishing, która jest właścicielem dwóch dzienników, kilkunastu kolorowych magazynów i portali internetowych.

W żadnym z tych mediów nie znajdzie się jednego złego słowa na temat firmy Ellaktor, która zdominowała grecki rynek budowlany i od lat wygrywa niemal wszystkie rządowe przetargi. Jako właściciel Ellaktora Bobolas jest ojcem chrzestnym między innymi stadionu olimpijskiego w Atenach i ateńskiej wioski olimpijskiej oraz autostrady Attiki Odos, z której firma czerpie krociowe zyski. Dyrektorem generalnym budowlanego giganta jest syn George’a Leonidas – zainteresowany także branżą górniczą.

Bobolas młodszy posiada 5 proc. udziałów w spółce Hellas Gold, która na półwyspie Halkidiki próbuje uruchomić kopalnię złota i miedzi. W 2003 r. firma odkupiła od państwa kompleks górniczy Cassandra Mines za 11 mln euro, a cztery lata później sprzedała 95 proc. akcji w tym kompleksie kanadyjskiemu konsorcjum Eldorado Gold za… 1,8 mld euro. Firma z Vancouver obiecuje zainwestować w region co najmniej miliard euro i stworzyć nawet 2 tys. miejsc pracy, ale lokalni aktywiści i ekolodzy twierdzą, że wycięcie pod kopalnię 170 hektarów 300-letnich lasów, zatrucie wody i zaburzenie całego ekosystemu to nieodwracalne barbarzyństwo.

Bobolasowi udało się jednak zdobyć dla Kanadyjczyków wszystkie niezbędne dokumenty środowiskowe i polityczne poparcie. Były premier Samaras twierdził, że będzie bronił zagranicznej inwestycji za wszelką cenę. Po zmianie władzy Syriza zarządziła dokładne sprawdzenie, jak wyglądało wydawanie pozwoleń na uruchomienie kopalni i cofnęła czasowo zgodę na dalszą wycinkę lasu.

Greckie media niemal nie informowały o brutalnych starciach między policją a demonstrantami, którzy przez ponad dwa lata na różne sposoby utrudniali życie kanadyjskiemu inwestorowi i nie chcieli dopuścić, by kopalnia rozpoczęła pracę. – Powód był prosty – uważa Dora Oikonomidis z internetowej stacji Radio Bubble, która monitorowała sprawę od początku. – Bobolas to współwłaściciel wielu gazet i prywatnej telewizji MEGA.

Tylnymi drzwiami

Udziałowcem w tej popularnej stacji jest Stavros Psicharis, szef jednego z największych greckich koncernów DOL. W jego skład wchodzą m.in. dzienniki „Ta Nea” i „To Bima” i portal internetowy in.gr. W 2010 r. Psicharis ubiegał się o 10 mln euro kredytu z Narodowego Banku Grecji, choć nie spełniał koniecznych kryteriów. O wniosku dowiedział się ówczesny premier Jorgos Papandreou (wielokrotnie narzekający na brak sympatii ze strony prywatnych mediów) i zalecił, by bank nie udzielił pożyczki.

Szef koncernu odpowiedział następująco: „Wzywamy pana premiera, by poinformował opinię publiczną o okolicznościach naszego ostatniego spotkania w siedzibie rządu, dlaczego poproszono nas, byśmy weszli tylnymi drzwiami, oraz kto kogo o co prosił”. Tłumaczenie wziął na siebie rzecznik Papandreou, ale sprawa nie została dotąd wyjaśniona.

Oprócz dwóch braci Bobolasów i dwóch Psicharsów w radzie dyrektorów spółki Teletipos, która zarządza kanałem MEGA, zasiada również Yiorgos Vardinogiannis – ze słynnej kreteńskiej rodziny. Własnością klanu jest także telewizja Star Channel, koncern Attika Media, kilka stacji radiowych, studio produkcyjne, sieć kin. Ale leciwi bracia Vardinogiannis (Yiorgos i Vardis) to przede wszystkim potężni armatorzy i potentaci na rynku energetycznym (rafinerie ropy naftowej, wydobycie ropy i gazu) – skumulowana wartość całej ich działalności to ponad 9 mld dol. Do niedawna syn Vardisa, Giannis, zarządzał też słynnym klubem piłkarskim Panathinaikos Ateny.

Kierowanie klubem przejął po nim inny biznesowy i medialny gigant, pochodzący z Santorini Giannis Alafouzos. Potomek ultrabogatych armatorów to właściciel telewizji Skai, kilku stacji radiowych i portali internetowych, a także prezydent konsorcjum, które wydaje dziennik „Kathimerini”. I choć biznesmen twierdzi, że w interesach próbuje trzymać się z dala od polityki, to jego firmy dostały taryfę ulgową, gdy w epicentrum kryzysu (2011 r.) rząd wprowadził kontrowersyjny podatek od nieruchomości.

Obowiązkowa danina przedstawiana była jako wyraz patriotycznej troski o bankrutujący kraj. Grecy przełknęli gorzką pigułkę i płacili, ale wściekli się, gdy wyszło na jaw, że Kościół prawosławny oraz największe firmy, w tym koncerny medialne, mają podatek obniżony o ponad 50 proc. lub nie płacą go w ogóle. Większość gazet i serwisów informacyjnych temat pominęła.

Niewielkie medialne zainteresowanie towarzyszyło także skandalowi z udziałem innego miliardera i armatora Evangelisa Marinakisa – właściciela klubu piłkarskiego Olimpiakos Pireus. Przedsiębiorca – pozostający w przyjacielskich relacjach z byłym premierem Samarasem – kontroluje grupę wydawniczą Parapolitiki (dziennik finansowy, sportowy i sportowa stacja radiowa). Prokuratura toczy wobec niego postępowania o ustawianie meczów, a także w związku z tworzeniem organizacji przestępczej, zastraszania sędziów i działaczy piłkarskich oraz korupcji.

O sprawie jako pierwsza doniosła telewizja Skai (Alafouzos jako szef Panathinaikosu nie darzy wielką sympatią szefa Olimpiakosu), ale pozostałe media niechętnie relacjonowały rozwój wypadków. Dochodzenie jest w toku i bynajmniej nie przeszkodziło przedsiębiorcy zaangażować się w politykę. W ostatnich wyborach samorządowych (2014 r.) Marinakis wszedł do rady miejskiej w Pireusie, zaś jego protegowany i wieloletni wiceprezes Olimpiakosu, Giannis Moralis, został burmistrzem miasta.

Nietykalni

Wszystkie wymienione koncerny medialne notowały w ostatnich latach kolosalne straty, które dodatkowo zwiększały ich zadłużenie (DOL – 216 mln euro, Pegasus – 223 mln euro, Teletipos – 190 mln euro, Kathimerini – 185 mln euro), mimo to wszystkie występowały do greckich banków o kolejne pożyczki i najczęściej je dostawały (poza opisanym przypadkiem Psycharisa). Pieniądze te szły zazwyczaj na spłatę wcześniejszych bankowych długów, ale już niekoniecznie na spłatę zaległych podatków.

Żadna z poprzednich ekip rządzących nie upomniała się o te pieniądze – co Samarasowi wypominał Tsipras podczas parlamentarnej debaty. Jego rząd właśnie to zrobił – publikując listę z dokładnymi wyliczeniami dla 11 kanałów telewizyjnych – ich zaległości wobec budżetu za ostatnie cztery lata wynoszą w sumie 40 mln euro.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Prezesi koncernów w liście do rządu protestują i tłumaczą, że owszem, nie płacili podatku, ale w zamian za darmo emitowali partyjne spoty wyborcze podczas kilku ostatnich wyborów. Wartość tych telewizyjnych reklam oceniają w sumie na blisko 25 mln euro – które to pieniądze partie polityczne powinny jak najszybciej zwrócić.

Ani rządząca Syriza, ani pozostałe ugrupowania nie odniosły się na razie do tego argumentu. Ale rząd już zapowiedział, że będzie się domagał spłaty także innych należności – chodzi o wdrożenie w życie nieegzekwowanego dotąd przepisu o 20-proc. podatku, który stacje telewizyjne muszą uiszczać od dochodów z reklam. Kwota za ten i ubiegłe lata mogłaby sięgnąć nawet 70 mln euro.

Jednak tym, co najbardziej przeraża oligarchów kontrolujących blisko 90 proc. rynku prywatnych mediów, jest pomysł Syrizy na wprowadzenie opłaty za użytkowanie częstotliwości telewizyjnych – rząd jeszcze w tym roku chce rozpisać otwarty konkurs, który miałby przynieść wpływy do budżetu rzędu 350–380 mld euro.

Aleksis Tsipras nie jest pierwszym, który wypowiada wojnę nieuczciwym i nazbyt wpływowym oligarchom. 11 lat temu za ich rozliczenie chciał się wziąć ówczesny premier Kostas Karamanlis. W rozmowie z bliskimi współpracownikami w jednej z ateńskich restauracji miał powiedzieć: „Nie pozwolimy, by pięciu alfonsów rozkazywało nam i rządziło krajem”. Niczego nie zmienił, a medialne stręczycielstwo Greków trwa w najlepsze.

Polityka 17.2015 (3006) z dnia 21.04.2015; Świat; s. 56
Oryginalny tytuł tekstu: "Magnaci drukują"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną