Brexit czy un-Brexit? Brytyjczycy mają twardy orzech do zgryzienia
Theresa May obejmuje fotel premiera. Obóz „Leave” rozpada się jak domek z kart. Czy zatem Brexit zmieni się un-Brexit? Niewykluczone.
Peter Nicholls/Reuters/Forum

Camilo Rueda López/Flickr CC by 2.0

slimmer_jimmer/Flickr CC by 2.0

Znamy już nowego lidera Partii i premiera: to Theresa May. Jej eurosceptyczna konkuretka Andrea Leadsom zrezygnowała z walki. Odpadają kolejni wodzowie kampanii „Leave” – Michael Gove (przegrał partyjne prawybory), Boris Johnson (nie zgłosił się), Stephen Carbb (wycofał się) i Liam Fox (wyeliminowany), no i Nigel Farage z UKiP (ustąpił).

Krótko mówiąc, nad Tamizą panuje zupełnie niebywałe napięcie i ogólny zamęt, a powinien zapanować luz. Słynny angielski wiosenno-letni season: oficjalne urodziny królowej, Wimbledon, na którym triumfuje Andy Murray, no i wyścigi konne. Brytyjczycy mają się teraz cieszyć tradycyjnymi miesiącami relaksu. Ale się nie cieszą. Poza rozpadem obu największych partii dochodzi do nich straszniejsza prawda. Widać z komentarzy od prawa do lewa: głosując za rozwodem z Unią, popełniliśmy spore głupstwo! 

Spokojnie jednak. Anglicy to naród kupców i pragmatyków. Theresa May opowiadała się ostrożnie... za członkostwem w Unii.

Miętowy sos

Sądząc po indeksach giełd i kursie funta, Brexit był podobnym szaleństwem co żałoba po księżnej Dianie w 1997 r. I tak samo jak miłość do księżnej wyparuje z angielskich głów – za rok, dwa lub trzy. Zadba o to brytyjski establishment. Ma sposoby, by wchłonąć wszelkie skrajne pomysły i podać je po angielsku: w mdłym miętowym sosie.

Politycy, sędziowie, generałowie i biznesmeni, który go przyprawią, zaczynają już szeptać z niepokojem na przyjęciach w rezydencjach i ministerialnych gabinetach: co dalej? Niewiele ich obchodzą rozczarowani wyborcy z północy Anglii, chodzi im o własne interesy.

Zaryzykujmy zatem najbardziej prawdopodobny, choć jak wszystko niepewny scenariusz: Brytyjczycy wyjdą z Unii, właściwie z niej nie wychodząc! Oto jak Brexit zmieni się w un-Brexit. Theresa May oczywiście zapewnia, że Brexit znaczy Brexit. Mało tego: nie chce obiecać prawa pobytu imigrantom z UE bez takiego samego gestu Unii (co grozi teoretycznie Polakom na Wyspach). May zapewnia też, że Brytyjczycy dadzą sobie radę poza Unią i nie będzie prób powrotu tylnymi drzwiami. Tylko jednak bardzo naiwni czytają wywiady i przemówienia polityczne dosłownie.

Brytyjski (czytaj: angielski) establishment wie dobrze, że wyjście z Unii po angielsku, bez dostępu do rynku, nie wchodzi w grę: zbyt wielkie są wielomiliardowe interesy City, zbyt wielkie jest – w razie gospodarczej zapaści – prawdopodobieństwo odsunięcia konserwatystów od władzy na całe pokolenie. Stąd subtelne już dziś manewry wokół Brexitu.

Jak ratować owce Królestwa?

Establishment Westminsteru świadomy, że nie uda się bezkarnie oszukać nieco ponad 17 milionów zwolenników Brexitu, będzie próbować uśpić ich czujność.

Zadanie o jest tyle łatwiejsze, że największa osobowość w obozie eurosceptyków Boris Johnson zginął od bratobójczego ciosu Michaela Gove’a (który przy okazji pogrzebał własne szanse, przebijając się tym samym sztyletem, przynajmniej w karykaturze „The Times”), a drugi, Nigel Farage, lider UKiP, nacjonalistycznej partii, która narodziła się w pubie i na pubie powinna skończyć, podał się nagle do dymisji, umywając od wszystkiego ręce.

Tego wszystkiego Anglicy bardzo nie lubią – nie są już co prawda od bardzo dawna narodem dżentelmenów, ale daleko im do politycznego buractwa – kłamstw, braku odpowiedzialności i obłudy, którymi eksplodował obóz Brexitowców.

Trudno się dziwić, że w takiej sytuacji lekką przewagę w grze o prym w Partii Konserwatywnej uzyskuje skrzydło pragmatyków. Wkrótce po objęciu przez May stanowiska premiera okaże się zapewne, że rozpocznie długą i subtelną grę z Unią i własnym elektoratem. Brytyjski establishment ma – jak zwykle – do dyspozycji parę trików, choć na razie trzyma wszystkie karty pod stołem.

Premier May będzie więc jeździć po Europie (nie ominie Warszawy) i badać grunt. Będzie próbować spotkań w Brukseli i trudno przypuszczać, by jej tego odmówiono. Równocześnie rozedrgane, nerwowe rynki mogą raz po raz wysyłać na Wyspy jasny sygnał: Brexit będzie kosztować więcej niż „wszystkie owce królestwa”! Mogą nadejść realne, dość drastyczne sygnały o podwyżkach podatków i cięciach socjalu.

I co wtedy? Brexit czy un-Brexit?

Brytyjska prasa już dziś pełna jest wątpliwości (łącznie z „The Sun”, który niedawno walił w Unię i imigrantów jak w bęben), czy Brexit był wyjściem najszczęśliwszym, zacznie urabiać opinię publiczną w kierunku jakiegoś nowego kompromisu z Europą. Zrobił to nawet wspomniany powyżej tabloid Murdocha, którego księgowych i menadżerów straszy widmo drastycznego spadku dochodów z reklam. Pisze o tym „The Times” piórem Matthew Parrisa, który ukuł już pojęcie „Breflection”. Czy dojdzie do ponownego przemyślenia całej sprawy („Breconsideration”)?

Albion do Kanossy?

Kluczowym problemem w drugiej bitwie o Anglię jest oczywiście imigracja. Dwa miliony przez dziesięć lat to za dużo (z całą sympatią dla naszych ciężko pracujących rodaków). Dogmatyczna Unia nie umiała przyznać Wielkiej Brytanii prawa do wyjątkowego przykręcenia strumienia przyjazdów do pracy i teraz za karę przeżywa szok nie mniejszy niż Brytyjczycy. Z czasem jednak także w Brukseli ktoś pójdzie po rozum do głowy.

Zamiast znęcać się nad Anglikami w negocjacjach będzie szukać sposobu pokazania, że nawet dumny Albion musi pójść do Brukseli po prośbie, niczym cesarz niemiecki do Kanossy. Wielka Brytania to także wielki rynek zbytu i kraj kluczowy dla Sojuszu Atlantyckiego.

„Nie zapadliśmy się przecież pod ziemię” – mówił w Warszawie szef brytyjskiej dyplomacji Philip Hammond, otoczony wianuszkiem zaniepokojonych partnerów. Albion jest i będzie. Będzie też dalej – jak to Albion – kombinował, by wywalczyć sobie specjalny status.

Unia wyklucza oczywiście teraz możliwość otworzenia wrót dla wolnego handlu przy jednoczesnym przymknięciu specjalnie dla Brytyjczyków szerokiej bramki, którą na Wyspy dostają się setki tysięcy pracowników z Polski i innych krajów Unii.

Ale to tylko pozycja wyjściowa, tak wygląda początek każdych negocjacji. Wielka Brytania jest zbyt ważnym krajem, by pozycja negocjacyjna Brukseli była do końca nieprzejednana. Niedawno o „stowarzyszonym członkostwie” Brytyjczyków przebąkiwał niemiecki minister skarbu Wolfgang Schauble.

Rozumieją to (byli) polscy dyplomaci, tacy jak wiceszef dyplomacji Paweł Kowal, który w niedawnym wywiadzie powiedział wprost: Brexitu nie będzie. Zresztą w interesie osamotnionego rządu PiS leży utrzymanie Brytyjczyków przy wspólnym europejskim stole: uśmiechnięte panie May i Szydło zawrą zapewne jesienią „entante cordiale”.

Zanosi się też na to, że pani premier May może przeciągać dobre parę miesięcy uruchomienie paragrafu 50. To zaś jest niezbędne, by Wielka Brytania rozpoczęła w ogóle formalny proces wychodzenia z Unii (w jednym z wywiadów rzuciła, że potrwa to do końca roku).

W przyszłym roku wiosną są wybory we Francji, jesienią w Niemczech. Elita europejska będzie mieć inne sprawy na głowie i będzie unikać jak ognia scenariusza, w którym Brexit staje się kartą przetargową. Może więc pat wokół zgłoszenia 50. paragrafu potrwa nieco dłużej?

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną