Świat

Frontowe śpiewanie

Zielone ludziki rosyjskiej estrady

Waleria, „rosyjska Madonna”. „Zasłużona artystka Federacji Rosyjskiej”. Jedna z najbogatszych Rosjanek. Waleria, „rosyjska Madonna”. „Zasłużona artystka Federacji Rosyjskiej”. Jedna z najbogatszych Rosjanek. Dmitry Golubovich/Russian Look / Forum
Rosja korzysta z radzieckiego sentymentu do gwiazd swojej estrady i używa ich jako „broni informacyjnej”, zasłaniając się wolnością słowa.
Josif Kobzon, artysta zaangażowany. Podpisał list w sprawie Krymu. Jest czynnym członkiem rządzącej partii Jedna Rosja.Mikhail Pochuyev/TASS/Forum Josif Kobzon, artysta zaangażowany. Podpisał list w sprawie Krymu. Jest czynnym członkiem rządzącej partii Jedna Rosja.

Litwini mają tajną listę osób niepożądanych z Rosji – napisał w sieci rosyjski artysta Oleg Gazmanow, gdy na lotnisku w Wilnie okazało się, że nie może przekroczyć granicy. O tym, że nie może tam koncertować, wiedział podobno od dawna, ale zakaz wjazdu był dla niego niespodzianką. Oburzał się, że pomimo posiadania wizy Schengen nie został wpuszczony do państwa UE. Litwini twierdzą, że Gazmanow leciał na prywatny koncert, a oni nie mają obowiązku ogłaszania nazwisk osób objętych zakazem wjazdu. Powodem uznania go za persona non grata jest zaś „szerzenie propagandy” i „poparcie dla agresywnej polityki Rosji wobec Ukrainy”. To bzdury – odpowiada gwiazdor. Podobnie jak inni „zakazani” artyści uważa, że czarne listy to efekt mieszania kultury z polityką przez sąsiadów Rosji.

Bo cóż złego jest w twierdzeniu, że „Ukraina i Krym, Białoruś i Mołdowa – to mój kraj! Sachalin i Kamczatka (…), Kazachstan i Kaukaz, …i Pribałtyka też”. To słowa hitu Gazmanowa „Sdiełan w SSSR”, czyli dosłownie „zrobiony w ZSRR”. W tym nostalgicznym, ale pełnym energii muzycznym wyznaniu artysta ubolewa m.in. nad podziałami powstałymi po upadku ZSRR: „Nasi przodkowie razem walczyli, razem wygraliśmy drugą wojnę światową, razem – jesteśmy największym krajem. Duszą nas granice – nie da się bez wizy. Jak wam jest bez nas – odezwijcie się przyjaciele!”.

65-letni Gazmanow to jeden z czołowych przedstawicieli gatunku „popsy”, czyli inaczej mówiąc rosyjskiego „ludowego” popu, estrady. Obowiązkowy uczestnik wszelkich świątecznych imprez i patriotycznych koncertów, dyżurny gość „niebieskich płomyczków”, czyli spektakularnych telewizyjnych show z okazji Nowego Roku. Znany i lubiany nie tylko przez Rosjan, ale też na całym terenie byłego ZSRR, wszędzie tam, gdzie docierała i dociera rosyjska telewizja państwowa.

O tym, że „Ukraina i Krym to jego kraj”, śpiewał wiele razy na okupowanym półwyspie, między innymi w Symferopolu w marcu 2015 r. na festiwalu w rocznicę krymskiej wiosny, jak w Rosji nazywa się operację zajęcia półwyspu.

Artyści murem za Putinem

Era „czarnych list” zaczęła się na dobre po aneksji Krymu, chociaż i wcześniej dochodziło do zakazywania wjazdu pojedynczym artystom, których poglądy poszczególne kraje uważały za antypaństwowe. W marcu 2014 r. ponad pięciuset rosyjskich artystów podpisało list poparcia dla polityki prezydenta i władz Rosji na Ukrainie i na Krymie. W odpowiedzi Kijów utworzył listę z nazwiskami „zakazanych” wykonawców. W ślad za nią poszły władze Łotwy, które ogłosiły swój indeks. Najgłośniej było o zakazie dla trójki: Gazmanowa, legendy sowieckiej-rosyjskiej estrady Josifa Kobzona i piosenkarki Walerii, którym Ryga uniemożliwiła pojawienie się na popularnym dorocznym konkursie młodych wykonawców „Nowaja wołna” (Nowa fala) w Jurmale.

Josif Kobzon tak komentował ówczesną decyzję łotewskich władz: „Minister spraw zagranicznych [Edgars] Rinkevčs przed wyborami chce się pokłonić Ameryce i zasłużyć na pochwały. [Dlatego] ta lista nie jest zamknięta, będzie rosła. Jak można mówić o tym, że Europa jest demokratyczna? Europa łamie prawa obywatela, człowieka, artysty”. Kobzon to przykład artysty zaangażowanego. Nie tylko podpisał list w sprawie Krymu i nie krył swojego politycznego poparcia dla działań Rosji na wschodzie Ukrainy – jest czynnym politykiem i członkiem rządzącej partii Jedna Rosja, a w dodatku urodził się w Donbasie. Napisał hymn tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej, regularnie odwiedzał tereny kontrolowane przez „separatystów”, potępiał Ukraińców, oskarżając ich o ludobójstwo i obowiązkowo nazywając nazistami.

Publicznie wyrażał swoje pretensje do tych artystów, którzy nie poparli Kremla lub nie chcieli koncertować na Krymie. „Boją się sankcji. Nakupowali domów we Włoszech, w Bułgarii, w Miami i teraz nie chcą dawać koncertów. W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w czasie wojny w Afganistanie istniały frontowe brygady artystów i nikt nie stawiał takich merkantylnych warunków, nie bał się jeździć do stref działań wojennych” – mówił Kobzon w wywiadzie dla agencji Interfax.

Gdy w lutym 2015 r. sam został objęty unijnymi sankcjami, mówił, że „jest z tego bardzo zadowolony”. Ale kilka miesięcy później, dzięki interwencji na najwyższym szczeblu i dyplomatycznym zabiegom Włochów, udał się jednak do Europy, by kontynuować rozpoczęte w Niemczech leczenie raka prostaty.

Chętnych do występów w „brygadach frontowych” nie brakuje – tak przynajmniej twierdził organizator, rosyjskie ministerstwo obrony. Kobzon, Gazmanow i inni artyści dawali koncerty w rosyjskiej bazie wojskowej w Syrii, gdzie Moskwa wsparła swojego sojusznika Baszara Asada. „Nie chcemy cudzych terytoriów, z nikim nie chcemy walczyć” – śpiewał Kobzon przy akompaniamencie orkiestry wojskowej rosyjskim lotnikom, odpoczywającym między kolejnymi bombardowaniami. Z kolei Gazmanow wystąpił w koszulce z niedźwiedziem i w czapce czerwonoarmisty – budionowce.

„Repertuar Gazmanowa jest głęboko patriotyczny. Zawsze jest z armią, należy do rady społecznej przy ministerstwie obrony, dlatego chętnie go zapraszamy” – mówił mediom Anton Gubankow, odpowiedzialny za kulturalne przedsięwzięcia w wojsku. „Przyjazne nastawienie celnika oraz pracownic hotelu doprowadziły do tego, że bardziej polubiłem naród litewski, a rząd, który pod hasłem odcięcia społeczeństwa od szkodliwego wpływu kultury rosyjskiej próbuje nas rozdzielić, jest mi jeszcze bardziej wstrętny” – donosił Gazmanow z lotniska w Wilnie.

Ukraińskie déjà vu

Ukraina, Litwa, Łotwa i Estonia zarzucają części rosyjskich artystów szowinizm i uważają ich za element wojny hybrydowej, którą Kreml toczy przeciwko społeczeństwom tych krajów. „To tak, jakby jakiś niemiecki artysta śpiewał dzisiaj, że jego ojczyzną, ojczyzną jego przodków jest Polska, Francja, Rosja, Białoruś, Ukraina – wszystkie te państwa, które były okupowane przez Hitlera. My tak właśnie rozumiemy piosenki Gazmanowa, zwłaszcza jeśli śpiewa on je na oficjalnych uroczystościach na Kremlu, jak było w grudniu 2013 r., jeszcze przed aneksją Krymu” – wyjaśniała na antenie Radia Swoboda (rosyjska redakcja Wolnej Europy) litewska polityk i była minister obrony Rasa Juknevičiene. W grudniu 2013 r. Gazmanow wykonał swój hit „na prośbę gości” także podczas koncertu w Wilnie, co doprowadziło Litwinów do szału.

Trzeba pamiętać, że Litwa, Łotwa i Estonia zostały przyłączone do Związku Radzieckiego na mocy ustaleń sowiecko-niemieckiego paktu Ribbentrop-Mołotow z sierpnia 1939 r., skorygowanych jesienią tamtego roku przez traktat o granicach i przyjaźni (Litwa początkowo miała znaleźć się w niemieckiej strefie wpływów). Sowieci wprowadzili wojska, siłą zmienili rządy na przyjazne sobie, po czym w lecie 1940 r. zapadły decyzje parlamentów o przyłączeniu do ZSRR.

Trudno się dziwić Litwinom, że patrząc na Krym, przeżywają déjà vu. Do dziś, gdy mówią o okupacji własnego kraju, Rosja zaprzecza, twierdząc, że nic takiego nie miało miejsca. Bo przecież w ZSRR wszyscy byli jedną wielką rodziną, „Ukraina i Krym …i Pribałtyka też”. „Kto powiedział, że źle żyliśmy?” – jak zaśpiewałby pewnie inny „zakazany” piosenkarz Nikołaj Rastorgujew, lider słynnej grupy Lube. W marcu 2014 r. tak przejął się „przyłączeniem Krymu do Rosji”, że natychmiast, w spontanicznym porywie, udał się tam, by wraz z zespołem koncertować ku czci „swobodnego wyrażenia woli przez ludność Krymu” jeszcze w dniu referendum 16 marca. „Od Krymu do Jeniseju, Rosja, moja Rosja” – śpiewał Rastorgujew, parafrazując refren swojego hitu „Od Wołgi do Jeniseju”.

Radio Swoboda przeprowadziło w Moskwie sondę uliczną, pytając mieszkańców stolicy o przyczyny niewpuszczania piosenkarzy do krajów bałtyckich. „Oni uważają nas za okupantów za to, że podnieśliśmy ich gospodarkę. W ogóle to powinni nam być wdzięczni i wszystkich wpuszczać bez wizy” – to głos oburzonej Rosjanki. „Jest to związane z polityką. Sankcje-antysankcje. Oni są obrażeni na nas, my na nich. My nie wpuszczamy ich szprotek, oni – naszych artystów” – zdiagnozował nieco przytomniej ktoś inny.

Elastyczny Chór Aleksandrowa

W Polsce ani Gazmanow, ani Kobzon raczej nie porwaliby tłumów. Rosyjska „popsa” to specyficzny rodzaj rozrywki, mało czytelny dla osób spoza kręgów poradzieckich, niemówiących po rosyjsku. Ale już na przykład grupa Lube, która jeszcze parę lat temu przyjeżdżała nad Wisłę z koncertami, zbierała komplety widzów i była witana bardziej niż entuzjastycznie. Regularnie koncertuje natomiast w Polsce i na Zachodzie słynny Chór Aleksandrowa. To oficjalny zespół armii rosyjskiej (wcześniej radzieckiej, bo istnieje od 1928 r.), tej samej, która brała udział w aneksji Krymu i wojnie na południowym wschodzie Ukrainy.

W 2014 r. na fali krymskiej euforii ci wojskowi muzycy skomponowali utwór zatytułowany „Wieżliwyje ludi” (Uprzejmi ludzie), wychwalający rosyjskich komandosów-przebierańców z Krymu Anno Domini 2014. Autorem tekstu jest Anton Gubankow z departamentu kultury w rosyjskim ministerstwie obrony. Ten sam, który organizował koncerty w bazie w Syrii. Jego zdaniem ta pieśń to „zręczna metafora, która odzwierciedla głos ludu i oddaje istotę przemian w armii”.

Po aneksji Krymu koncerty Chóru Aleksandrowa odwoływano w państwach bałtyckich. W Polsce w ubiegłym roku odbyła się zainicjowana na Facebooku akcja społeczna wzywająca do tego samego, jednak nie wpłynęło to ostatecznie na plany zespołu. „Na szczęście większość Polaków umie odróżnić kulturę od polityki” – powiedział w wywiadzie dla polskojęzycznej wersji rosyjskiego portalu Sputnik organizator Piotr Skulski.

Podczas koncertów w Polsce Chór Aleksandrowa nie wykonuje utworu o „zielonych ludzikach”. Przeciwnie, oprócz patriotycznych pieśni radzieckich, muzyki ludowej czy operowych szlagierów, sięga również po bardziej miły polskiemu uchu repertuar. Jak donosił „Dziennik Łódzki” po koncercie w tym mieście, gdy Rosjanie śpiewali „Czerwone maki”, większość widzów „nawet nie kryła łez w oczach”. Wykonali nawet „Hej, Sokoły!”.

Chór Aleksandrowa w wydaniu eksportowym wykazuje sporą elastyczność, jeśli chodzi o dobór repertuaru. Ale jego występy – zwłaszcza w Rosji – mocno odwołują się do sowieckiej spuścizny i nie chodzi wyłącznie o emblematykę, której sporo przecież pozostało we współczesnej armii rosyjskiej. W internecie można znaleźć zdjęcie z koncertu w 2009 r., gdzie chór występuje pod wielkim plakatem Stalina z okazji 130. rocznicy urodzin sowieckiego wodza. Chór Aleksandrowa to „federalna państwowa instytucja kultury”, która służy armii i promuje ją – zachęca do wstąpienia do wojska, uczestniczy w imprezach wojskowych i patriotycznych oraz występuje w mundurach.

W 2013 r. z okazji swojego 85. jubileuszu zespół wystąpił razem z innymi promotorami rosyjskiej kultury patriotycznej – motocyklistami z bandy Nocnych Wilków, skądinąd znanymi w Polsce. W ubiegłym roku toczył się u nas zupełnie na poważnie spór o to, czy jadących do Niemiec aktywistów – pragnących symbolicznie „powtórzyć zwycięski marsz Armii Czerwonej” – zatrzymać na granicy czy wpuścić. Ludzie Chirurga, jak nazywa się lider motocyklistów Aleksander Załdostanow, są na amerykańskiej liście sankcyjnej, uczestniczyli w nielegalnych działaniach podczas aneksji Krymu, publicznie wygłaszali groźby karalne wobec opozycji w Rosji.

Ważną gałęzią działalności Chirurga jest organizacja spektakularnych patriotycznych show na Krymie, na które dostaje milionowe (w rublach) granty od państwa rosyjskiego. Tegoroczny pokaz pod nazwą „Arka Zbawienia” przedstawiał Rosję jako piąte imperium – po Rusi Kijowskiej, Rurykowiczach, Romanowach i ZSRR. Załdostanow twórczo rozwinął koncepcję prawosławnego stalinisty Aleksandra Prochanowa, przedstawiając monumentalną wizję z udziałem (oczywiście) motorów, czołgów, żołnierzy, pionierów i komsomolców, seriami z kałasznikowa i hymnem sowieckim z elementami hymnu rosyjskiego. Carsko-prawosławno-sowiecka wizja Chirurga jest dość czytelna – tylko Rosja Putina zbawi cywilizację przed idącym z Zachodu rozkładem. W dwudniowym festiwalu motocyklistów, którego kulminacyjnym punktem była „Arka Zbawienia”, uczestniczyło kilkanaście zespołów rockowych.

Czarne listy

Rosyjscy artyści objęci zakazami czy sankcjami podkreślają swoje pokojowe nastawienie. Nie byli za „aneksją” czy „interwencją”, są artystami, ludźmi kochającymi pokój, śpiewają „o miłości”. Popierali „wolny wybór”, „referendum”, „uniknięcie rozlewu krwi”, Putin postąpił „słusznie”, a „Krym i tak zawsze był rosyjski”. Większość z nich rzeczywiście ograniczyła się do politycznych deklaracji. Nie każdy przecież ma – jak aktor Michaił Porieczienkow – czas i możliwości, by pojechać do Donbasu i postrzelać w stronę Ukraińców z karabinu maszynowego.

A jednak zawzięcie broniąc swojego prawa do poglądów, jednocześnie odmawiają go innym. Ci nieliczni artyści, którzy zgłosili votum separatum i otwarcie krytykowali aneksję Krymu i wojnę w Donbasie, znaleźli się na nieoficjalnym indeksie w Rosji. Orędownicy praw „obywatela, człowieka, artysty” nie stanęli np. w obronie Andrieja Makarewicza z Maszyny Wriemieni, gdy ten dostawał po głowie za udział w koncercie dla ukraińskich dzieci z Donbasu.

Spór o „czarne listy” nie jest więc sporem o wolność artysty. Podobnie jak walka z rosyjską propagandą medialną nie ma wiele wspólnego z zagrożeniem wolności mediów. Rosja podporządkowała media celom politycznym, by następnie wytykać innym, że nie gwarantują im wolności słowa. Zaprzęgła artystów do głoszenia szowinistycznych treści, by domagać się potem dla nich swobody tworzenia. To pozorna debata, która pod pretekstem walki o pryncypia ma nas wszystkich przekonać, że pochwała wojny jest „opinią”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ożywianie mózgu po śmierci i transplantacja głowy. Czy istnieją granice neuronauki?

Badaczom udało się wznowić niektóre funkcje mózgów pobranych od świń, a inny naukowiec chciałby przeprowadzić transplantację ludzkiej głowy.

Piotr Rzymski
22.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną