Świat

Nastoletnie państwo dorasta. Timor Wschodni kończy 16 lat

Dili, stolica Timoru Wschodniego Dili, stolica Timoru Wschodniego David Stanley / Flickr CC by 2.0
Timor Wschodni, jedno z najmłodszych państw świata, właśnie zdał test demokracji. Choć teraz musi zdać test z rządzenia.
Xanana Gusmão (w środku) wygrał wybory parlamentarneMaria Tschanz, Watch Indonesia!/Wikipedia Xanana Gusmão (w środku) wygrał wybory parlamentarne

Marcelino Pereira w 2008 roku dowiedział się, w jaki sposób 30 lat wcześniej zginął jego ojciec Porfirio Aleixo. – Gdy się urodziłem w 1977 roku, dwa lata po rozpoczęciu okupacji Timoru-Leste przez Indonezję, ojciec zostawił mojej matce ręcznie napisane moje imię, wziął karabin na plecy i poszedł w dżunglę walczyć o niepodległość. Rok później zamordowali go koledzy z partyzantki z marksistowskiego odłamu partii Fretilin – opowiada.

34 lata później, w pierwszych wyborach w Timorze zmierzającym po niepodległość odbitą z pomocą ONZ z rąk Indonezji, Marcelino zagłosował na tę samą partię Fretilin. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to partyzanci, a nie indonezyjskie wojsko, zabili jego ojca.

Dziś, 17 lat po tych wyborach, Marcelino nie głosuje już na Fretilin, choć nie z zemsty. Śmierć ojca jest dla niego po prostu elementem długiej i trudnej walki o niepodległość, w której nie zabrakło ofiar walk między fakcjami Timorczyków. Marcelino jest teraz oficerem prasowym koalicji AMP, której szefem jest Xanana Gusmão. I właśnie pomógł mu wygrać wybory, po których głównym zadaniem nowego rządu ma być wydarcie się z niedługiej, ale ciążącej nad wszystkim w Timorze historii.

Co może być o tyle trudne, że Xanana przez lata był liderem Fretilin (również wtedy, gdy w bratobójczej walce marksiści mordowali bardziej umiarkowanych partyzantów) i jest symbolem walki o niepodległość Timoru. Zresztą dla całej klasy politycznej powodem do dumy jest to, co robili w latach okupacji, a niekoniecznie to, co zrobią z uzyskaną władzą.

Timor Wschodni, dorastający nastolatek

Timor-Leste jest dorastającym nastolatkiem. 16 lat to trudny wiek i ma wiele problemów, ale to już czas, by zacząć brać za siebie odpowiedzialność – mówi Vidal Campos, działacz jednej z najprężniejszych timorskich organizacji pozarządowych BaFuturu.

W zeszły weekend wziął tę odpowiedzialność. Timorczycy po raz drugi w ciągu niecałego roku głosowali w wyborach parlamentarnych po tym, jak upadł poprzedni rząd mniejszościowy. Mimo doniesień o nieprawidłowościach w ciągu kampanii wybory zostały uznane przez grupę obserwatorów z Australii, Stanów i Unii Europejskiej za ogólnie uczciwe. Frekwencja przekroczyła 80 proc., choć były obawy, że obywatelom nie będzie się chciało znów iść do urn. To potwierdzenie oczekiwań raczej niż zaskoczenie – Economist Intelligence Unit ocenia timorską demokrację najlepiej w regionie i wyraźnie wyżej niż polską czy węgierską.

Ale Campos wie, że wciśnięty między Indonezję a Australię kraj, dawna portugalska kolonia, musi już wkroczyć w dorosłość. 20 maja będzie świętował 16. urodziny. Gdyby był człowiekiem, za rok zyskałby prawa wyborcze. Czas, by zacząć coś tworzyć, a nie tylko beztrosko płynąć przez młodość, bo obywatele desperacko wyczekują poprawy poziomu życia.

Xanana jest dla nich symbolem takim jak Mandela w RPA czy Gandhi w Indiach, choć w przeciwieństwie do nich nie uciekał od walki zbrojnej, więc może bliżej mu do Fidela Castro. Spędził 20 lat jako partyzant w dżungli i przez to Pokojowa Nagroda Nobla w 1996 roku trafiła nie do niego, a do podległego mu dyplomaty José Ramosa-Horty. To on jest architektem sojuszu komunistycznych partyzantów i Kościoła katolickiego, to on doprowadził do przełomowej dla Timorczyków pielgrzymki Jana Pawła II na wyspę w 1989 roku, to on, nawet siedząc w indonezyjskim więzieniu, w końcu doprowadził do niepodległości.

Ale w 2018 roku wyborcy w Dili są bardziej zainteresowani tym, żeby nowy rząd zapewnił im czystą wodę, stabilną elektryczność, lepsze drogi, dostęp do szkół, szpitali i – przede wszystkim – pracę. Nawet w Balibar, górskiej wiosce, w której lokal wyborczy stał kilkaset metrów od domu Xanany, wyborców coraz mniej interesują triumfy sprzed 20 lat. – To czas na nowe pokolenie polityków. Oni nie mogą zachowywać się jak poprzednicy. Nowi ludzie, nowe metody – mówi Belsior Santos, student z Dili.

Ropa, której nie ma

Żeby zobaczyć podstawowy problem Timoru – a w zasadzie go nie zobaczyć – wystarczy wyjść po zmroku na ulice stolicy. Gdy zachodzi słonce, na ulicach jest ciemno. Nieliczne miejskie latarnie nie działają, ulice są puste. Równie łatwo wpaść w nieprzykrytą włazem studnię kanalizacyjną, co skręcić kostkę o krzywo ułożone krawężniki i płyty chodnikowe. Kontrast z sąsiadującą Indonezją, do której należy zachodnia część wyspy i gdzie drobny handel oraz towarzyskie życie ulicy kwitną przez całą dobę, jest uderzający.

Kraju nie stać na budowę i utrzymanie sensownej infrastruktury nawet w stolicy. Poza Dili jest jeszcze gorzej, tym bardziej że wyspa jest górzysta i wiele osad jest niedostępnych. W efekcie instytucje państwa poza wybrzeże prawie nie sięgają, brakuje szpitali i szkół, przez co nawet 40 proc. z ok. 1,2 mln mieszkańców kraju to analfabeci. PKB na głowę nie przekracza tu 3 tys. dolarów na rok i jest jednym z najniższych na świecie, a ktoś zarabiający miesięcznie 200 dolarów amerykańskich uchodzi za komfortowo żyjącą klasę średnią.

To wszystko nie dziwiłoby tak bardzo, gdyby nie to, że w wodach terytorialnych Timoru Wschodniego jest całkiem sporo ropy i gazu, które tak niewielkiemu państwo mogłyby zapewnić dobrą odskocznię. Ale korzyści te trafiają głównie do Australii, która je wydobywa, przetwarza i sprzedaje dalej, łaskawie dzieląc się niewielką częścią zysków z Timorem.

Świeża krew

Timorczycy są dumni z tego, co zbudowali przez 16 lat. Głównie z demokracji, ale też z wierności swoim zasadom. – Mamy unikalną kulturę, która pomogła nam przetrwać lata indonezyjskiej okupacji. Cenimy wspólnotę, więc łatwo było nam się zebrać i razem walczyć – tłumaczy Vidal.

Tę wspólnotę widać też w gospodarce. Współczynnik Giniego, czyli wskaźnik nierówności społecznej, na Timorze jest podobny jak w Niemczech i nieco tylko niższy niż w Danii czy Holandii. To też wyróżnia kraj na tle regionu, gdzie biedy jest dużo, ale w Mjanmie, Kambodży czy Laosie jest też mnóstwo nierówności i sporo bogaczy, zwykle związanych z rządzącymi. W Timorze Wschodnim jest biednie, ale równo.

Nic więc dziwnego, że spektrum polityczne obejmuje komunizujący Fretilin, socjaldemokratów z AMP i ogólnie znajdujący się na lewo od centrum plankton partyjny. Niemal bez wyjątku wywodzący się z dawnych partyzantów albo proniepodległościowych dyplomatów.

A to już męczy Timorczyków.

W kraju nie mamy nawet jednego programu nauczania. Część dzieciaków uczy się w języku tetum, część po portugalsku, gdzieniegdzie wciąż po indonezyjsku, a są też szkoły anglojęzyczne. Wielu nie uczy się zresztą wcale, w klasach teoretycznie jest po 60 uczniów, ale na zajęcia przychodzi po 20. W górach ludzie mówią w dialektach i nie znają tetum ani portugalskiego – wylicza Vidal.

Dodaje, że problemem są też prawa kobiet. W patriarchalnym, silnie katolickim społeczeństwie trudno je zaktywizować zawodowo, zresztą często nie ma po prostu dla nich pracy. Dzieci wykorzystuje się do prowadzenia polityki jako statystów na wiecach, ale żeby zaoferować im edukację i szanse życiowe, to już nie ma chętnych.

Marcelino uważa, że Xanana to zmieni, choć gdy był premierem od 2007 do 2015 roku, kraj wiele się nie rozwinął.

Xanana jest inny niż Fretilin – mówi Marcelino. – Pierwszy raz poznałem go w 2002 roku, gdy wręczał mi medal i kilkaset dolarów za śmierć mojego ojca w dżungli, choć wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że zginął z rąk rodaków. Ale Xanana odważył się potem przeprosić wszystkich, których bliscy zginęli w wojnie, zabici przez marksistów czy Indonezyjczyków. A Fretilin ciągle żyje w mentalności, że są święci, bo jak nie oni, to wróci okupant.

Gospodarczo może zmienić się na lepsze, bo Xanana doprowadził już do ustalenia stałej granicy morskiej z Australią, a teraz chce budować rurociąg na wyspę i rafinerię. Ale dla wielu wyborców jeszcze większą nadzieję daje to, że bohater walki o niepodległość sam przyznaje, że czas wychować następców i oddać politykę młodszym.

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama