Świat

Pożeranie Białorusi

Blef baćki

Gdyby sądzić Łukaszenkę tylko po wojowniczości i podkreślaniu niezależności wobec Putina, można by uznać, że Polska ma na wschodzie mocno okopanego w swojej tożsamości, twardego i antyrosyjskiego sąsiada. Gdyby sądzić Łukaszenkę tylko po wojowniczości i podkreślaniu niezależności wobec Putina, można by uznać, że Polska ma na wschodzie mocno okopanego w swojej tożsamości, twardego i antyrosyjskiego sąsiada. Alexei Nikolsky/TASS/Reuters / Forum
Aleksandr Łukaszenka znów przeszedł w tryb niepodległościowy, a nawet antyrosyjski. Ale Moskwa wie, że to blef, bo większość Białorusinów takiego trybu nie ma.
Aleksandr Łukaszenka, Dimitrij Miedwiediew i Władimir Putin na Mistrzostwach Świata FIFA w Rosji 2018.Służba Prasowa Prezydenta Rosji/Wikipedia Aleksandr Łukaszenka, Dimitrij Miedwiediew i Władimir Putin na Mistrzostwach Świata FIFA w Rosji 2018.

Artykuł w wersji audio

Najważniejsza rzecz – niezawisłość! – grzmiał niedawno Aleksandr Łukaszenka. Sporo się wówczas mówiło o tym, że Białoruś baćki przekroczyła Rubikon, że teraz to już wóz albo przewóz: albo Białoruś wchodzi w skład Rosji, albo wyrywa się na zupełną niepodległość. A słuchając grzmień białoruskiego prezydenta, można było nabrać wrażenia, że decyzja tak naprawdę jest już podjęta: koniec z Rosją. Jak na Ukrainie.

Sytuacja między Rosją a Białorusią znów jest napięta. Od kiedy 13 grudnia premier Rosji Dmitrij Miedwiediew ogłosił, że Białoruś płaci zdecydowanie za mało za gaz, że bierze sporo, a nie realizuje postanowień traktatu o unii dwóch państw – Rosji i Białorusi – w Mińsku zawrzało, a telewizory i radia zapełniły się wąsatym prezydentem krzyczącym o wartości niezależności.

Rosyjscy wierchuszkowi urzędnicy zaczęli sugerować białoruskim partnerom, że jeśli chcą płacić mniej za gaz, powinni wejść w skład Rosji. Białoruskie elity zareagowały alergicznie: co innego wprowadzać w życie założenia Związku Białorusi i Rosji (dodajmy – niespiesznie), a co innego wchodzić w skład potężniejszego państwa. Jak pokazuje przykład Krymu, może tam dojść do przetasowań na każdym szczeblu: od urzędników po biznes, a nawet strefy wpływów grup przestępczych.

1.

Nie z Białorusinami takie numery? Łukaszenka, szeptali analitycy i obserwatorzy, być może zaczął jako wasal Moskwy, ale chce skończyć jako niezależny Wielki Wąsaty Książę Litewski. I na razie można nawet uznać, że jako tako się z tego wielkoksiążęcenia wywiązuje. Bo na oko Białoruś wygląda całkiem dobrze. Zachwycał się nią już Andrzej Lepper. I Gerard Depardieu, który porównywał białoruski porządek do tego, który panuje w Szwajcarii. I Steven Seagal, wykonując głęboki pokłon przed wręczającym mu marchewkę Łukaszenką.

Prezydent Białorusi rzeczywiście rządzi krajem jak feudalny wielki książę: na demokrację się nie ogląda, opozycję wypalił żelazem i – na co wszystko wskazuje – kazał już dawno temu wymordować część jej przywódców. Podobnie zresztą jak białoruską kryminalną wierchuszkę: teraz to już nie mafiosi i rozmaita bandyterka „kryszują” (czyli osłaniają) białoruskie biznesy, a grupy wewnątrz struktur siłowych państwa, wypisz wymaluj jak rycerze w feudalnym patrymonium.

I dba Aleksandr o swój lud: miasta mu maluje i remontuje. Spokój zapewnia – Białoruś jest krajem, nikt nie zaprzeczy, wręcz rozbrajająco bezpiecznym: dopóki chodzi się ścieżkami wyznaczanymi przez panujące na Białorusi zasady. Tym bardziej że ludzie na Białorusi doprawdy potrafią być pomocni, przyjemni, przyjacielscy i racjonalni, zadając kłam odwiecznemu mitowi Słowianina szarpanego wódką od miłości do nienawiści. Jeśli już idzie o stereotyp, byliby Białorusini raczej jak słowiańscy Estończycy: spokojni, stateczni, schludni.

Wielki książę zapewnia również jaki taki dobrobyt: na Białorusi trudno znaleźć już ładę żiguli, których na Ukrainie, a nawet w Rosji sporo jeszcze jeździ, w wielkich galeriach handlowych na obrzeżach Mińska świecą neony tych samych sklepów co w Warszawie czy Berlinie, a w eleganckich restauracjach i dobrych knajpach można – jeśli się ma za co, bo ceny wcale niższe od polskich nie są – balować na okrągło.

2.

„Białoruś – najnormalniejszy kraj na świecie” – głosi popularne na Białorusi powiedzenie (a tym bardziej „normalny”, że „niezepsuty” przez europejską polityczną poprawność czy feminizm). Ale i „Białoruś – kraj, w którym oficjalnie zarabiasz 300 dol., wydajesz na życie 400, a 100 odkładasz” – głosi jeszcze inne. Bo cudów nie ma – pensje nie są tu wysokie i nawet „poczciwi” Białorusini muszą kombinować, by połączyć koniec z końcem. Nie aż tak jak Ukraińcy czy Mołdawianie – ale jednak.

Białorusini doceniają baćkowe porządki, nawet jeśli jest to docenienie „mniejszego zła”. Być może nie aż w takim stopniu, w jakim chciałby Łukaszenka, który przyznał kiedyś w rosyjskiej telewizji, że owszem, zdarzyło mu się sfałszować wybory, ale w dół, bo nikt by nie uwierzył, że popiera go ponad 90 proc. rodaków. Ale doceniają. Bo to Łukaszenka stworzył „nowego Białorusina”: człowieka poradzieckiego, odróżniającego się od swoich rosyjskojęzycznych ziomków, Rosjan, części Ukraińców, Mołdawian itd. doświadczeniem życia we w miarę spokojnym, prowadzonym trochę jak kołchoz na końcu świata, kraju, który zbudował kniaź Aleksandr.

Drogi tu porządne, ulice wysprzątane, miasta wymalowane, a Mińsk – trudno się czepić. Od każdej strony – szerokie arterie, okolone nowymi blokami i biurowcami, szpanersko podświetlone centrum miasta. Nawet hipsterska dzielnica w dawnych, czerwonocegłych poindustrialnych okolicach, która tym się głównie różni od siostrzanych miejsc na zachód od Białorusi, że na tle designerskich knajp i wysokiej jakości graffiti stoi popiersie Lenina. Ale niewielkie. „Białoruś – najnormalniejszy kraj na świecie” – głosi ironiczny napis na hipsterskich naklejkach, sprzedawanych w jednym z butików z gadżetami dla modnego alternatywnego Białorusina.

Więc jeśli ktoś myśli o wschodzie Europy, używając starych, zwietrzałych stereotypów, będzie w szoku. Cudów nie ma: drewniane wsie nadal wyglądają, jakby miały się zawalić, choć domy często pomalowane są na blaknące już wesołe kolory. Ale chaosu też nie: płoty przy drogach są wysztancowane do jednego wzoru, rzadkie billboardy wychwalają ojczyznę lub białoruskie albo rosyjskie biznesy. Zimą na białoruskiej prowincji śmierdzi z kominów tanim palidłem, a z prowincji ludzie masowo wyjeżdżają do pracy albo za granicę – do Polski, Niemiec czy Rosji – albo do stołecznego Mińska właśnie. A baćka grzmi i huczy o tej niezależności…

3.

Gdyby sądzić Łukaszenkę tylko po wojowniczości i podkreślaniu niezależności wobec Putina, można by uznać, że Polska ma na wschodzie mocno okopanego w swojej tożsamości, twardego i antyrosyjskiego sąsiada. Opozycjoniści i etosowi, prozachodni demokraci zaczęli widzieć w tym wszystkim płomyk nadziei. Aleksandr Milinkiewicz, kandydat demokratycznej opozycji na prezydenta w 2006 r., naukowiec, prawnuk powstańca styczniowego, wnuk białoruskiego aktywisty w II RP, twierdzi, że Łukaszenka nie ma już wyjścia.

U nas będzie tak jak na Ukrainie – twierdzi Milinkiewicz. – Obudzi się tożsamość, a Łukaszenka, który woli być przecież prezydentem niepodległego kraju, a nie rosyjskim gubernatorem, będzie musiał temu przyklasnąć. Gra o jego duszę się toczy. Milinkiewicz uważa, że z jednej strony w kierunku Rosji ciągną niektórzy siłowicy. Ale z drugiej jest też sporo młodych doradców, którzy ciągną w kierunku przeciwnym. W stronę białoruskiej tożsamości, bazującej nie na pamięci radzieckiej Białorusi, do której Łukaszenka po przejęciu władzy nawiązał, ale właśnie do pamięci Wielkiego Księstwa, do ruskiego Połocka.

Tyle że z zewnątrz akurat tej białorutenizacji za bardzo nie widać. Owszem, nazwy miast na drogowskazach są w języku białoruskim, w tym języku nadaje też co drugie radio – ale tak było i w czasach ZSRR. Poza tym wszędzie rosyjskojęzyczna radzieckość. Ale jakaś dziwna. Wypacykowana, update’owana i w wersji de luxe.

Mińsk na przykład może kojarzyć się z Warszawą ze słynnego serialu Agnieszki Holland, w którym PRL trwa aż do 2003 r. i jest rozwiniętym socjalistycznym państwem, trochę na chińską modłę. Na Białorusi jest właśnie tak: na frontonach gwiazdy w wawrzynowych wieńcach, na dachach napisy: a to ku chwale zwycięzcom, a to o wielkim dziele radzieckiego narodu. Płonie wieczny ogień, soc-modernistyczne budynki wyglądają świetnie i krzepko. Na starych mozaikach niezwyciężona Armia Czerwona, w metrze – bosy białoruski lud w giezłach, z sierpami i snopami, jako sól ziemi, którą z nędzy wyrwała dopiero wielka socjalistyczna rewolucja.

Alona, pracująca w hipsterskim salonie fryzjerskim w centrum Mińska, mówi, że młodzi wstydzą się mówić po białorusku. – Nawet na wsi się w tym języku nie mówi, tylko w trasiance, połączeniu rosyjskiego i białoruskiego. Właściwie to po białorusku mówią tylko hipsterzy, bo oni zawsze muszą być inni niż wszyscy. A jak ktoś też chce mówić tak jak oni, żeby było modnie, a myli się – to się z niego śmieją. Ludzie wolą po rosyjsku. Bezpieczniej.

Andriej z Grodna, który przeniósł się do Mińska, bo na prowincji roboty nie ma, mówi, że i owszem, po białorusku uczyli się w szkole, ale nie bardzo jest sens się w nim porozumiewać. – Sam nie wiem dlaczego – zastanawia się. – To nie jest język biznesu – decyduje się w końcu. Później, wysilając się, jakby mówił w obcym języku, rzuca parę białoruskich zdań. – Baczysz? – cieszy się. – Ja jaszcze nie zabyusja!

Gdzie więc jest ta białorutenizacja? – pytam słynnego białoruskiego architekta i pisarza Artura Klinaua, który zgadza się z Milinkiewiczem, że widać oznaki powrotu do białoruskości i coś w rodzaju tożsamościowej wiosny. – No nie, że wszędzie – mówi Klinau – ale pojawiają się tu i ówdzie białoruskojęzyczne reklamy, czasem ktoś z urzędników coś powie po białorusku albo kibice…

4.

Wyłania się z tego wszystkiego obraz nieco innego społeczeństwa, niżby chcieli widzieć w przyszłości zarówno Milinkiewicz czy Klinau. I innego, niż wyobraża je sobie wielu Polaków. Białorusini zanurzeni są w tożsamości, którą nadał im Związek Radziecki, a nie Wielkie Księstwo Litewskie, część Rzeczpospolitej.

I jest to swego rodzaju porażka Rzeczpospolitej: przecież panowała ona na tych terenach nieporównanie dłużej niż Radziecja, nawet do spółki z carską Rosją. Ale właśnie: „panowała na terenach”. Bo jeśli chodzi o ich mieszkańców, to poza spolonizowaną w wielkiej części szlachtą i posiadającymi własną tożsamość Żydami byli oni za Rzeczpospolitej zahukanymi, żyjącymi w prymitywnych warunkach chłopami. Którzy nie tylko nie mieli powodu, by „rzeczpospolitą” czy „litewską” tożsamość przyjmować, ale nawet nie mieli pojęcia, że mają w ogóle taką opcję. Byli po prostu „tutejszymi”, mówili po „tutejszemu”. Ich tożsamość nie wpisywała się w żadną, jak to się obecnie określa, narrację.

Chwycił ich dopiero ZSRR, razem ze swoją przyspieszoną, nachalną wręcz industrializacją, urbanizacją, przesuwaniem szerokich mas z drewnianych, rozpadających się chałup krytych strzechą, często położonych w niedostępnych, poleskich rozmoczach, do bloków z łazienkami, kuchniami, ogrzewaniem, z działającym publicznym transportem. To za ZSRR „tutejsi” wykształcili się w szkołach, dostali samochody i po raz pierwszy spojrzeli na swój kraj nie spod strzechy zgrzybiałej chatynki. Stali się obywatelami Białorusi, ale radzieckiej. Dlatego pamięć po Litwie, w takiej czy innej postaci, jest teraz „pamięcią pańską”. Elitarną, inteligencką. A pamięć o Białorusi radzieckiej – pamięcią ludową.

Związek Radziecki, „prawdziwa ojczyzna”, upadł jednak. I choć Białoruś z wyglądu przypomina ZSRR, to nowe państwo nie jest tym samym. Państwem, za którym nostalgię czuje gigantyczna ilość Rosjan, Białorusinów, a nawet Ukraińców i Mołdawian. Powtarzających jak mantrę, że „za Sojuza było lepiej”, że dziś przeciętny człowiek musi od dnia do nocy, siedem dni w tygodniu, pracować za kopiejki, a dawniej każdy mógł sobie pozwolić na dwa urlopy w roku na Krymie. I trudno się temu do końca dziwić.

5.

Łukaszenka pochodzi ze wschodniej Białorusi, to granica z Rosją. Dla niego Rosja była punktem odniesienia – mówi Andrzej Poczobut, Polak urodzony i wychowany na Białorusi, grodzieński dziennikarz i działacz. – Mówić, że mógłby na serio „pokłócić się” z rosyjskością to tak, jakby mówić, że ja mógłbym „pokłócić się z polskością”. Poczobut, w przeciwieństwie do Milinkiewicza i Klinaua, nie wierzy w białorutenizację. A spektakl proniepodległościowych, antykremlowskich nawet wypowiedzi prezydenta zbywa wzruszeniem ramion. – Łukaszenka robi to mniej więcej co roku, gdy trzeba negocjować ceny gazu. Wtedy nagle Białoruś jest dumna, niezależna i asertywna. Może „znaleźć innych przyjaciół niż Moskwa”. A potem jakoś się dogadują i wszystko wraca do normy.

Moskwa notabene robi podobne rzeczy. Przed białoruskimi wyborami prezydenckimi w 2010 r., żeby wywrzeć presję na Łukaszenkę, rosyjska państwowa telewizja wyemitowała film „Baćko chrzestny”, w którym wprost oskarżyła go nie tylko o żerowanie na rosyjskich miliardach i o prowadzenie państwa w mafijnym stylu, ale nawet o wymordowanie opozycji. Był to dla Łukaszenki sygnał, by wrócić do pionu. I wrócił. Choć jakiś czas później, by również pokazać, że ma coś w tym ustawieniu do powiedzenia, zdarzało mu się krytykować działania Rosji na Ukrainie i straszyć podobnym scenariuszem we własnym państwie.

Rzecz w tym, że zbyt wiele do powiedzenia nie ma. Białoruś zależy od Rosji energetycznie, militarnie i finansowo. Musiałby zdarzyć się cud, by w ogóle można było myśleć o jakimkolwiek odwróceniu sojuszy. Łukaszenka jednak, jak na zdanego na łaskę i niełaskę Rosjan, stawia się zadziwiająco stanowczo. Być może odwleka nieuniknione, wiedząc, że Rosji niespecjalnie się opłaca przełykać kraj tak czy owak prowadzony na własnym łańcuszku, a mogący okazać się ciężej strawnym, niż się okazuje? Być może naprawdę stara się budzić w Białorusinach patriotyczne odruchy?

Nadal jednak odwołuje się do tożsamości Białorusi radzieckiej: ważniejsza dla niego jest ta rocznica narodzin niż Białoruskiej Republiki Ludowej, pierwszego narodowego białoruskiego państwa powstałego pod koniec pierwszej wojny światowej. Nie wspominając o głębszym nawiązywaniu do tradycji ruskich księstw czy Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Łukaszenka bardziej niż Wielkim Księciem Litewskim może chcieć być zbieraczem ziem ruskich – śmieje się Poczobut. – Choć, oczywiście, stracił już nadzieję na to, że po zjednoczeniu Rosji i Białorusi zasiądzie na kremlowskim tronie, w co wierzył jeszcze jakiś czas temu. Owszem, gra nacjonalizmem, ale nadaje mu radzieckie i prorosyjskie odcienie. Według Poczobuta Łukaszenka, jeśli zdecyduje się obrócić na kogoś ostrze wybudzonego jakoś nacjonalizmu, będzie to raczej Polska, nie Rosja. I to trafi na podatny grunt przy powszechnej narracji typu „Rosja traktowała nas jak braci, a Polska – jak podludzi”.

6.

Czy jednak zwykli obywatele Białorusi poparliby przyłączenie do Rosji? Konstrukcja tożsamościowa Białorusinów często nie jest rozumiana przez Polaków, ci bowiem mają tendencję do „myślenia Polską”. Alona, ta sama, która narzekała na hipsterów „zawłaszczających język białoruski”, nie cierpi ani Łukaszenki, ani Putina. – Stabilizacja? – śmieje się. – Tak u nas, jak i w Rosji: zarabia się grosze, a i to tylko w Mińsku, ludzie jeżdżą do pracy do was, do Polski, chociaż w naszej telewizji Polska jest przedstawiana jako kraj prawie upadły.

Ta sama Alona, której rzeczone „myślenie Polską” kazałoby widzieć właśnie w Rosji praprzyczynę wszelkiego zła, jest również wielką zwolenniczką wiecznego sojuszu z braterską Rosją. – Europa nas nie lubi, ma nas za gorszych, a Rosja to właściwie to samo co my. No, może tam trochę niższe standardy panują, ludzie bardziej szorstcy… – mówi – ale mamy wspólną kulturę, historię, wspólnej muzyki słuchamy. A u was, w Polsce – pyta – jak się ludzie do nas, Rosjan, odnoszą?

Andrzej Poczobut z uśmiechem wspomina, gdy Rosja grała z Chorwacją w ostatnim mundialu. – U nas, w Grodnie, w piwnych ogródkach był jeden zgodny ryk, że „nasi grają”. Wcześniej był przekonany, że na Białorusi może coś się wydarzyć. Ale po Krymie zmienił zdanie. – Wystarczyło, że zagrała imperialna muzyczka. A czy nie powinno być odwrotnie? Czy ta muzyczka nie powinna ich przestraszyć? pytam. – To jest właśnie ten polski punkt widzenia – wzdycha Poczobut.

ZIEMOWIT SZCZEREK Z MIŃSKA

Polityka 2.2019 (3193) z dnia 08.01.2019; Świat; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Pożeranie Białorusi"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną