Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Operacja „Trójząb Neptuna”, w której ginie Osama Bin Laden – fragment autobiografii Baracka Obamy „Ziemia obiecana”

Autobiografia Baracka Obamy „Ziemia obiecana” Autobiografia Baracka Obamy „Ziemia obiecana” mat. pr.

Następnego ranka zbudziłem się wcześnie, jeszcze zanim zadzwonił operator centralki Białego Domu. Podjęliśmy nietypową decyzję, by odwołać tego dnia możliwość zwiedzania Zachodniego Skrzydła, zakładając, że czekają nas ważne zebrania. Postanowiłem zagrać szybką partię golfa z Marvinem – dziewięć dołków, jak zwykle w ciche niedziele – bo nie chciałem budzić podejrzeń, że dzieje się coś niezwykłego, a poza tym wolałem wyjść na zewnątrz, niż siedzieć w Gabinecie Traktatowym i co chwila spoglądać na zegarek w oczekiwaniu, aż w Pakistanie zapadnie noc. Był chłodny, bezwietrzny dzień, a ja partaczyłem kolejne uderzenia, gubiąc trzy czy cztery piłki między drzewami. Po powrocie do Białego Domu skontaktowałem się z Tomem. Był już z resztą ekipy w Pokoju Sytuacyjnym i czekał w gotowości, na wypadek gdyby trzeba było podejmować nagłe decyzje w razie nieprzewidzianych zdarzeń. Zamiast dekoncentrować zespół swoją obecnością, poleciłem, by mnie powiadomił, gdy śmigłowce z drużyną sealsów wzbiją się w powietrze. Usiadłem w Owalnym, próbując przeglądać jakieś dokumenty, ale ciągle przesuwałem wzrokiem po tych samych wierszach tekstu. W końcu zadzwoniłem po Reggiego, Marvina i Pete’a Rouse’a – którzy na tym etapie zostali już wtajemniczeni w wydarzenia – i we czterech zasiedliśmy w jadalni obok gabinetu do partyjki pików.

O czternastej naszego czasu dwa śmigłowce Black Hawk zbudowane w technologii stealth wystartowały z bazy lotniczej w Dżalalabadzie, przewożąc dwudziestu trzech żołnierzy SEALs, Amerykanina pakistańskiego pochodzenia pracującego jako tłumacz dla CIA oraz wojskowego psa imieniem Cairo – tak zaczęła się operacja „Trójząb Neptuna”. Za półtorej godziny mieli dotrzeć do Abbottabadu. Opuściłem jadalnię i wróciłem do Pokoju Sytuacyjnego, który przeobrażono w coś w rodzaju sali dowodzenia. Leon utrzymywał połączenie wideo z Langley, przekazując informacje od McRavena, który siedział w Dżalalabadzie i miał bieżący kontakt z sealsami. Joe, Bill Daley i większa część mojego zespołu bezpieczeństwa narodowego – w tym Tom, Hillary, Denis, Gates, Mullen i Blinken – siedziała już wokół stołu konferencyjnego w napiętej atmosferze. Pokazano mi uaktualnione plany rozmów z Pakistanem i innymi krajami oraz strategie dyplomatyczne na wypadek sukcesu lub porażki misji. Gdyby bin Laden zginął podczas ataku, szykowano się do organizacji tradycyjnego islamskiego pochówku na morzu, aby nie stworzyć miejsca pielgrzymek dżihadystów. Po pewnym czasie zrozumiałem, że zespół po prostu opowiada mi o dawno uzgodnionych sprawach. Żeby nie zawracać im głowy, poszedłem na górę. Krótko przed piętnastą trzydzieści Leon powiadomił mnie, że śmigłowce zbliżają się do celu.

Zespół ustalił, że będę śledził operację za pośrednictwem Leona, Tom obawiał się bowiem o optykę naszych działań – gdybym komunikował się wprost z McRavenem, mogłoby to sprawiać wrażenie, że próbuję sterować misją, co nie tylko byłoby nieprofesjonalne, lecz w razie porażki mogłoby się zamienić w problem polityczny. Jednak po drodze do Pokoju Sytuacyjnego w mniejszej salce konferencyjnej po drugiej stronie korytarza spostrzegłem na monitorze transmisję z drona obserwującego kompleks z powietrza i usłyszałem głos McRavena. Teraz, gdy helikoptery zbliżały się do celu, wstałem z krzesła. „Muszę to oglądać”, powiedziałem i poszedłem do tamtego pokoju. Przy małym stoliku przed komputerem zastałem Brada Webba odzianego w granatowy mundur generała brygady sił powietrznych. Uniósł się, by zrobić mi miejsce, ale położyłem mu dłoń na ramieniu, mówiąc: „Proszę siedzieć”, po czym znalazłem sobie krzesło z boku. Webb powiadomił McRavena i Leona, że zmieniłem plan i oglądam przekaz. Chwilę potem cały zespół wcisnął się do salki.

Wtedy po raz pierwszy i ostatni oglądałem operację wojskową na żywo. Na ekranie przesuwały się widmowe obrazy. Śledziliśmy akcję przez jakąś minutę, gdy nagle podczas lądowania jeden z helikopterów gwałtownie opadł. Zanim zdążyłem zrozumieć, co się dzieje, McRaven poinformował nas, że maszyna na moment straciła siłę nośną i stuknęła podstawą ogona w mur kompleksu. Poczułem krótkie ukłucie strachu jak porażenie prądem. W wyobraźni zobaczyłem katastroficzny scenariusz: śmigłowiec rozbija się na ziemi, sealsi wybiegają, by uciec przed wybuchem, ludzie wychodzą z domów, żeby zobaczyć, co się dzieje, wpada pakistańska armia. Moje koszmarne wizje przerwał głos McRavena.

– Jest dobrze – powiedział, jakby chodziło o kolizję wózka z supermarketu ze zderzakiem auta. – Mamy świetnego pilota, usiądzie bezpiecznie.

I tak się właśnie stało. Później dowiedzieliśmy się, że na skutek wyższej, niż przewidywano, temperatury i odbicia wzbudzanego przez rotor powietrza w obmurowanej przestrzeni podwórza doszło do tak zwanego stanu pierścienia wirowego na wirniku nośnym Black Hawka i sealsi na pokładzie musieli podejmować decyzje na bieżąco zarówno o lądowaniu, jak i sposobie późniejszej ewakuacji. (Pilot specjalnie wylądował ogonem na murze, by nie dopuścić do poważniejszej katastrofy). W tamtej chwili widziałem jednak tylko rozmazane sylwetki na podwórzu, które szybko zajmowały pozycje i wkraczały do głównego budynku. Przez dwadzieścia pełnych napięcia minut McRaven nie miał dobrej relacji z wydarzeń – a może nie chciał przekazywać szczegółów na temat tego, co komandosi znajdowali podczas przeszukiwania kolejnych pomieszczeń. Nagle niespodziewanie usłyszeliśmy głosy McRavena i Leona, którzy niemal jednocześnie wypowiedzieli wyczekiwane słowa, wieńczące miesiące planowania i lata gromadzenia informacji wywiadowczych:

– Geronimo zidentyfikowany. Geronimo EKIA.

Enemy Killed In Action. Wróg zabity w akcji.

Osama bin Laden – na potrzeby misji opatrzony kryptonimem „Geronimo” – człowiek odpowiedzialny za najpotworniejszy zamach terrorystyczny w historii Ameryki, który kierował działaniami prowadzącymi do śmierci tysięcy ludzi i rozpoczął burzliwy okres w dziejach świata, otrzymał sprawiedliwy wyrok z rąk drużyny amerykańskich Navy SEALs.

W salce konferencyjnej rozległy się westchnienia ulgi.

– Dopadliśmy go – powiedziałem cicho.

Nikt się nie poruszył przez kolejne dwadzieścia minut, kiedy SEALs kończyli misję – zapakowali ciało bin Ladena do worka, zaprowadzili trzy kobiety i dziewięcioro dzieci do narożnego pomieszczenia, gdzie je przepytali, pozbierali komputery, akta i inne materiały o potencjalnej wartości wywiadowczej, po czym rozmieścili ładunki wybuchowe w uszkodzonym Black Hawku, którego teraz zastąpił czekający nieopodal w powietrzu ratunkowy Chinook. Gdy śmigłowce startowały, Joe położył mi dłoń na ramieniu.

– Gratulacje, szefie – powiedział.

Wstałem i pokiwałem głową. Denis zderzył się ze mną pięścią. Podałem rękę pozostałym ludziom w sali. Atmosfera pozostała jednak stonowana przez cały czas, gdy helikoptery przebywały w pakistańskiej przestrzeni powietrznej. Około osiemnastej bezpiecznie wylądowały w Dżalalabadzie i dopiero wtedy poczułem, że napięcie ze mnie spływa. Niedługo potem McRaven powiedział przez połączenie wideo, że właśnie ogląda ciało zabitego i jego zdaniem jest to bez wątpienia bin Laden. Oprogramowanie do rozpoznawania twarzy CIA niebawem potwierdziło jego słowa. Żeby się dodatkowo upewnić, polecił mierzącemu 188 centymetrów wzrostu członkowi swojej drużyny, by położył się obok bin Ladena, który miał być ponoć o siedem centymetrów wyższy.

– Ale wtopa, Bill. – Postanowiłem się z nim podroczyć. – Tyle planowania i w końcu nie zabrałeś zwijanej miarki?

To było pierwsze nieco weselsze zdanie, które wypowiedziałem przez cały dzień, ale śmiechy szybko ustały, kiedy zdjęcia zwłok bin Ladena przechodziły z rąk do rąk przy stole. Spojrzałem – to był on. Mimo dowodów Leon i McRaven stwierdzili, że nie będzie stuprocentowej pewności, dopóki za dzień czy dwa nie dostaniemy wyników badań DNA. Trzeba było postanowić, czy wstrzymujemy się z oficjalnym oświadczeniem. Doniesienia o zniszczonym helikopterze w Abbottabadzie już zaczęły się pojawiać w internecie. Mike Mullen musiał zadzwonić do głównodowodzącego armią Pakistanu generała Aszfaka Parweza Kajaniego i choć rozmowa przebiegła w przyjaznej atmosferze, Kajani poprosił, żebyśmy jak najszybciej ujawnili informacje o ataku, by pomóc mu zapanować nad reakcją pakistańskiej opinii publicznej. Rozumiejąc, że nie będziemy w stanie utrzymać nowin w tajemnicy przez kolejne dwadzieścia cztery godziny, poszedłem na górę z Benem i na bieżąco podyktowałem mu, co chciałbym wieczorem powiedzieć narodowi.

Barack Obama, Ziemia obiecana, tłum. Dariusz Żukowski, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2021, s. 830-834.

Książkę mogą Państwo zamówić pod tym adresem

Materiał płatny Wydawnictwa Agora.

Polityka 12.2021 (3304) z dnia 16.03.2021; Świat; s. 57
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Tadeusz Gołębiewski i hotelowa gigantomania

Właściciel największej polskiej sieci hoteli Tadeusz Gołębiewski do tej pory był witany przez władze lokalne z entuzjazmem i nadzieją. Teraz ściąga też kłopoty i podejrzenia. Jego gigantomania ma powody, ale i cenę.

Joanna Solska
23.07.2019
Reklama