Teraz Gordon Brown!

Brown walcuje bez Blaira
Po uśmiechniętym jak jelonek Bambie Blairze schedę przejmuje buldożer Gordon Brown. Czy ten zacięty Szkot porwie za sobą Anglików?

Wraz z Tonym Blairem odnowił Partię Pracy. Wspólnie z nim rządzi Wielką Brytanią od 1997 roku, choć mają różny temperament i otwarcie z sobą rywalizują. Pod koniec czerwca Gordon Brown odziedziczy osłabioną partię i niepopularny gabinet.
 
Tak się składa, że to przyjaciel Tony jest tym, który wypowiada się o nim najlepiej: Za każdym razem, gdy naradzam się z Gordonem, mam wrażenie, że słucham gadającego zegara. Z jednej strony Tony Blair - uśmiechnięty i uwodzicielski adwokat, który pobierał nauki w najlepszych prywatnych szkołach królestwa. Dobry mówca, hedonista, człowiek towarzyski; w gruncie rzeczy hazardzista wierzący w swą dobrą gwiazdę. A z drugiej strony Gordon Brown - szorstki wykładowca uniwersytecki, osobnik potężnie zbudowany, a przy tym czysty wytwór milczkowatej Szkocji: introwertyk, samotnik (jego najlepszymi przyjaciółmi są rodzeni bracia), mdły i skromny aż do przesady.
 
- On jest z gatunku tych ludzi, którzy opromieniają pokój, wychodząc za drzwi - mówi ironicznie jeden z brytyjskich posłów. Szef służby cywilnej lord Turnbull oceniał całkiem niedawno, zaraz po przejściu na emeryturę: Ma cyniczne spojrzenie na naturę ludzką i postępuje z iście stalinowską brutalnością. Gordon Brown jest zgryźliwcem znanym ze skłonności do wrzasku. Lecz zarazem zachowuje tak daleko posuniętą ostrożność, że właściwie niewiele wiadomo o jego programie.
 
Tony Blair i Gordon Brown - wszystko dzieli te dwie osobowości. Ale jeszcze nigdy w historii brytyjskiej polityki nie było takiej pary, zgranej i mocno złączonej wspólnotą losu. Zapowiedziawszy na 27 czerwca dymisję, brytyjski premier przekazuje pałeczkę niezastąpionemu wspólnikowi, który na równi z nim był odnowicielem Partii Pracy, aby potem stać się rywalem, a wreszcie najgorszym wrogiem.

Szkoła partyjna
 
Tych dwóch połączył jedynie czysty przypadek. Wkrótce po wyborach do Izby Gmin w 1983 roku, jako dwaj świeżo upieczeni posłowie, dzielili z sobą niewielki ślepy gabinet w Westminsterze. Blair miał wówczas 30 lat, a Brown 32 lata. Starszy kolega, ponieważ już długo terminował w partyjnych szeregach, stał się szybko mentorem tego młodszego, złaknionego nauki. Ze spotkania tych dwóch ambitnych ludzi zrodzi się spisek, który będzie wprawdzie wolno dojrzewać, ale wreszcie przeobrazi starą laburzystowską formację i wyniesie ją na trwałe do władzy w 1997 roku, po 18 latach spędzonych w opozycji.
 
W odróżnieniu od Tony'ego Blaira James Gordon Brown zna socjalizm od podszewki. Położone na półwyspie Fife szkockie miasteczko Kirkcaldy, gdzie dorastał, żyje w rytmie zwolnień pracowników z okolicznych kopalni węgla i fabryk włókienniczych. Naprzeciwko ojcowskiej plebanii wznosi się pomnik ku czci Adama Smitha - jednego z teoretyków liberalizmu, czołowego przedstawiciela szkockiego oświecenia. Ale młody Brown pozostaje pod wpływem ojca, prezbiteriańskiego pastora przejętego hasłami sprawiedliwości społecznej, i będzie potrzebował aż 30 lat, nim złoży wreszcie hołd dziełu wielkiego rodaka.
 
Jego żywa inteligencja zwróciła uwagę nauczycieli, którzy skierowali go do jednej z najlepszych publicznych szkół w regionie, co z kolei otwarło przed nim drogę na uniwersytet w Edynburgu. Mając 18 lat, zostaje członkiem Labour Party. Zdobywa szlify politycznego aktywisty, redagując gazetkę studencką i biorąc po raz pierwszy udział w kampanii wyborczej (zostaje wybrany na zaszczytne stanowisko rektora uniwersytetu). Poznaje też mechanizm działalności Partii Pracy w Szkocji.
 
Od samego początku ten zaciekły aktywista wpływa na swych towarzyszy bardziej przez swój styl, który zachował do dziś, niż dzięki oryginalności przemówień. Zapalczywy, niechlujny i rozmamłany, włóczy za sobą reklamówkę wypchaną broszurami i wycinkami gazet. To intelektualista, który przedkłada walkę idei nad obcowanie z ludźmi. Jego ówczesna dziewczyna, księżniczka Małgorzata Rumuńska (Margarita of Romania), studiująca na uniwersytecie w Edynburgu, jest jedynym ziarenkiem romantycznej fantazji w całym jego życiu, kompletnie oddanym partii. Po pięciu latach pożycia Jej Wysokość zmęczy się i odejdzie.
 
Bo też Brown jest człowiekiem żyjącym w pośpiechu, a często również szorstkim, który nie chce zaprzątać sobie głowy błahostkami codziennej egzystencji. To zachowanie wynika być może z ciężkiego doświadczenia, jakie spotkało go w wieku 16 lat.
 
W trakcie meczu rugby ten wielki chłop otrzymał feralny cios. Ucierpiała siatkówka. Spędził potem pół roku unieruchomiony w ciemnej szpitalnej sali, ale i tak stracił wzrok w lewym oku. Jasne się stało, że nigdy nie zostanie zawodowym piłkarzem, co sobie wymarzył. Jak tu żyć, gdy siedzi się w ławach opozycji pod rządami Margaret Thatcher, która sunie jak taran od zwycięstwa do zwycięstwa? Jak przywrócić na łono Partii Pracy brytyjskie klasy średnie, masowo przywiązane do konserwatystów? Dla Browna, tak samo jak i dla Blaira, te 14 lat pomiędzy pierwszym wyborem do parlamentu a zdobyciem władzy w 1997 roku będzie okresem powolnego dojrzewania. Stopniowo nabierają przekonania, że jedynie gruntowna modernizacja lewicy pozwoli im uniknąć wiecznego potępienia w ławach opozycji. Blair będzie się zmieniał instynktownie. Brown, bardziej zatroskany o doktrynalną spójność, zaprzęga się do budowy nowego fundamentu ideologicznego. Kontakt z amerykańskimi demokratami, skupionymi wokół młodego gubernatora Billa Clintona, bardzo w tym pomaga. Ten hiperaktywny polityk spędza letnie wakacje w Nowej Anglii - na kampusie Uniwersytetu Harvarda bądź na plażach na przylądku Cod - wkuwając najnowsze eseje politologów i ekonomistów zza oceanu.

Syn prezbitera
 
To prawda, że nigdy nie zaliczał się do marksistowskiego skrzydła szkockich laburzystów, przenikniętego nacjonalizmem i zaangażowanego w walkę przeciwko zbrojeniom jądrowym. Ale Brown w latach 80. wierzy jeszcze mocno w zalety centralnego planowania i w nacjonalizację. Potem jednak wykona szybki zwrot. W nadchodzącej dekadzie obierze sobie za cel „równość szans dla wszystkich" (rezygnując z głoszonego wcześniej hasła „całkowitej równości"), porzuci koncepcję „państwa kontrolera" na rzecz rynku bardziej otwartego na konkurencję i odkryje szanse nowego wzrostu, jakie stwarza globalizacja.
 
Ten „syn prezbitera" - jak sam często siebie określa - zachowujący wdzięczność wobec publicznego systemu edukacji, wierzy w możliwość awansu dzięki osobistej zasłudze. Jest zafascynowany społeczną mobilnością, jaką dopuszcza amerykański kapitalizm. Ale istotny jest też fundament kultury prezbiteriańskiej - tego rygorystycznego odłamu szkockiego protestantyzmu. To właśnie on przyczynia się do ukształtowania żelaznej zasady rodzącej się wówczas New Labour, w myśl której każdy ma moralny obowiązek spełnić swój potencjał, nawet jeśli prowadzi to do powstania społecznych nierówności. - To nieprawda, że nie lubię bogatych - mawia Brown od tamtej pory. - Ja tylko chcę, aby każdy był bogatszy. Wraz z Blairem tworzy więc nową ideologiczną mantrę, w której powtarzają się hasła „praw i obowiązków", „patriotyzmu obywatelskiego" i „ducha wspólnotowego".
 
Obaj panowie działają jako tandem. I wspólnie wyróżniają się jako nowa reformatorska gwardia. Ale gdy w 1994 r. nagła śmierć Johna Smitha otwiera drogę do walki o przywództwo w Partii Pracy, Brown musi usunąć się na bok przed młodszym kolegą. Jego „problemy psychologiczne", jak mówią uprzejmie blairyści, wątpliwości dotyczące zatwardziałego kawalerstwa (prasa się dopytuje, czy nie jest aby homoseksualistą, ale w końcu ożeni się w 2000 roku), swego rodzaju małoduszność, a wreszcie prowincjonalne pochodzenie po prostu go dyskwalifikują. Gordon opuszcza kolejkę. I będzie czekać aż 13 lat. Będzie to 13 lat frustracji, żalu i urazy, zazdrości, rosnącej nieufności. Ten żart dobrze oddaje trudną relację między nimi: Tony i Gordon idą sami przez park. - Słuchaj - mówi premier - bądźmy wobec siebie szczerzy. - Dobrze - odpowiada kanclerz skarbu - ale ty pierwszy. I rozmowa się urywa.
 
Przez te 13 lat za każdym razem, gdy Tony Blair znajdzie się w złej sytuacji i staje w obliczu buntu we własnej partii (w sprawie Iraku, czesnego na uczelniach), Brown popiera intrygi. Ale też zawsze się waha i w ostatnim momencie rezygnuje z podważania przywództwa partnera, którego uważa przecież za stojącego intelektualnie niżej od siebie.

Gospodarczy cudotwórca
 
Czy to nadmiar ostrożności? Niezdolność przejścia do czynu? A może skutek chłodnej kalkulacji, że jeśli odziedziczy podzieloną partię, to nie będzie miał żadnych szans, aby wygrać następne wybory? Ma jeszcze jeden powód, aby siedzieć cicho: choć ma poparcie lewego skrzydła partii - które żywiołowo nienawidzi Blaira - to jednak nie chce stać się jego zakładnikiem. Bo to przecież on jest architektem socjalliberalnej linii przyjętej przez New Labour. Wystarczy przyjrzeć się bilansowi. Przez dziesięć lat bez przerwy Gordon Brown był kanclerzem skarbu (ministrem gospodarki i finansów). I to właśnie on odbudował w City oraz w kręgach biznesu zaufanie do laburzystów - niegdyś traktowanych jako partia napędzająca inflację i strajki, będąca zakładnikiem związków zawodowych. Przyznał niezależną pozycję bankowi Anglii. Ograniczył państwowe wydatki. Podjął się naprawy wypaczeń starego państwa opiekuńczego. Marzył o tym, aby uczynić z Brytyjczyków „naród zwycięzców radzących sobie z przeciwnościami, a nie ofiar schwytanych w pułapkę zasiłków". W maju 2001 roku, na obiedzie z udziałem rodzimych biznesmenów, wygłosił swoje mea culpa:  Dawne zimne wojny między kapitałem a pracą, przedsiębiorcami a rządem, sektorem publicznym a prywatnym nie tylko się skończyły. One, co więcej, już nigdy nie wrócą. Labour z lat 80. się myliła.
 
Ale bezsporna dekada dobrobytu, z której Brown może być dumny, jest też paradoksalnie jego słabym punktem. Bo ów wieczny numer dwa zajmuje pierwsze miejsce akurat w momencie, gdy New Labour zakończyła już, jak się wydaje, swą historyczną misję. Partia traci rozpęd: na południu królestwa za sprawą konserwatystów pod wodzą młodego Davida Camerona, a w Szkocji pod naporem zwolenników niepodległości. Czy chaotyczna naprawa służb publicznych (systemu ochrony zdrowia i edukacji), do czego Brown jest osobiście głęboko przywiązany - stracił córkę, która urodziła się jako wcześniak, a jego drugie dziecko cierpi na mukowiscydozę - może wystarczyć, aby zmienić nastawienie opinii publicznej? Zarzeka się, że ma własną wizję przyszłości Zjednoczonego Królestwa. Ale nigdy jej nie sprecyzował. Kładzie jedynie akcent na wzmocnienie „brytyjskiej tożsamości", zanikającej pod podwójnym naporem celtyckich nacjonalizmów i wielokulturowości wynikającej z napływu imigrantów. Ten teoretyk, będący zwolennikiem „skromnej władzy", chce również zaproponować nowy pakt konstytucyjny.
 
Jako zdeklarowany zwolennik opcji atlantyckiej nie ukrywa bynajmniej swej pogardy wobec brukselskiej biurokracji. - Gdy przewodniczył pracom ECOFIN (Rady Unii Europejskiej z udziałem ministrów ds. gospodarczych i ministrów finansów) - opowiada pewien eurokrata - to nie chciał nawet dopuścić do tradycyjnej rundki wokół stołu, pragnąc za wszelką cenę skrócić posiedzenie. Brown nigdy nie krył też niechęci wobec wspólnej waluty euro i wszelkich projektów konstytucji europejskiej. Przynagla za to do wprowadzenia deregulacji w transatlantyckich stosunkach finansowych. Na Starym Kontynencie możemy szybko zatęsknić za dobrymi manierami Tony'ego Blaira.

TEKST POCHODZI Z NR 25/2007 TYGODNIKA FORUM.  

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną