Spór o dzieła sztuki

Muzea z ciemną przeszłością
Berlin i Warszawa spierają się o dzieła sztuki zarekwirowane po drugiej wojnie światowej. Ale Niemcy nie upominają się w ogóle o swoje obrazy, które spokojnie wiszą w muzeach holenderskich, amerykańskich, a nawet w Luwrze.

 

Stój! – groźnie krzyczy muzealny strażnik. – Tu nie wolno fotografować. Chwyta reportera za rękę i próbuje zabrać mu aparat fotograficzny. – Całkowity zakaz, wszystko tajne. Politykę skrytości w gdańskim Muzeum Narodowym zarządziło Ministerstwo Kultury w Warszawie. Wiszą tu co najmniej dwa obrazy ze zbioru żydowskiego marszanda Jacques’a Goudstikkera z Amsterdamu, który w 1940 roku – kilka dni po wkroczeniu Niemców do Holandii – zginął w wypadku podczas ucieczki. Jest to „Pejzaż włoski” holenderskiego barokowego malarza Willema van Nieulandta i krajobraz pędzla współczesnego mu Jana van Goyena z Hagi. Po śmieci Goudstikkera oba dzieła nabył po symbolicznej cenie marszałek Rzeszy Hermann Göring, który odsprzedał je gdańskiej Galerii Obrazów. W 1945 roku Polacy zajęli Gdańsk – ze wszystkim, co się tam znajdowało, a więc także z obiektami muzealnymi.

Polska odmawia rozmów o restytucji tych dzieł na rzecz spadkobierczyni Goudstikkera – pani Marei von Saher. A sprawa gdańska nie jest odosobnionym przypadkiem. W Krakowie przechowywane są liczne zbiory dawnej Pruskiej Biblioteki Państwowej z setkami tysięcy rękopisów i książek, oryginalnymi zapisami utworów muzycznych Mozarta i Beethovena, rękopisami Goethego. Jest tam też kolekcja 25 samolotów o historycznej wartości i oryginał hymnu niemieckiego – „Pieśni Niemców” Hoffmanna von Fallerslebena.

„Polska jest obok Rosji jedynym państwem, z którym Niemcy mają problemy, gdy chodzi o rozwiązanie problemu sztuki zagrabionej” – pisze Tono Eitel, specjalny przedstawiciel ds. negocjacji z Polską i Ukrainą. Jego zdaniem wszystkie inne państwa zaakceptowały politykę restytucji. Nie jest to jednak prawda. Różne państwa Europy oraz Stany Zjednoczone nie mają zatargów z Niemcami tylko dlatego, że rząd niemiecki zrezygnował z roszczeń. Także na Węgrzech, we Francji i w USA znajdują się bezcenne dzieła sztuki, które są własnością bądź kolekcjonerów żydowskiego pochodzenia, bądź niemieckich muzeów. Przykładem może być tzw. kolekcja Fehlemann. Fachowcy nazwali ją tak w 1998 roku od nazwiska ówczesnej dyrektor Muzeum Von der Heydt w Wuppertalu – Sabiny Fehlemann, która ją odnalazła.

Praktyka pakowaczy

Osobliwy faks z Paryża podziałał wtedy niczym grom z jasnego nieba. Jedenaście okazów sztuki z Wuppertalu, które od półwiecza uchodziły za zaginione, wisi teraz w Luwrze – napisano w faksie. Jest wśród nich rysunek Renoira „Studium kąpiącej się”, „Głowa Jowisza” Ingresa, „Młyn wodny” Rousseau i dwa obrazy olejne Delacroix. Nigdy nie udało się ustalić, kto i dlaczego przesłał te informacje do Wuppertalu.

Fehlemann natychmiast pojechała do Paryża i odnalazła pochodzące z Wuppertalu eksponaty w dziale malarstwa w Luwrze. To skutek wielkiej wędrówki dzieł sztuki. Po łupieskich eskapadach i zniszczeniach, jakich dopuścili się naziści w muzeach i kolekcjach okupowanej Europy, należy teraz znaleźć sprawiedliwe rozwiązanie problemu.

Zwycięskie armie nie dbały o prawo międzynarodowe, które zakazuje podczas wojny zaboru dóbr kultury w kraju przeciwnika. Po prostu wojskowi zgarniali wszystko, co im się podobało, powielając w ten sposób praktykę „pakowaczy” (emballeurs) z czasów Napoleona, którzy szli za armią cesarską i zabierali z zajętych terenów wszystko, co mogło przydać blasku Francji. Szefowie muzeum z Wuppertalu na początku 1945 roku przenieśli większość zasobów do Ehrenbreitstein pod Koblencją, by uchronić je przed bombami. Po zakończeniu walk francuska administracja wojskowa kazała zabrać zbiory ze starej skalnej twierdzy i przewieźć je do Paryża.

Proweniencja obrazów jest dobrze udokumentowana. Trzy z nich Victor Dirksen – ówczesny dyrektor Muzeum Von der Heydt – nabył jeszcze przed wejściem Niemców do Francji. Rachunki za pozostałe obrazy zawierają dokładne opisy i informacje o cenach, pochodzeniu, nazwiskach, adresach i zawodzie osób sprzedających. W Paryżu odnalazły się jeszcze inne dzieła, które znikły z niemieckich muzeów.

Jednak Niemcom niespieszno było do zgłaszania roszczeń. Żaden z dyrektorów obrabowanych muzeów nie zająknął się o tym ani słowem. Hartwig Fischer, dyrektor Muzeum Folkwang z Essen, nawet zrugał Fehlmann, że dla kilku starych obrazów naraża na szwank francusko-niemiecką przyjaźń. Rainer Budde – były szef Muzeum Wallraf-Richartz z Kolonii, które po wojnie utraciło na rzecz Francji ponad dwa tuziny znanych obrazów (m.in. malarzy takich jak Delacroix, Ingres, Manet, Degas czy Cézanne) – wyjaśnił, że dzieła te trzeba spisać na straty jako „zadośćuczynienie ze strony tych, którzy rozpętali wojnę i ją przegrali”.

W 1998 roku na waszyngtońskiej konferencji w sprawie zrabowanej sztuki przedstawiciele 44 państw raz jeszcze opowiedzieli się za „uczciwą i sprawiedliwą” restytucją. Ale co znaczy uczciwość i sprawiedliwość w handlu sztuką? Drezdeńska Galeria Obrazów musiała w czerwcu 2005 roku oddać dzieło Adolpha Menzla „Popołudnie w ogrodzie Tui-leries”, choć była właścicielka Estella Meyer już w 1935 roku sprzedała je za 25 tys. reichsmarek.

– Wedle wszelkich kryteriów prawo było po naszej stronie – mówi Gilbert Lupfer, badacz proweniencji dzieł w Państwowych Zbiorach Sztuki w Dreźnie. – Ale rząd ze względów politycznych podjął decyzję niekorzystną dla nas.

Powodowani konformizmem niemieccy politycy już wielokrotnie ignorowali obowiązujące przepisy. Na francusko-niemieckie spotkanie w Miluzie 30 maja 1994 roku kanclerz Helmut Kohl przywiózł jako prezent wspaniały obraz Moneta, który przedtem znajdował się pod kluczem w Starej Galerii Obrazów we wschodnim Berlinie. Kilka tygodni później kolejne 27 obrazów powędrowało z niemieckiej Biblioteki Narodowej do Paryża, a były to prawie bez wyjątku najprzedniejsze dzieła takich twórców jak Gauguin, Renoir, Delacroix, Cézanne. Obrazy te pewien niemiecki żołnierz zabrał w 1945 roku do Magdeburga, gdzie ukrył je miejscowy ksiądz. Nie sposób było stwierdzić, kto był ich właścicielem. Mimo niejasnego stanu prawnego kanclerz Kohl po zjednoczeniu Niemiec postanowił, że powinny powędrować tam, gdzie powstały – czyli do Francji.

Specyficznej niemieckiej polityki wspaniałomyślności i dobrej woli nie chcą naśladować inne rządy. Wręcz przeciwnie. Latami trwał spór o restytucję, jaki toczył z Holandią Clemens Toussaint – tropiciel zaginionych dzieł sztuki. W końcu doprowadził do tego, że ponad 200 obrazów z liczącej przeszło tysiąc pozycji sławnej kolekcji Goudstikkera oddano spadkobierczyni. W sprawę były zamieszane także renomowane holenderskie instytucje bankowe. Prawie wszystkie banki kupowały swego czasu po okazyjnych cenach dzieła sztuki, które były pierwotnie własnością Żydów. Tak samo robiły wielkie holenderskie muzea. Nadal wiszą w nich zresztą obrazy nabywane na licytacjach mienia żydowskiego w Monachium i Berlinie.

W 1945 roku delegacja holenderska zabrała 3,5 tys. dzieł sztuki z amerykańskiego collecting point w Monachium i zawiozła je do Holandii. Było wśród nich wiele eksponatów z kolekcji Goudstikkera. Ale bynajmniej nie wszystko, co Amerykanie oddali Holendrom w ramach restytucji zrabowanej sztuki, zostało ukradzione w ojczyźnie Rembrandta. Według stanu na luty 2006 roku rząd w Hadze dysponuje 4579 obrazami o nieznanej proweniencji. Holandia oddała z nich do tej pory jedynie około pół tysiąca.

Większość muzeów w Europie Środkowo-Wschodniej w ogóle nie przyjmuje do wiadomości zasady restytucji. Rząd węgierski zaakceptował wprawdzie w 1998 roku postanowienia konferencji waszyngtońskiej, ale wbrew wszystkim obowiązującym zasadom prawnym odrzuca roszczenia dotyczące zwrotu zagrabionych dóbr kultury. Choć władze w Budapeszcie przegrały przed węgierskimi sądami trzy procesy o prawo do spuścizny po żydowskim bankierze nazwiskiem Mór Lipót Herzog, to rząd wzbrania się przed uznaniem tych wyroków. Licząca co najmniej 1,5 tys. dzieł kolekcja Lipóta Herzoga – obejmująca m.in. obrazy Cranacha, El Greca i Courbeta – została pod koniec wojny skonfiskowana przez Adolfa Eichmanna i wysłana do Berlina. W 1945 roku część tych dzieł odnaleźli Rosjanie i odesłali do Budapesztu. Trafiły do Muzeum Sztuk Pięknych, gdzie znajdują się do dzisiaj. Prawowitym spadkobiercom odmawia się ich zwrotu.

Mur Gorbaczowa

W nie lepszej sytuacji są potomkowie żydowskiego barona Ferenca Hatvaniego, którzy domagają się od Węgier zwrotu 15 obrazów. Sąd w Budapeszcie oddalił pozew w 2003 roku, argumentując, że poszczególni członkowie rodziny Hatvanich bez pozwolenia opuścili kraj podczas wojny. Tym samym nie mają prawa do tych obrazów.

Najbardziej konsekwentnie kradły oddziały radzieckie. Rosjanie nie odróżniali sztuki, która była własnością Niemców, od tej, którą Niemcy wcześniej zrabowali innym narodom. Stalin chciał – podobnie jak Hitler – zbudować supermuzeum, w którym miały być eksponowane najważniejsze okazy światowej sztuki. Listy eksponatów, które miały uświetniać muzeum, sporządzono, zanim Hitler zaatakował Związek Radziecki.

Po wojnie Stalin stracił zainteresowanie dla tego projektu. Dzieła, które „komisje ds. trofeów wojennych” ściągnęły z Niemiec, poznikały w radzieckich muzeach. Ponad połowa znalazła się w moskiewskim Muzeum Puszkina, w Ermitażu w Sankt Petersburgu i w klasztorze w Zagorsku pod Moskwą. Część łupów Kreml postanowił zwrócić pod koniec lat 50. Niemieckiej Republice Demokratycznej, przypuszczalnie w dowód wdzięczności za solidarność, jaką towarzysze z Berlina Wschodniego wykazali w tłumieniu powstania na Węgrzech.

Michaił Gorbaczow, burzyciel muru berlińskiego, pragnął w ramach zainicjowanych przez siebie reform naprawić niegodziwości. Już w myśl konwencji haskiej z 1907 roku o prowadzeniu wojny lądowej zwrot zrabowanych skarbów sztuki był czymś zupełnie oczywistym. W układzie o „dobrym sąsiedztwie, partnerstwie i współpracy” Republika Federalna Niemiec i Związek Radziecki raz jeszcze zobowiązały się w listopadzie 1990 roku do zwrotu skarbów sztuki, które zmieniły właściciela podczas wojny. Uzgodnienie to nie weszło jednak w życie. Na początku 1997 roku obie izby rosyjskiego parlamentu przyjęły ustawę, w myśl której zrabowana w Niemczech sztuka została en masse uznana za własność Rosji. Było to na całej linii zwycięstwo Iriny Antonowej, dyrektor Muzeum Puszkina. Po zawarciu niemiecko-rosyjskiego układu o przyjaźni ostrzegała ona rodaków, by w zamian za „pończochy i batony” nie pozwolili odebrać sobie zrabowanej sztuki, którą tak wielu radzieckich żołnierzy okupiło własną krwią.

W 2000 roku ówczesny niemiecki minister stanu ds. kultury Michael Neumann pojechał do Sankt Petersburga, by przypomnieć Rosjanom, że „każde przywłaszczenie dóbr kultury jest sprzeczne z prawem. Niemieckie dzieła przetrzymywane w rosyjskich archiwach są fragmentem naszej historycznej i obecnej tożsamości. Rosjanie to zrozumieją”. Nadzieja okazała się płonna. Rosjanie w ogóle nie chcieli tego pojąć.

Także duża część zarekwirowanej przez nazistów „sztuki zdegenerowanej” nigdy nie została zwrócona. Swego czasu mówiono, jakoby 16,5 tys. prac ekspresjonistów i impresjonistów, usuniętych za czasów Hitlera z ponad setki niemieckich muzeów, zostało spalonych. Ale większość z nich nie wylądowała na stosie, lecz bocznymi drogami trafiła do galerii rozsianych po całej Europie i USA. Kolekcjoner Thomas Olsen z Oslo kupił „Chorą dziewczynkę” Muncha za tysiąc franków. Obraz wisi obecnie w londyńskiej Tate Gallery.

Zmarły w 1990 roku ekspert od sztuki zrabowanej, profesor Sol Chaneles z uniwersytetu stanowego w New Jersey, po przejrzeniu stosownych akt w archiwach Departamentu Stanu i CIA uznał, że przetasowania własnościowe dzieł sztuki podczas drugiej wojny światowej i po niej były „największym obustronnym szabrownictwem w dziejach cywilizacji”.

Ordery Goethego

Do dzisiaj nikt nie wie, co się stało z 441 obrazami olejnymi, które przechowywano w tzw. bunkrze sztuki w berlińskiej dzielnicy Friedrichshain, zanim czerwonoarmiści zdobyli niemiecką stolicę. Amerykanie mówili, że strawił je wielki pożar. Ale specjaliści, którzy badali zgliszcza, wyrażali później przypuszczenie, że ktoś mógł podłożyć ogień w celu zatarcia śladów. Splądrowano także kopalnię soli w Grasleben. Spośród zgromadzonych tam 6,8 tys. skrzyń z dziełami sztuki połowa była otwarta, gdy w czerwcu 1945 roku Brytyjczycy przejęli dowództwo od Amerykanów. Rabusie nie oszczędzili nawet księcia niemieckich pisarzy. Kiedy szkielet tajnego radcy Goethego powrócił spod amerykańskiej kurateli do Weimaru, okazało się, że brakuje sześciu orderów spoczywających niegdyś na piersi wieszcza.

Obrazy opuszczały alianckie collecting points prawie w tak samo niekontrolowany sposób, w jaki tam docierały. Przykładu dostarcza amerykańska dziennikarka Patricia Lochridge Hartwell, która latem 1945 roku opisała swe doświadczenia w Niemczech dla pisma kobiecego „Woman’s Home Companion”. Ponieważ zdobyła względy podpułkownika Roberta S. Smitha, szefa administracji wojskowej w Berchtesgaden, mogła sobie na koniec wybrać na pamiątkę dowolny obraz z kolekcji, którą Smith miał obowiązek chronić. Wybór Patricii padł na „Wenus z Amorem” Cranacha Starszego. Obraz wisi obecnie w londyńskiej National Gallery.

Dyrektorzy amerykańskich muzeów przyznają, że pochodzenie wielu ich najważniejszych dzieł jest niejasne. Na przykład w nowojorskim Metropolitan Museum wisi 393, w Art Institute w Chicago – 548, w Museum of Art w Cleveland – 370, w waszyngtońskiej Gallery of Art – 350, a w bostońskim Museum of Fine Arts – ponad 200 eksponatów o niewyjaśnionej przeszłości. Nie znaczy to, że są one łupami wojennymi, ale nie można też tego wykluczyć.

Zdaniem nowojorskiego adwokata Raya Dowda w Nowej Galerii w Nowym Jorku znajdują się ukradzione obrazy z kolekcji wiedeńskiego aktora Fritza Grünbauma, który stracił życie w Dachau. Nowa Galeria odpiera ten zarzut i utrzymuje, że zostały legalnie kupione na licytacji. Ich właściciel Roland Lauder – miliarder z branży kosmetycznej – zawsze do tej pory stał po stronie poszkodowanych. Ma też zasługi w dziedzinie restytucji sztuki zagrabionej jako prezes i założyciel Commission for Recovery.

Niemieckie muzea pozostają bierne. „Święty Grzegorz z Nazjansu” Rubensa, skradziony po wojnie z muzeum zamkowego w Gotha, już od ponad pół wieku spokojnie wisi w Albright Knox Art Gallery w Buffalo. W wielu amerykańskich muzeach – jak uważa tropiciel sztuki Clemens Toussaint – roi się od eksponatów należących do niemieckich i żydowskich kolekcjonerów. Mniejsza ich część pochodzi z niemieckiego mienia zagranicznego, które zostało zajęte podczas drugiej wojny światowej i nigdy zresztą nie zostało zwrócone. Jak np. „Wodospad” Franza Marca uznany w 1937 roku za przejaw „sztuki zdegenerowanej”. Aby chronić obraz, jego właścicielka Marie Schintling oddała go na przechowanie amerykańskim znajomym. Po wybuchu wojny zarekwirowała go policja, a w 1944 roku został sprzedany za śmieszną sumę 800 dol. pewnemu adwokatowi z Kalifornii.

Eksperci na całym świecie coraz natarczywiej się domagają, by także Niemcom oddać sprawiedliwość. – Byłoby straszliwym bezprawiem, gdyby niemieckie roszczenia traktowano mniej poważnie niż te, które zgłaszają ofiary nazizmu – mówi Lloyd P. Goldenberg, żydowski adwokat specjalizujący się w sprawach sztuki, który stracił wielu krewnych w dobie Holocaustu.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną