Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

1557. dzień wojny. Po ataku dronowym w Rumunii: Rosjanie chcieli nas skołować, podłożyliśmy się sami

F-16 nie zdołał strącić rosyjskiego drona F-16 nie zdołał strącić rosyjskiego drona Daz moston / Flickr CC by 2.0
Potwierdzono, że dron, który uderzył w dom w Gałaczu w Rumunii, to rosyjski Gerań 2. Czy to był przypadek? Rosjanie wykorzystują strach i dezinformację w konflikcie z Zachodem, ale czy aby nie osłabiamy się też sami?

Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew, komentując sprawę drona w Gałaczu, stwierdził, że państwa europejskie są „bezpośrednimi uczestnikami” wojny przeciwko Rosji i że „jeszcze nic nie widziały, więc lepiej niech się przyzwyczają”. I że to nie ostatni raz. Czyli tak – to nie był rosyjski dron, tylko ukraiński, jak oficjalnie mówi Moskwa, ale ataki będą się powtarzać i mamy się przyzwyczaić? To może niech Kreml od razu poda daty, kiedy przylecą do nas „ukraińskie drony”.

Za to istnieją doniesienia, że Rosja pozwala prywatnym firmom na zakup systemów obrony powietrznej i systemów zwalczania dronów, próbując w ten sposób rozwiązać problem obrony własnego terytorium. Odkryli zalety wolnego rynku?

Wyobrażacie sobie, że – dajmy na to – hurtownie sieci znanych supermarketów kupują sobie przenośne, przeciwlotnicze zestawy rakietowe i szkolą w ich obsłudze kasjerki i magazynierów? Dokładnie to Instytut Studiów nad Wojną pisze o Rosji: „Źródło zaznajomione z organizacją rosyjskiej obrony powietrznej dla infrastruktury cywilnej stwierdziło, że mechanizm ten obejmuje zarówno przeciwlotnicze systemy rakietowe w ramach szerszego rosyjskiego parasola obrony powietrznej, jak i mobilne zespoły ogniowe złożone z rezerwistów, ochotników z regionalnych jednostek Rosyjskiej Rezerwy Armii Bojowej (BARS) oraz pracowników prywatnych przedsiębiorstw”. Czyli tak, jak myśleliśmy. A ukraińskie drony ostatniej doby jak gdyby nigdy nic rozwaliły kilka przepompowni paliw pod Jarosławiem i po raz kolejny podpaliły rafinerię w Wołgogradzie.

Sytuacja na frontach jest dość trudna, ale stabilna. Wojska ukraińskie posunęły się naprzód w obszarze miasteczek Kostiantyniwka–Drużkiwka, w zachodniej części Kostiantyniwki oraz w południowej Illiniwce, w ten sposób znów paraliżując rosyjską ofensywę w Donbasie. Pod Słowiańskiem Rosjanie też drepczą w miejscu. Na pozostałych odcinkach frontu większych zmian nie ma.

Atak na Gałacz, a może jednak wypadek?

Wiadomo, że bezpilotowiec nadleciał znad Morza Czarnego. Wystartował prawdopodobnie z okupowanego Krymu lub dalej – z Kraju Krasnodarskiego. Przyleciał w grupie innych dronów Gerań 2 i Gerbera, atakujących południowo-zachodnią Ukrainę. Część z nich, atakując ukraińskie czarnomorskie porty, wlatuje albo znad morza, albo – naruszając przestrzeń powietrzną Rumunii – wykonuje atak na wspomniane porty od zachodu lub południowego zachodu. Tym razem jednak dron leciał w odwrotnym kierunku. Na wysokości 600 m pojawił się na ekranie rumuńskiego radaru ok. godziny 01:46 w nocy, znajdując się w tym momencie ok. 19 km na wschód od ukraińskiego portu Reni. Dron minął ten port i kontynuował lot prosto do Gałacza, stopniowo przechodząc na zniżanie.

O godzinie 01:52, czyli sześć minut od wykrycia, dron przekroczył granicę i wleciał w przestrzeń powietrzną Rumunii. Kiedy znajdował się na wysokości 200 m, zniknął z ekranu rumuńskiej obrony przeciwlotniczej – była godzina 01:56, czyli czas jego obserwacji to mniej więcej 10 min i kilkadziesiąt sekund.

To nie jest czas, jaki pozwalałby na start alarmowy myśliwców F-16 (w żargonie NATO „Alpha scramble”), na co potrzeba właśnie ok. 10 min: na samą decyzję, rozkaz, przekazanie, uruchomienie silników, wykołowanie do pasa i start. 10 min to wyjątkowo mało. Jeśli samoloty rzeczywiście miały szansę zareagować, to musiały już być w powietrzu i to w pobliżu tego rejonu.

Dwa myśliwce F-16 wystartowały z 86. Bazy Lotniczej w Fetești (Borcea), jeszcze zanim nastąpiło naruszenie przestrzeni powietrznej. Była to normalna procedura, znana także i u nas, na wypadek aktywności rosyjskich dronów w Ukrainie. Zawsze, gdy zaczyna się większy atak, a już szczególnie gdy atakowane są obiekty w zachodniej części Ukrainy, myśliwce NATO lecą do stref dyżurowania we wschodniej części swoich krajów, w pobliżu granicy z Ukrainą. Zdarza się bowiem, że celowe zakłócanie sygnałów GPS (spoofing lub zakłócenia szumowe) powodują, że systemy nawigacyjne dronów albo podają do pokładowego procesora mylne dane o położeniu, albo nie podają go wcale. W tym ostatnim przypadku drona prowadzi dość prymitywny żyroskopowy układ nawigacyjny. Jego zakłócić się nie da, to system autonomiczny, ale jest on o wiele mniej dokładny od odbiornika GPS.

Czy tak było tym razem?

Tej nocy na oba ukraińskie porty ruszyły 43 drony. Wszystkie zostały albo zestrzelone na Izmaiłem i Reni, albo trafiły tam w jakieś cele. Tylko ten jeden poleciał dalej i trzeba trafu – uderzył w Gałacz. Niewiele brakowało, a trafiłby w sypialnie, powodując ofiary śmiertelne. Ale trafił w dach, w maszynownię windy, wybijając jedynie sporą dziurę w suficie najwyższego mieszkania. I wcale nie był to „potężny ładunek wybuchowy”, jak głoszą nasze media. Drony Gerań 2 mają głowice bojowe po 50 lub 70 kg, z czego materiał wybuchowy to (odpowiednio) 35 lub 50 kg, zwykle mieszanki trotylu i heksogenu, czyli tzw. torpexu. Dodajmy, że w typowej bombie lotniczej KAB-500 jest jakieś 250–270 kg materiału wybuchowego, czyli od pięciu do siedmiu razy więcej.

Jeśli żaden inny dron nie został skutecznie zakłócony, a jedynie ten jeden zboczył na ponad 20 km od celu, to możliwe wyjaśnienia są dwa. Albo to była awaria systemu, albo atak był zamierzony. Prawdopodobieństwo, że przy awarii dron minie cel i poleci akurat na rumuńskie miasto, leżące wśród rzadziej zamieszkałych terenów wzdłuż odnogi Dunaju, nie jest wysokie. Oczywiście wykluczyć tego nie można, ale są inne poszlaki, że atak był zamierzony.

Orkiestra rosyjskiej dezinformacji

Choćby to, że działania informacyjne ruszyły już 4 min po trafieniu, a informacje popłynęły z odległych od Gałacza miejsc. Były to treści oskarżające o atak Ukrainę, które łącznie stanowiły niewielki procent postów i komentarzy w internecie. Ale nie to jest tu najważniejsze. Wyobraźcie sobie po prostu, że nagle w Gałaczu słychać silny wybuch, włączają się autoalarmy i na dachu jednego z budynków wybucha pożar. Jaka byłaby pierwsza myśl? Tak, wybuch gazu! Dopiero później, kiedy oszołomieni ludzie mieszkający w pobliżu zaczęliby informować na platformach społecznościowych, że słyszeli brzęczenie drona, a pewnie w ciągu godziny pojawiłyby się różne filmiki, zaczęto by dyskutować o dronie! Skąd ktoś kilka minut po eksplozji w odległym miejscu nie tylko wiedział, że był to dron, ale miał też wiedzę, że był to dron ukraiński?

Jednak już pobieżne oględziny drona pozwoliły stwierdzić, że to był rosyjski bezpilotowiec typu Gerań 2. Wszystko się zgadza, wszystkie części, fragmenty głowicy, układ nawigacyjny itd. Rosja się oczywiście wypiera, prowadząc ofensywę dezinformacyjną.
10 września ubiegłego roku w naszą przestrzeń powietrzną wleciało ponad 20 dronów bez głowic bojowych. Miały wystraszyć i zaciekawić, wywołać szok, przyciągnąć uwagę. I zaraz za nimi również ruszyła potężna ofensywa informacyjna, odpaliły się nie tylko farmy trolli w Rosji, ale i rodzima agentura wpływu, różni influencerzy czy politycy skrajnych ugrupowań. Od razu wiedzieli, że to była ukraińska prowokacja. Ale u nas Rosjanie mocno przeholowali. Cała ta informacyjna nawała ruszyła, zanim odkryto spadające drony. Coś nie wyszło z synchronizacją. Był dramatyczny falstart. Najpierw konta wrzeszczące, że te drony to ukraińska prowokacja, a dopiero potem rzeczone drony do nas przyleciały. Ale nic się nie stało wielkiego, i tak spora część społeczeństwa w to uwierzyła.

Od razu pisaliśmy, że w kolejnym etapie eskalacji wojny kognitywnej, czyli w zmaganiach emocjonalno-poznawczych, przyleci tylko jeden dron, ale kogoś zabije. Tak podpowiadała logika tych działań, na ile je poznaliśmy. Tyle że nie wzięliśmy pod uwagę jednego: że Rosjanie całą wschodnią rubież NATO potraktują jako jedną przestrzeń informacyjną. Dla nich myślimy tak samo, mamy tę samą mentalność i to, co stało się w Rumunii, będzie szeroko komentowane w Polsce i vice versa. Ale tu znów Rosjanie przesadzili. Po pierwsze, nie spodziewali się, że sam prezydent Zełenski wywinie naprawdę niemądry numer z uhonorowaniem UPA, a Polacy rzucą się z oburzeniem i komentarzami akurat na to. A że dron spadł? W Rumunii? Czyli nie u nas? A nie, to nie ma sprawy. Rosjanie nie przewidzieli, że w Polsce Gałacz nie wywoła żadnych szczególnych emocji, w przeciwieństwie do sporu historycznego, bo przecież nic ważniejszego teraz nie ma.

Ale i w ten sposób Rosjanie są w stanie zbudować między Zachodem a Ukrainą mur, który szybko nie runie. I oby tylko nie skończyło się tym, że łańcuch będzie się nam kołysał u stóp. Bo jak tak się będziemy dawać rozgrywać, to naprawdę marny nasz los.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Świecka komunia. Bez mszy, Kościoła i katechezy. Nowy rytuał klasy średniej

„Świecka komunia”, choć terminologicznie sprzeczna, staje się odpowiedzią dla rodzin, które pragną celebrować dorastanie swoich dzieci bez obrzędów Kościoła.

Zbigniew Borek
19.05.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną