Pakistan pozwala talibom rozgościć się w miastach

Pakt z diabłem
CIA stawia sprawę jasno: Pakistan ma skuteczniej zająć się powiązaniami swojej agencji wywiadowczej z bojownikami z terenów plemiennych.

"Słuchajcie, wiemy, że jest kontakt, nie tylko z Hakkanim, ale także z innymi złymi facetami, i myślę, że moglibyście robić więcej; chcemy, żebyście robili więcej" - tak miał powiedzieć wyższy rangą urzędnik amerykański podczas niedawnej nieoficjalnej wizyty w Pakistanie (New York Times). Według Amerykanów Hakkani i jego siatka terrorystyczna działająca na granicy pakistańsko-afgańskiej są odpowiedzialne za coraz więcej ataków na amerykańskich żołnierzy w Afganistanie. Dlatego najwyższe kierownictwo CIA pojechało z tajną wizytą do Islamabadu, konfrontując polityków pakistańskich z nowym, twardym stanowiskiem: Pakistan ma skuteczniej zająć się powiązaniami swojej agencji wywiadowczej ISI z bojownikami z terenów plemiennych.

To najbardziej bezpośrednie ostrzeżenie Amerykanów dla Pakistanu od czasu ataków z 11 września 2001 r., oceniają komentatorzy. Od tego czasu Amerykanie wypłacili Pakistanowi 10 mld USD w zamian za pozbycie się terrorystów z pogranicza, a Pakistańczycy właśnie się z umowy wycofują. Po to, żeby wyeliminować ataki terrorystyczne, ubijają umowę z rebeliantami.

Obosieczny agent

Przed 2001 rokiem wywiad pakistański miał bliskie związki z afgańskimi talibami. W latach 80. ISI otrzymywało od Amerykanów miliony dolarów na uzbrajanie bojowników walczących przeciwko ZSRR. Mimo, że CIA od dawna wie o dwulicowości ISI, w ogromnej mierze polega na jego informacjach. Administracja prezydenta Busha generalnie unikała więc krytykowania Pakistanu - pierwszoplanowego sojusznika Ameryki w "wojnie z terrorem". Teraz w Afganistanie giną amerykańscy żołnierze, Waszyngton zaczął więc domagać się od Islamabadu, by albo sam bardziej zdecydowanie zaczął zwalczać partyzantkę na pograniczu, albo pozwolił na to amerykańskim wojskowym. W poniedziałek miał miejsce incydent, który może świadczyć o nowej determinacji Amerykanów. Samolot, którym dysponuje CIA, zbombardował pasztuńską wioskę. W ataku miał zginąć jeden z najbardziej poszukiwanych terrorystów na świecie, Egipcjanin Midhat al Said Umar, specjalista al Kaidy od broni chemicznej i biologicznej. Przebywający w tym czasie z wizytą w USA premier Pakistanu Jusaf Raza Gilani ostrzegł, że ostrzeliwując bez uzgodnienia terytorium Pakistanu Amerykanie wystawiają ich sojusz na próbę. Zbombardowanie wioski jest pogwałceniem suwerenności Pakistanu, i "nikomu się to nie spodoba".

Talibowie na przedmieściach

Tymczasem w Pakistanie talibowie wkraczają do miast. W Peszawarze, stolicy Północno-Zachodniej Prowincji Pogranicznej, co kilka sekund słychać odgłosy wybuchów artyleryjskich dochodzących z kierunku przełęczy Chajber, łączącej Pakistan z Afganistanem. Strzeżone, ukryte za murami i drutem kolczastym luksusowe przedmieścia, które do tej pory nie miały do czynienia z najbliższymi brodatymi sąsiadami, po raz pierwszy poczuły się poważnie zagrożone, pisze Walter Mayr dla Der Spiegel. Mimo to, aż do końca czerwca rząd Pakistanu nie wysłał do Peszawaru wojsk. Dopiero silna presja, głównie z Zachodu, spowodowała reakcję i armia pakistańska rozpoczęła akcję wojskową przeciwko Pasztunom, dla których tereny pomiędzy przełęczą Chajber a rzeką Indus są domem od stuleci.

 

Na beczce prochu

Północno-Zachodnia Prowincja Pograniczna, którą zamieszkuje 21 mln ludzi, jest piętą achillesową Pakistanu, pisze Der Spiegel. W 1893 roku Brytyjczycy wyznaczyli bowiem linię demarkacyjną, która oddzielała ówczesne Brytyjskie Indie od Afganistanu. Od 1947 r. linia ta jest oficjalną granicą między Afganistanem i Pakistanem, ale dla zamieszkujących te tereny Pasztunów - sztuczną barierą. Od przedmieść Peszawaru do przełęczy Chajber rozciąga się ziemia bezprawia, gdzie władza Islamabadu nie sięga. To w Peszawarze w 1988 r. powołano do życia Al-Kaidę.

Pas terytoriów plemiennych nigdy tak naprawdę nie został włączony do Pakistanu i Islamabad nie wysilał się, żeby wprowadzić tam nowoczesny system administracji, wybudować infrastrukturę. Stosunek terytoriów plemiennych do postkolonialnego Pakistanu był taki sam jak do wcześniejszych władców afgańskich i zarządców brytyjskich: to stosunek klienta do patrona, któremu płaci się za współpracę, pisze Basharat Peer z Foreign Affairs, powołując się na książkę Sany Haroon, "Frontier of Faith". Plemiona bywały dla Islamabadu użyteczne, np. w wojnie indo-pakistańskiej w 1947-1948 r., kiedy pasztuńscy mułłowie wspierali pakistańską armię w walkach o Kaszmir. Tak jak wtedy, tak i teraz politycy pakistańscy stoją z beczką prochu i lontem w jednej ręce, a gaśnicą w drugiej.

Ziemia bezprawia

Z amerykańskiego punktu widzenia Pakistan był niewiele więcej niż zbiorem współrzędnych na mapie, istotnym z kilku powodów, pisze Mayr: po pierwsze graniczy z Afganistanem; tlił się tutaj konflikt o Kaszmir z nuklearnymi Indiami; ma własną broń atomową i przekazuje technologie "krajom barbarzyńskim". Polityczna tragedia tych terytoriów polega na tym, że są traktowane i przedstawiane jako koszmar, który trzeba podbić i ujarzmić, a nie zarządzać nim i administrować, uważa Haroon. W siódmym roku wojny w Afganistanie nastroje antyamerykańskie są silniejsze niż kiedykolwiek. Hamid Mir, cytowany przez Peera najbardziej poczytny dziennikarz kraju i jedyna osoba, która rozmawiała z Osamą bin Ladenem po wrześniu 2001 r., twierdzi: "Nie mieliśmy samobójczych zamachowców przed 2001 rokiem. Radziliśmy sobie nieźle gospodarczo. Ale wtedy generał Muszarraf poddał się Amerykanom, którzy zawsze wspierali w Pakistanie dyktatorów".

Wśród elit intelektualnych Pakistanu słychać głosy, że tak długo jak ludność obszarów pogranicznych będzie niepiśmienna, a młodzi nie znajdą dla siebie innych perspektyw niż przystąpienie do dżihadu, tak długo ekstremiści będą mieli tu bezpieczne schronienie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj