Wojna nigdy nie jest fair
Jürgen Todenhöfer, niemiecki konserwatywny polityk i ekspert w sprawach Bliskiego Wschodu, zarzuca zachodnim mediom jednostronność w relacjonowaniu konfliktu w Syrii i apeluje o podjęcie rozmów z Baszarem al-Asadem. Dyskutuje z nim reporter Spiegla, Christoph Reuter.
Żołnierze Wolnej Syryjskiej Armii w prowincji Aleppo, lipiec 2012 r.
Abdo/Reuters/Forum

Żołnierze Wolnej Syryjskiej Armii w prowincji Aleppo, lipiec 2012 r.

Artykuł pochodzi z 32/33 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 6 sierpnia 2012 r.
Polityka

Artykuł pochodzi z 32/33 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 6 sierpnia 2012 r.

Der Spiegel: Panie Todenhöfer, od wielu tygodni krytykuje pan relacje z Syrii w mediach. Co ma im pan do zarzucenia?

Jürgen Todenhöfer: Osobliwą jednostronność. O sposobie postrzegania tego konfliktu decydują rebelianci i ich medialna strategia. „Fałszuje się filmy wideo, w bardzo perfidny sposób miesza dziennikarstwo z aktywnym wspieraniem” – jak stwierdza nawet znakomity fotograf Spiegla, Marcel Mettelsiefen. W relacjach, jakie znajduję wszędzie – niestety także w Spieglu, spod pańskiego pióra, panie Reuter – mowa jest zawsze o tym, że „dyktator morduje swó j naród”. Kompletnie pomija się problemy, z jakimi boryka się Syria.

Christoph Reuter: My w ciągu ostatnich miesięcy jedenaście razy jeździliśmy do Syrii, i zbieraliśmy na miejscu dokładnie takie informacje.

JT: : Ale rebelianci to nie są przecież ci dobrzy i szlachetni, oni dokładnie tak samo mordują i manipulują. Wojna nigdy nie jest fair, po żadnej ze stron. Budzi ona w ludziach najniższe instynkty. W Syrii jedna połowa kraju walczy przeciwko drugiej połowie. Na tym polega tragedia Syrii.

CR: : Nie może pan tego zrównywać na poważnie. W ciągu ostatnich miesięcy zjeździliśmy miasta i wioski, odwiedziliśmy z pewnością 70 procent zamieszkanego terytorium kraju. Widzieliśmy, jak dzielnice mieszkaniowe,nawet szpitale i apteki, znalazły się pod ciężkim ostrzałem moździerzy i granatników. Homs wygląda dziś jak niegdyś Stalingrad. Rebelianci nie mają czołgów, samolotów bojowych ani śmigłowców. Ich broń, to kałasznikowy i pancerzownice.

JT: To wystarcza, aby zabić 50 żołnierzy dziennie.

CR: Skąd pan ma takie liczby?

JT: Nie tylko pan bywa w Syrii, ja też byłem tam pięciokrotnie, ostatnio w lipcu…

CR: I rozmawiał pan z prezydentem Asadem i jego ludźmi.

JT: Rozmawiałem z trzema przedstawicielami syryjskich władz: z samym Asadem, jego wiceministrem spraw zagranicznych i ministrem informacji. Mimo to, kiedy ostatni raz przyjechałem do tego kraju, byłem przez półtorej godziny przesłuchiwany przez służbę bezpieczeństwa. Nie powiedziałem im, że mam umówione spotkanie z Asadem. Mówiłem, że jeśli chcą, mogą mnie odesłać z powrotem. To oszczędzi mi wielu problemów.

Jedna Syria, różne prawdy

CR: A więc liczba 50 zabitych żołnierzy pochodzi bezpośrednio od reżimu, któremu mało kto – poza panem – jeszcze wierzy.

JT: Rebelianci podają po części podobne dane. W Syrii sporządza się spisy pogrzebów, i na tej podstawie można te liczby zweryfikować. Nie tylko pan prowadzi research. Ja mam już obecnie w Syrii ok. 10 kontaktów, którym naprawdę ufam. Większość z nich ma krytyczny stosunek do rządu. Już na kilka tygodni przed podróżą ustaliłem z nimi terminy spotkań, a następnie na miejscu spotykałem się z ofiarami obu walczących stron. Na przykład z kobietą, której syna – żywiciela rodziny – zastrzelili snajperzy służby bezpieczeństwa. Wiele razy rozmawiałem z powstańcami w Homs i w Daraa. Dwa razy ostrzelali mnie rebelianci i dwa razy zatrzymywali mnie funkcjonariusze służby bezpieczeństwa. Większość mediów powołuje się na liczby, podawane przez pewnego syryjskiego uchodźcę z Anglii, który obecnie dostarcza już mediom prawie na całym świecie danych liczbowych – przeważnie fałszywych.

CR: ONZ podaje podobne dane. Poza tym my opieramy swoje informacje na rozmowach prowadzonych w Syrii, na przykład z dezerterami, którzy zdezerterowali z wojska, bo nie chcieli zgodnie z rozkazem strzelać do własnej ludności.

JT: Tak się stale mówi, jednak nie ma rozkazu strzelania do cywilnej ludności.

CR: Słucham?

JT: Istnieje natomiast – całkiem odwrotnie – zakaz strzelania do cywilów.

CR: Kto tak mówi, Asad?

JT: On mówi, że wszyscy, którzy naruszają ten zakaz, odpowiedzą za to przed sądem. Przyjął u siebie rodzinę 13-letniego zabitego chłopca, który stał się symbolem tej rewolucji. Asad brał udział w żałobie razem z rodziną i uznał chłopca za męczennika. Nigdy by tego nie zrobił, gdyby uważał, że zastrzelenie go było w porządku.

CR: Organizacja Human Rights Watch przedłożyła raport, w którym 63 dezerterów - żołnierzy i agentów służb - mówi coś wręcz przeciwnego. Czy oni wszyscy kłamią?

JT: Niektórzy oficerowie zapewne dopuszczają się zbrodni , ale powszechny rozkaz strzelania do cywili - to bajka. Zresztą nawet Spiegel Online w maju ostro krytykował wiarygodność informacji, podawanych przez powstańców. Mam wrażenie, że pan jest rewolucyjnym romantykiem, panie Reuter. Mogę to nawet zrozumieć, bo kiedyś byłem taki sam.

CR: To absurd. Znam ten kraj od 25 lat, mieszkałem tam i studiowałem arabski. Uważam się za kronikarza i badacza wydarzeń, a nie rzecznika żadnej ze stron. Zdaję sobie sprawę z ryzyka manipulacji. Dlatego często tam wracamy.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj